Spis

Blog autorski grupy Ailes

5 listopada 2015

Przesilenie (Noemi Vain)

Rozdział 1. Miasto, które śpi



Polecam słuchać przy tym rozdziale: Not at home (https://www.youtube.com/watch?v=wGY6b60kzjY )

Nad Winchester trwała noc, która miała nigdy się nie skończyć. Zakleiła ludziom oczy, spali więc pogrążeni w ciemności, a ich serca oplatał mrok tak gęsty, że nikt nie był w stanie dostrzec, co nadchodziło. 

Gdyby ktoś próbował to zauważyć, można było odnieść wrażenie, że całe otoczenie wykrzykiwało nieme ostrzeżenia. Odpowiedni człowiek mógłby odczytać z układu planet i ponad czterokrotnego zwiększenia populacji kruków w ostatnich latach, że nadchodziło coś wielkiego. Coś, co mogło zmienić losy wszystkich. Jednak nikogo takiego tam nie było. Żaden zainteresowany nie podejrzewał więc nawet, co nadciąga.
      Jak co wieczór, gdy promienie słoneczne niknęły za horyzontem, ostatni mieszkańcy spiesznie przemierzali chodniki, chcąc znaleźć się w swych ciepłych domach i rozgrzać zmarznięte ciała. Tegoroczna zima była wyjątkowo mroźna, ciągłym opadom śniegu towarzyszył częsty deszcz i silne podmuchy wiatru, przenikające do szpiku kości, zabierające ostatnie resztki człowieczeństwa.

Główną drogą cichego o tej porze miasta jechał powoli czarny mercedes. Prowadziła go około czterdziestoletnia kobieta. Ciemne włosy kaskadą spływały na jej ramiona. Zmęczona twarz i lekko opuchnięte powieki sprawiały, że wyglądała na starszą niż w rzeczywistości. Niebieskie oczy w skupieniu analizowały trasę, prześlizgując się zwinnie pomiędzy otaczającymi szosę ceglanymi budynkami. Obserwując otoczenie, odniosła wrażenie, że miasto wymarło. Choć nie chciała z góry przekreślać kolejnych miesięcy, miała przeczucie, że decyzja o przyjeździe tutaj nie należała do najsłuszniejszych w jej życiu.

Co jakiś czas dyskretnie zerkała w lusterko, obserwując siedzącego na tylnym siedzeniu, zapatrzonego w okno nastolatka. Jego spojrzenie było puste i nieobecne, zupełnie jakby ostatnia cząstka duszy uciekła, pozostawiając za sobą jedynie zużyte naczynie. Biedny chłopak, myślała z troską, ale nie była w stanie mu pomóc.
        
Jej rozmyślania zostały przerwane przez grzmoty dochodzące z oddali. Chcąc uciec przed burzą, docisnęła mocniej pedał gazu. Wbrew jej życzeniom, odgłosy były coraz donośniejsze i zaczynał już padać wymieszany ze śniegiem deszcz.

         Kątem oka dostrzegła w bocznym lusterku cień, w jednej chwili rozrastający się do niebywałych rozmiarów, tylko po to, by zaraz rozproszyć się w nicości. Gdy odwróciła się, żeby lepiej zidentyfikować dziwny obiekt, tam już niczego nie było. Potrząsnęła głową, zrzucając przywidzenie na karb wyczerpującej podróży. Jednak złe przeczucie, mimo jej usilnych starań, nie odchodziło.

         Skupiła się znów na drodze przed nią. Dopiero gdy w oddali zaczęły majaczyć kształty nowego domu, odetchnęła z ulgą i zwolniła. Po krótkim momencie parkowała już na podjeździe, zadowolona z tego, że otaczające budynek drzewa kryły ją przed ciekawskimi spojrzeniami sąsiadów.

         Wysiadła z samochodu i głęboko zaczerpnęła powietrza: było chłodne, przepełnione charakterystycznym zapachem deszczu. Czas na nowy początek, pomyślała, po czym przeciągnęła się i zaczęła wyjmować rzeczy z bagażnika. Jednak po chwili podparła się pod boki i skierowała wzrok na nadal siedzącego w mercedesie chłopaka.

− Synu, jesteśmy już na miejscu. Może byś mi pomógł? Zaraz zacznie lać – odezwała się do niego po raz pierwszy od dłuższej chwili. Spojrzał na nią beznamiętnie i, niczym wyrwany z transu, wygramolił się niespiesznie z samochodu. Nic nie mówiąc, podszedł do swojej matki i zaczął odbierać z jej rąk walizki.
        
− Dokąd je zanieść? – zapytał w końcu, głosem na wpół znudzonym, na wpół zmęczonym.
        
− Może na razie zostawimy wszystko w salonie, a później zajmiemy się przemeblowaniem – odpowiedziała. – Jestem wykończona, chcę teraz tylko odpocząć.

         Ruszyli w kierunku dwupiętrowego, wiekowego budynku, który od teraz miał być ich domem. Przemieszczanie utrudniały im zwały śniegu pokrywające ścieżkę wiodącą do schodów i małego ganku.

Miejsce nie wyróżniało się niczym szczególnym: typowe ceglane ściany, z lekko obsypującym się już tynkiem, zwyczajne okna, które pewnie skrzypiały podczas otwierania i uschnięta winorośl, wpychająca gałęzie we wszystkie zakamarki. Jedyny niepasujący element stanowiła stojąca w ogrodzie rzeźba zeszpeconego anioła bez jednego skrzydła, wpatrującego się w przestrzeń z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Była omszona, a cokół na którym się znajdowała naznaczony został kilkoma poważnymi pęknięciami.  Tkwiło w niej coś zagadkowego, wydawała się jednocześnie żywa i pradawna. Joshua uważnie studiował posąg, nie mogąc pozbyć się przeczucia, że widział go wcześniej. We śnie, przyszło mu nieoczekiwanie na myśl.

− Trochę mroczny, nie uważasz? – Jego matka nieudolnie próbowała zacząć rozmowę.

         − Co? Ach, tak, nawet – odpowiedział, wciąż patrząc na według niego szkaradnego anioła, któremu bliżej było raczej do demona zemsty. – Jak to wszystko – dodał szeptem, tak by nie zostać dosłyszanym i ruszył po schodach za matką, czując wwiercające się w jego plecy natarczywe spojrzenie.

Kobieta nacisnęła na klamkę, a drzwi wbrew przewidywaniom chłopaka, otwarły się bez większych problemów, towarzyszyło temu tylko ciche skrzypienie dawno nieoliwionych zawiasów.
        
W holu panował półmrok, a w powietrzu unosiła się ledwie wyczuwalna woń pomarańczy. Sarah sięgnęła ręką włącznika światła, a jasność spowodowała, że musieli zmrużyć oczy.
        
− Dziwnie tu pachnie. Pośrednik twierdził, że ostatni mieszkańcy wyprowadzili się pół roku temu. – W zadumie pokiwała głową, a po chwili ruszyła zwiedzać dom, nie czekając na reakcję syna.

Został sam. Wszedł do salonu i omiótł spojrzeniem ściany. Nie było tutaj niczego, co mogłoby go zainteresować. Staromodny wystrój, z kominkiem znajdującym się w centralnym miejscu pomieszczenia nie był czymś do czego Josh mógłby się przyzwyczaić. Obrazu rozpaczy dopełniał brak telewizora.

         Drewnianymi schodami ruszył na górę, w kierunku swojego pokoju, jedynego zresztą na tym piętrze, mając nadzieję, że choć tam wkradły się ślady nowoczesności. Kilkanaście stopni pokonał w ekspresowym wręcz tempie. Gdy podszedł do brązowych drzwi, zauważył że ze szpary pod nimi sączy się cienka strużka światła, migotliwie padająca na zakurzoną lekko podłogę. W jego umyśle zapaliła się ostrzegawcza lampka. Dlaczego w domu, w którym nikt nie mieszka, świeci się światło? Kto mógł je tak zostawić?, przyszło mu na myśl.

         Wyciągnął drżącą rękę w kierunku klamki, ale zaraz ją cofnął. Podrapał się po głowie i zrobił trzy kroki do tyłu, poddając się naturalnemu instynktowi ucieczki, jednak po chwili się zatrzymał. Nie jestem przecież tchórzem… nie muszę iść po matkę, żeby wejść do własnego pokoju, zgromił się mentalnie, jednak jego nogi pozostały dokładnie w tym samym miejscu, na którym znajdowały się przed dziesięcioma sekundami.

         − No dalej, wejdź tam – dodawał sobie na głos otuchy, jednocześnie chcąc zawiadomić kogoś, kto mógł przebywać wewnątrz o swojej obecności. Smuga światła zadrżała, jakby coś zbliżyło się do drzwi, ale po chwili powróciła do swojego poprzedniego spokojnego stanu.

         Chłopak zdołał wreszcie zmusić ciało do ruchu i szybko podszedł do wejścia, po czym bez zastanowienia nacisnął klamkę. Ze skrzypieniem zawiasów drzwi otwierały się coraz bardziej, lecz nagle coś zaskrzeczało i z ogromnym hałasem ze środka wyfrunął czarny kształt. O milimetry minął głowę blondyna, smagając lewym skrzydłem sterczące na boki kosmyki  włosów. Josh szybko zaczął machać rękoma, chcąc na dobre pozbyć się natręta. Lecz tak nagle jak się pojawiło, zwierzę znikło w ciszy domu. Słychać było tylko urywany oddech chłopaka i przyspieszone bicie jego serca.

         − Pieprzony nietoperz, wylatujący jak z pieprzonej jaskini – zaklął pod nosem i wszedł do swojego pokoju. Źródłem światła, które tak go wcześniej zaintrygowało była stojąca na biurku świeca, prawie całkowicie wypalona, jednak tląca się jeszcze ostatkiem sił. Oświetlała lekko pokój, dając blondynowi możliwość przyjrzenia się pomieszczeniu. Nie było wcale duże, stało w nim jedynie zajmujące centralną pozycję i wyglądające na stare łóżko, biurko, kilka krzeseł, kanapa i fotel koloru wiśni, szafa oraz ogromne lustro ze złoconą oprawą.

Młody Collins sięgnął ręką włącznika światła, ale zapaliła się tylko jedna słaba żarówka, która jedynie lekko rozjaśniła pomieszczenie. Udało jej się to jednak na tyle, by chłopak zdołał dostrzec stojący w kącie pokoju kufer. Podszedł więc bliżej i przy nim uklęknął. Znalezisko było imponujących rozmiarów, jego zawartości przed światem zewnętrznym strzegła spora srebrna kłódka, a wieko pokrywała plątanina rzeźbionych postaci i kształtów, które mógł stworzyć tylko ktoś o wielkim talencie lub dotknięty szaleństwem.

         Przejechał opuszkami palców po arcydziele, obrysowując w ten sposób kształt przedstawiający wykrzywioną bólem twarz. Należała do młodo wyglądającego mężczyzny, który pochylał się nad leżącą pośród węży kobietą. Jej długie włosy tworzyły misterną plątaninę, dokładnie opasującą jej towarzysza. Josh wyczytał z płaskorzeźby, że dziewczyna nie żyła i była ważna dla młodzieńca stojącego obok. To skojarzenie przywołało spychane na dno pamięci wspomnienia.

Szybko odsunął się od kufra, złapał się za głowę i opadł na stojący nieopodal fotel. W ułamku sekundy jego umysł zalała fala wspomnień. Jej uśmiech, to spojrzenie, które wyrażało bezgraniczną ufność, pierwsze spotkanie, moment w którym zdecydował się wyznać swoje uczucia… to było zbyt wiele, a najgorsze że tak bardzo pragnął, by nadal było prawdą.

         Wreszcie, nie mogąc dłużej znieść rozsadzających jego umysł koszmarów, sięgnął do kieszeni, z której wyjął niewielką fiolkę. Wysypał na dłoń dwie małe pigułki i odruchowo je połknął. Jego oczy zaczęły się powoli zamykać, a wszystko wokół traciło kształty, by zlać się w jedną, głęboką czerń. Zanim zasnął, usłyszał jeszcze ciche skrobanie, dobiegające od strony okna.

 ***

         Gdy otworzył oczy, dookoła panowały ciemność i cisza, brzmiąca aż w uszach. Spojrzał na wyświetlacz komórki, było trochę po pierwszej w nocy, nie spał zbyt długo i wcale nie czuł się wypoczęty. Odczuwał w żołądku dziwny ciężar, a jego mięśnie bolały od niewygodnej pozycji, jaką wcześniej przyjął. Nie wiedział, co robić, usiadł więc w bezruchu i zaczął chłonąć napływające z otoczenia hałasy.

         Deszcz zacinał mocno o szybę, wystukując skomplikowaną symfonię, złożoną z boleśnie monotonnych dźwięków. Ciemne kształty na ścianach, utworzone przez cienie igrających na wietrze gałęzi emanowały grozą, przysparzając o nastrój godny filmów Hitchcocka, tak przynajmniej pomyślał Josh. Dobiegające z oddali zawodzenie wilków dopełniało ponurej całości.

         Towarzyszyły temu odgłosy wydawane przez wiekowy dom, niektórzy nazywali to osiadaniem murów, jednak za tymi szmerami kryło się coś więcej, coś głębszego, przyprawiającego o zawrót głowy i kołatanie serca.

Brakuje jeszcze tylko maniakalnego mordercy i krzyków jego ofiar, Josh pomyślał z goryczą, wsłuchując się w tę niepokojąco cichą noc.

Uświadomił sobie teraz, że obawiał się nowej szkoły, a właściwie tego, kogo tam spotka. Nie szukał przyjaciół, miał nadzieję, że uda mu się w spokoju dotrwać do końca roku szkolnego, a później zaszyć w swoim pokoju, najlepiej w Londynie, a nie w jakimś prowincjonalnym miasteczku na drugim krańcu świata. Wcale mu się tu nie podobało i wiedział już, że jego przyjazd stanie się tutejszą sensacją. W trakcie tych rozmyślań coś do niego dotarło. Dlaczego wcześniej tego nie zauważył?

Dzisiaj nie śniło mu się nic, zupełnie nic. Po raz pierwszy od tygodni całkowicie wyłączył się z otaczającej go rzeczywistości. Choć tak nienawidził swoich snów, teraz stwierdził, że bez nich czuje się co najmniej dziwnie. Jakby stracił część siebie, tę na pozór niepotrzebną, będącą jednak niezbędną do życia. To dzięki snom czuł, że nie wszystko tutaj jest całkowicie dla niego obce. W nich widział wcześniej niektóre z otaczających go rzeczy. Choć większość snów była niewyraźna, jeden element zapamiętał z nich bardzo dokładnie. Posąg stojący w ogrodzie wyglądał jak wyjęty z jego koszmarów. Jednak anioła ze snu od tego rzeczywistego różniła jedna cecha. Ten z wyobrażeń Josha spływał krwią.

Przymknął powieki, próbując pozbyć się sprzed oczu obrazu gęstej posoki oblepiającej twarz rzeźby. Gdy skupił się wystarczająco, cel został osiągnięty, jednak miejsce jednej sceny zostało zajęte przez inną.

Tym razem Josh wyraźnie widział oczy. Były piękne niczym rozszalałe fale szmaragdowego morza. Wirowały niespokojnie, a on czuł, że czerń źrenic pochłania go bez reszty. – Kocham cię – usłyszał tylko tyle, a po chwili głos został zastąpiony krzykiem przerażenia.

Ten sam strach zapanował nad chłopakiem. Jego serce przyspieszyło rytm, na skórę wystąpiła gęsia skórka, a oddychanie stało się wyjątkowo trudne.
 – Kim jesteś? – szepnął, próbując dopasować brzmienie głosu do kogoś, kogo znał. Jednak te próby były skazane na klęskę, nie mógł znać jego właścicielki, przecież na pewno zwróciłby uwagę na te oczy. Rozpoznałby je wszędzie, nawet z daleka.

         Z rozmyślań wyrwał go głuchy hałas. Gdy podniósł głowę, zauważył tylko bujającą się na wietrze za oknem gałąź i znikający w ciemności cień. Nie zwrócił na to większej uwagi, choć może powinien…

         Chłopak wiedział, że rano czeka go nowy początek, że będzie musiał stawić czoła otaczającej go rzeczywistości. Choć nie chciało mu się spać, połknął znów pigułki nasenne, by przestać myśleć, by pogrążyć się w pustce i udawać przed matką, że wszystko w porządku.

– Pora by król halucynacji zniknął na wieki. Niech na tron wróci normalny facet – mruknął sennie, zamykając oczy, a wszystko wokół obserwowało go, czekając na nadejście nieuniknionego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...