Spis

Blog autorski grupy Ailes

13 lipca 2015

Rozdział 11 - Niewinna


Rozdział 11
Niewinna

         Obudziło ją miarowe stukanie. Delikatne, przypominające szum, po jakimś czasie zorientowała się, że to deszcz. Lekki, prawie niedostrzegalny opad. Gdy tylko otworzyła oczy, ujrzała leżącego obok Blane’a i mimowolnie na jej ustach pojawił się uśmiech. Jego widok przywołał wspomnienia ostatniej nocy. Głęboko zaczerpnęła powietrza, przygryzając przy tym lekko wargę. Ich pierwsze spotkanie było tak zupełnie różne od tego, co działo się jeszcze kilka godzin temu. Tamten prymitywny bydlak w zupełności nie przypominał tego czułego kochanka, w jakiego zmienił się Blane. Gdy go poznała jego pocałunki bolały, jego dotyki raniły, a siła, z jaką próbował w nią wtargnąć, przerażała. Tej nocy pokazał jej się z zupełnie innej strony. Jakim cudem jedna osoba mogła mieć dwa, tak drastycznie odmienne oblicza? Na dodatek w jakiś sposób oba ją fascynowały. Groźny, niepohamowany zwierzak, jakim go poznała, dał się jej powstrzymać. I miała jakieś nieodparte wrażenie, że mimo wszystko nie doszłoby do najgorszego. Wrócił przecież po nią, a to nie było przypadkiem.  
Seks był… cóż, nie przeżyła nigdy wcześniej niczego bardziej intensywnego. Wszystkie związki były takie… typowe, banalne, niewstrząsające. Podczas gdy tu dostała coś niesamowicie i dogłębnie nasycanego i jeżeli wcześniejsze przeżycia mogła nazwać wstrząsami, to teraz
doznała prawdziwej eksplozji. Blane był niczym koncentrat przy wcześniejszych mężczyznach, z którymi coś ją łączyło.
Noc pełna uniesień, gorącego seksu i niejednego spełnienia. Noc, podczas której czegoś jej jednak zabrakło. Do pełnej perfekcji brakowało jednego, bardzo ważnego elementu. Być może to jego zachłanność, chęć dominacji, nie pozwoliła jej na oddawanie mu czułości, co było wręcz uciążliwe w przypadku, gdy dostawała ich całe mnóstwo. Czuła tak wiele, a nie mogła się tym z nim podzielić. Krótkie chwile irytacji i lekkie próby zniecierpliwienia, odganiał intensywnymi pieszczotami, jakich do tej pory nigdy wcześniej nie zaznała. Ale to przecież nie jest ostatnia noc, pomyślała. A później otrząsnęła się z tej myśli. Musiała przecież wracać do domu, do pracy, do swego życia. Nieistotnego… pustego. Westchnęła i zerknąwszy na Blane’a, ujrzała jak się w nią wpatruje. Jak długo się na nią gapił? Od kiedy nie spał? Co teraz? Dlaczego nic nie mówił? W głowie miała same pytania, które obawiała się zadać.



Leżała tuż obok niego i co chwila głośno wzdychała. Zastanawiał się, o czym teraz myśli. Czy podobało jej się to, co się między nimi wydarzyło? Czy ją zaspokoił? Miał w głowie dużo pytań. Wszystko przybrało inny obrót niż planował. Ale czy tak naprawdę cokolwiek planował? Była piękna, była kobietą, posiadł ją, to wszystko. Takie było najprostsze i najbezpieczniejsze wytłumaczenie. Bo przecież ona była mało ważna. Do tej pory sprawiała jedynie same problemy, a czy była tego warta? Jego uwagi, jego czasu, jaki na nią tracił. W pewnej chwili spojrzała na niego, tak nieoczekiwanie, że nie zdarzył zamknąć oczu i teraz ich spojrzenia skrzyżowały się. Ponownie westchnęła przeciągle i wpatrywała się w niego wzrokiem zadowolonej kotki, co sprawiło, że ledwie powstrzymał uśmiech. To mogło oznaczać tylko jedno, była zadowolona. Sprawdził się jako mężczyzna, to było najważniejsze. Chociaż niezbyt rozumiał, dlaczego mu tak na tym zależało. Było wiele kobiet, a żadną się nigdy nie przejmował, odsyłał je, gdy tylko skończył. Tak to wyglądało.
Brice spoglądała na niego w milczeniu, za co był jej wdzięczny, nie chciał teraz rozmawiać, musiał się uspokoić, pomyśleć. Gdyby była normalną kobietą, już dawno posłałby ją do powszednich obowiązków. Ale ona nie była normalną kobietą. Ona była inna niż one wszystkie. Lecz jaka tak naprawdę była Brice? Kim tak naprawdę była? Po za tym, że pochodziła z Francji, tak naprawdę niczego o niej nie wiedział. Z impetem wkroczyła w jego życie. Przeszedł z nią więcej niż z jakąkolwiek inną kobietą. Uratowała mu życie, jak nigdy wcześniej żadna inna. Obudziła w nim bestię, która ją skrzywdziła, jak nikogo wcześniej, z czego nie był wcale dumny. Nazwała go tchórzem, obrzucała obelgami, jak nigdy wcześniej żadna inna. Drapała, gryzła, kopała, szarpała i nie zawahała się nawet uderzyć go w twarz, jak nikt wcześniej. Wrzeszczała, krzyczała i niczego sobie nie robiła z tego, co mówił. Wszystko lekceważyła, jak żadna inna kiedykolwiek wcześniej. Działała na niego jak nigdy wcześniej żadna.
Wybuch, którego była powodem nie był tak niszczący, jaki spowodowała w nim tej nocy swym zachowaniem, tym jak go przyjmowała. Sposobem, w jaki wszystko przeżywała. To jak reagowała na każdą jego pieszczotę, przyprawiało go o obłęd. Pełen zaskoczenia, zadziwiony, przetwarzał jeszcze poprzednia noc, powracając myślami do każdej spędzonej z nią sekundy. Tak, jakby w tej chwili nie było niczego innego, jakby tylko on, dający jej rozkosz, się liczył. Odgłosy, jakie z siebie wdawała sprawiały, że nie mogąc się powstrzymać, sycił się wszystkim. Jej zapachem, smakiem, dotykiem, każdym, nawet najdrobniejszym westchnieniem. Była taka inna, taka niecodzienna. A on? On po raz pierwszy w życiu czuł coś, o czym nie chciał nawet myśleć. Tak było dobrze. Nic więcej nie było potrzebne.
Tylko, co teraz miał z nią zrobić? A jeżeli będzie chciała wrócić do Francji? Albo odnaleźć tego człowieka, o którym mówiła, Kolumba. Czy powinien ją odesłać? Jeśli tak, to gdzie? Wysłać na dziedziniec do jakiejś pracy? A może gdzieś do obejścia? Ale co ona miałaby robić? Nie wyglądała na taką, która pracuje w gospodarstwie. Do kuchni, aby pomagała Unie? A może po prostu do lochu? Co teraz będzie?
Westchnął ciężko i odwrócił się na wznak, co sprawiło, że przysunęła się do niego i oparłszy na łokciu, pochyliła się nad nim. Jeszcze tego mu brakowało.
– Nie mam czasu – mruknął i spróbował ją odepchnąć, lecz położyła rękę na jego piersi, powstrzymując go przed tym.
– Zajmę tylko chwilkę – wyszeptała, a on wypuścił głośno powietrze. Szczerze mówiąc chętnie zostałby tu z nią na dłużej niż tylko chwilkę. – Muszę iść do Calma House – oświadczyła i ujrzała jak zaciska zęby, a na jego obliczu pojawia się złość.
– Calda House – poprawił, a później powolnym ruchem podniósł się do pozycji siedzącej, tak, że w połowie drogi ich cała zetknęły się z sobą. Usłyszał jak przełyka głośno ślinę. – I nigdzie nie pójdziesz – oświadczył stanowczo.
– Pójdę. – Usłyszał i ogarnęła go wściekłość.
Co miał zrobić żeby go usłuchała? Czy ona zawsze będzie taka uparta? Może powinien wsadzić jej knebel w usta i spętać, wtedy miałby wreszcie spokój.
– Nie pójdziesz – warknął stłumionym głosem.
– Dlaczego? – zapytała, a on zamarł. Faktycznie. Dlaczego miała tam nie iść?
– Bo tak mówię! – zagrzmiał.
– Proszę? – Usłyszał i spojrzał na nią zaskoczony.
Co ona knuła? Ta słodka mina, uroczy uśmiech, to było podejrzane i zupełnie niecodzienne. Una nigdy tak nie robiła, żadna inna nigdy tak nie robiła. I dlaczego do diabła zakończyła te słowo pytaniem? Czy tak robią we Francji?
– Nie! – warknął. – Po co chciałaś tam iść? – zapytał mimo wszystko, przecież musiał to wiedzieć. Był naczelnikiem klanu i musiał wiedzieć wszystko.
– Chciałam wszystkich przeprosić – powiedziała po chwili cicho, a on spojrzał na nią, kompletnie zbity z tropu. Przeprosić? Kogo ona chciała przepraszać? Za co?
– O czym ty prawisz dziewczyno? – zapytał i ujrzał jak opuszcza powoli głowę. Ujął ją pod brodę i skierował na siebie jej spojrzenie. – Kogo ty chcesz przeprosić Brice?
– Wszystkich – powiedziała, a on zmarszczył czoło. – Za to, co zrobiłam. Za to, że wczoraj…
– Spichlerz? – zapytał, domyślając się, o co jej chodzi. Przytaknęła, a on uśmiechnął się półgębkiem. Przyznawała się do błędu. W jakiś nikły sposób zaimponowało mu to. – To był stary spichlerz – powiedział oschle, nie chcąc, aby pomyślała, że bagatelizuje sprawę.
Prawdę mówiąc, powinna ponieść konsekwencje swego czynu, to nie ulegało wątpliwości. Ale jak? Chłosta? Przecież nie mógł zrobić jej krzywdy. Miała takie aksamitne, piękne ciało. Takie przyjemne dotyku, w smaku. Otrząsnął się, odganiając niepotrzebne myśli.
– Ale to nie usprawiedliwia tego, co zrobiłam. Naraziłam życie innych, a to jest niedopuszczalne – wyznała, a on patrzył na nią zaskoczony. Nie spodziewał się takiej reakcji.
– Nie musisz i nie będziesz nikogo przepraszać – powiedział chłodno. Jeszcze tego by brakowało, aby chodziła do Calda House i wdawała się w jakiś niepotrzebne znajomości.
– Muszę. – Coraz bardziej drażnił go jej upór.
– Jeżeli ja mówię, że nie musisz, to nie mu…
– Przepraszam – wyszeptała, wpatrując się w niego swymi błyszczącymi błękitem oczyma, a on zamarł.
Nikt się nim nie przejął. Oprócz Uny nikt nawet nie zainteresował się czy jemu coś się nie stało. Jedynie Una i Brice, która każdym sposobem dążyła do tego, aby sprawdzić czy wszystko z nim w porządku. Była tak bystra, domyśliła się, że jest ranny, widział jak zerkała na jego ramię i już wtedy wiedział, że dostrzegła plamę krwi. Ale był raczej przekonany, że się tego wystraszy, a ona za wszelką cenę chciała mu pomóc. Gdy poczuł dotyk jej dłoni na swej skórze, wiedział, że będzie to zgubienie, nie było już odwrotu.
– Za co? – zapytał bezwiednie, chcąc odgonić napływające wspomnienia.
– Uratowałeś mnie. Gdyby nie ty, to… nie byłoby mnie tu – wyszeptała cichym głosem.
– I byłby spokój – mruknął.
– Żałujesz? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, przytuliła go gwałtownie.
– Czego? – Usłyszała jego gardłowy głos i poczuła dłoń na swych plecach, która nieustępliwym ruchem przytrzymała ją w miejscu, nie pozwalając się oddalić.
– Tego, co stało się wczoraj – szepnęła.
– O czym dokładnie mówisz? – drążył, a ona pomyślała, że zmierza to do jednego.
– Ty wiesz – wymruczała i poczuła jak jego mięśnie napinają się.
– Nie jestem pewien. – Usłyszała i zmarszczyła brwi, odsuwając się lekko w tył, spojrzała na jego twarz. Zadrżała, widząc te mroczne spojrzenie pociemniałych z emocji oczu. – Zadaj mi to pytanie później.
– Później? Kiedy później? – Jego odpowiedz zbiła ją nieco z tropu. O co mu chodziło?
– Milcz – powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem i widząc jak pomimo to otwiera usta, przyciągnął ją do siebie i pocałował.
W tym momencie znał już sposób, aby skutecznie ją uciszyć. No, może nie tak do końca uciszyć, bo teoretycznie była dość głośna, lecz dźwięki, jakie z niej wydobywał, były tymi, jakie chciał od niej usłyszeć. Były jedynymi, jakich teraz pragnął.



Gdy pojawił się na placu treningowym ujrzał kilka zaskoczonych twarzy i początkowo nie miał pojęcia, co było tego przyczyną. Po krótkiej chwili przypomniało mu się, że Bothan załatwił mu alibi, aby mógł uprzyjemnić sobie czas z Brice. Przez chwilę poczuł zawód, że o tym zapomniał. Gdyby został dłużej, to…
– Nie udałeś się z Bothanem? – Usłyszał Eiliga, który rozmawiał o czymś z jedną ze swych córek.
Dziewczyna na widok Blane’a opuściła wstydliwie wzrok. Pomyślał, że sporo by dał, aby choć raz zareagowała w ten sposób Brice. Ale czy na pewno?
– Nie – odparł krótko chmurnym głosem, nie wdając się w zbędne dyskusje.
Eilig od razu zrozumiał. Blane w takim nastroju, to Zwierz, któremu należy schodzić z drogi. Rozejrzał się wokoło i ujrzawszy po przeciwnej stronie Ossiana, ruszył do niego.
– Myślę, że Morven powinien dostać na dzisiejszy dzień jakieś zajęcie daleko od placu – powiedział jednym tchem, a Ossian spojrzał na niego zniecierpliwionym wzrokiem, lecz gdy ujrzał jak tamten skinął głową w stronę stojącego kilka metrów dalej Blane’a, z jego oblicza zniknęło poirytowanie.
– Wiesz, mam pewną sprawę w Golspie. Może powinien załatwić ją Morven – powiedział, nie odrywając wzroku mężczyzny, który właśnie dobywał miecza.
– To dobry pomysł i myślę, że powinien to zrobić niezwłocznie – powiedział Eilig i usłyszał szczęk uderzanych o siebie mieczy, a później ryk Blane’a, który sprawił, że Ossian odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie w stronę stojącego kilkanaście metrów dalej syna.
Blane nie mógł skupić się na walce. Myśli o dziewczynie powracały notorycznie. Czuł ogromne zniecierpliwienie i irytację. Co robiła? Gdy opuszczał komnatę przykazał jej, aby nigdzie nie chodziła. Powiedział, że pośle do niej Unę aby przyniosła jej strawę i ubiór. Ale czy go posłuchała? Może zeszła na dół. A jeżeli zabłądzi? Zamek był całkiem duży, a ona do tej pory nie poruszała się po nim samodzielnie? A jeśli ktoś ją tam zaczepi?
– Gdzie Morven?! – wrzasnął na całe gardło, do stojącego po drugiej stronie Ossiana, który wymienił znaczące spojrzenia z Eiligiem.
Nie widział gnoja od samego rana, a przecież byli tu już kilka godzin. Gdzie była ta gnida? Poczuł gwałtowną złość i zacisnął mocniej dłoń na klindze miecza.
– Pojechał do Golspie – powiedział Ossian, który właśnie do niego podszedł.
– Jesteś pewien? – Chciał mieć sto procent pewności.
– Sam go tam posłałem – oświadczył mężczyzna.
– Niech nie pokazuje się na zamku – zagrzmiał Blane, a Ossian  zmarszczył czoło. To brzmiało cokolwiek dziwnie. – Niech trzyma się z dala od mego miecza, a ty wiesz, co jest tego powodem. Jeżeli chcesz, aby twój syn czuł się bezpieczny, to niech schodzi mi z drogi, a daje ci słowo, że nic mu się nie stanie.
– Ale…
– Ma się tylko trzymać z daleka od zamku – mruknął. – I od wszystkich jego mieszkańców – uściślił, nie wdając się w szczegóły.
Eilig podszedł do osłupiałego Ossiana, który jeszcze przed momentem rozmawiał z Blane’m i z niepokojem wpatrywał się w osłupiałego przyjaciela.
– Co się stało? – zapytał, zaniepokojony reakcją przyjaciela.
– Całkiem możliwe, że pomieszało mu się w głowie – stwierdził.
– Co mówił?
– Kazał trzymać się Morvenowi z dala od zamku – powiedział, nie odrywając wzroku od Blane’a, walącego na oślep w miecz jednego z chłopaków, który wyglądał w tym momencie na dość przerażonego. – Myślisz, że mogło mu się stać coś podczas tego wybuchu?
– Całkiem możliwe – stwierdził pocierając dłonią brodę. – Był dość cichy podczas wieczerzy i prawie cały czas rozmawiał z Bothanem.
– Wiesz jak daleko był od spichlerza, gdy nastąpił wybuchł? – zapytał Ossian.
– Nie wiedziałem tego, ale Tormod mówił, że wyniósł dziewkę na rękach i przykrył ją sobą. Ochronił Brice, ale może w niego coś uderzyło. Nikt się nim nie zainteresował – powiedział z lekkim wyrzutem sumienia.
– Tak, każdy pytał o dziewkę, a może…
– Poczekaj, co on mówił? Kazał się trzymać Morvenowi z dala od zamku? – przerwał mu Eilig, któremu coś przyszło do głowy. – Gdzie ona mieszka? – Drugim pytaniem zbił Ossiana z tropu.
– Kto?
– Ta Francuzka.
– Brice?
– Tak. Ta, co na niej leżał – stwierdził sugestywnie, a później obaj spojrzeli po sobie i wybuchli gromkim śmiechem, sprawiając, że Blane spojrzał na nich groźnym wzrokiem, co sprawiło, że w tym samym momencie obaj odwrócili głowy.
– Myślisz, że może chodzić o dziewczynę? – zapytał cicho Ossian.
– Myślę, że powinieneś trzymać od niej z dala swego syna. Tak na wszelki wypadek – dodał i po wymianie spojrzeń obaj parsknęli głośnym śmiechem.
– Nie uważasz, że może to stanowić problem? – zapytał w pewnym momencie Ossian, który od jakiegoś czasu nad czymś rozmyślał.
– Problem? Jaki problem?
– Chodzi o córkę MacCalluma – stwierdził, a widząc pytającą minę Eiliga, kontynuował. – Jeżeli Blane ma pojąć ją za żonę, a pojawiła się ta Francuzka i zawróci mu w głowie, to… – zaczął, lecz przerwał mu gromki śmiech Eiliga.
– Blane? Czy ty myślisz, że jakakolwiek dziewka dałaby radę zawrócić mu w głowie? – zapytał, a Ossian zmarszczył czoło.
– Masz rację, ale sam powiedz, Francuzka żoną naczelnika? To byłoby najgorsze, co mogłoby nas spotkać. Szczególnie, że klan jest osłabiony. Konieczne jest połączenie z innym, a MacCallum jest najlepszą opcją. Sam dobrze to wiesz.
– Nie masz się co martwić. Córka MacCalluma jest ponoć szpetna jak noc, więc Brice pojawiła się w odpowiednim momencie. Niech chłopak jeszcze sobie poużywa. A że on szaleje, dziwisz mu się? Dziewka jest piękna i niegłupia.
– Słyszałem, że jest temperamentna. Morvenowi ponoć nosa przytarła – roześmiał się Eilig.
– Zaraz zabije tego chłopaka – powiedział Ossian, kręcąc z niesmakiem głową i wpatrując się w wyczerpanego przeciwnika Blane’a, który w tym momencie robił już jedynie uniki.
– Myślisz, że już ją miał? – zapytał w pewnym momencie Eilig, a Ossian popatrzył na niego zniesmaczony.
– Wścieka się jak wygłodniały buchaj. Jeżeli jeszcze jej nie miał, to dziś na pewno będzie – orzekł, budząc śmiech przyjaciela.
Nie zorientowali się w porę i zanim przywołali się do porządku stanął przed nimi Blane.
– O czym prawicie? – zapytał podniesionym głosem.
– O bitwie – powiedział bez zastanowienia Ossian.
– O koniach. – W tym samym momencie wypowiedział się również Eilig i pożałował, że nie obrali wcześniej jakiegoś wspólnego frontu.
– O koniach na bitwie – sprostował Ossian.
– Co z nimi? – warknął Blane.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie o koniach ani bitwie rozprawiali, a tematu ich rozmowy wolał nie znać. A przynajmniej o nim nie myśleć. A właściwie niej. Bo przecież tylko Brice mogła sprawić, że poważni zazwyczaj Ossian i Eilig chichotali jak dziewki na jarmarku. Czy mówili o spichlerzu? Chciałby zapytać wprost, ale mogliby jeszcze pomyśleć, że go to interesuje, a przecież jego wcale to nie obchodziło. Wysadziła w powietrze spichlerz? No i co z tego. Budynek był stary, a przecież każdemu może się coś takiego zdarzyć. Otrząsnął się ze swych myśli. Każdemu może coś takiego się zdarzyć? Sam już zaczynał głupieć. Poczuł złość. Zachowywał się przez nią jak idiota. Doprowadzała go do szaleństwa. Co teraz robiła? Usłuchała go?
– Dziewka czuje się dobrze? – Usłyszał głos Eiliga i spojrzał na niego bystrym spojrzeniem.
– Jaka dziewka? – mruknął, marszcząc czoło.
– Ta Francuzka. Wczoraj ponoć…
– Nie interesuje mnie żadna dziewka – uciął dalszą wypowiedź. – Powinna się cieszyć, że nie wtrąciłem jej do lochu, po tym, co uczyniła.
– Daruj dziewczynie, pewnie niewinna. W końcu to Tormod zawinił – powiedział Ossian, ostatkiem sił powstrzymując się, aby nie parsknąć śmiechem.
– Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to również myślę, że powinieneś jej darować. W końcu w niewoli była, wycierpiała już co swoje. Wygląda na łagodną i spokojną pannę – kontynuował, Eilig.
Cierpiąca Brice? Jakoś nie umiał sobie tego wyobrazić. A jeszcze bardziej łagodnej i spokojnej. Ale przecież nie mógł z nimi o tym rozmawiać. Jeszcze zinterpretowaliby coś niewłaściwie.
– Nie myślałem o niej i na razie nie podjąłem żadnej decyzji – stwierdził i ujrzał jak obaj nagle odwracają głowy. Jeden gapił się teraz w niebo, drugi natomiast w ziemię.
– Tak właśnie podejrzewaliśmy, że nie myślałeś, widzieliśmy, iż walką bardzo byłeś zajęty – wydusił po chwili Eilig, starając się mówić w miarę spokojnie. 
Blane patrzył na nich groźnym wzrokiem. Coś mu tu nie grało, lecz zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ujrzał biegnącego w ich stronę Roslina, którego gonił Tormod.
– Blane! – Usłyszał Roslina i ruszył w jego stronę. Zaraz za nim dobiegł Tormod.
– Panie, ona niewinna! – wrzeszczał jak opętany, a Blane’a opanowała nagle złość.
– Co się stało?! – zagrzmiał, mając tysiące myśli w głowie.
Jakoś nie miał wątpliwości, o kim była mowa. Jeśli chodzi o Tormoda, to niewinna mogła być tylko jedna osoba.
– Zaszło nieporozumienie! – darł się Tormod i przyspieszając wyminął Roslina, a właściwie odepchnął go, sprawiając, że tamten wylądował w błocie.
Chłopak poderwał się gwałtownie i spojrzał wściekle na oszalałego Tormoda, ostatkiem sił powstrzymując się żeby nie złapać go za chabety.
– Co zrobiła tym razem?! – wysyczał Blane.
– To wina kowala – oświadczył Tormod bez namysłu. – Ona nic nie zrobiła.
W tym momencie Blane nie miał już zamiaru słuchać rozgorączkowanego chłopaka. Zdawał sobie sprawę z dwóch spraw. Niewinna dla Tormoda była na pewno Brice, a jeżeli wyszło nieporozumienie z kowalem, to któreś z nich na pewno było poszkodowane. I jakoś nie sądził, aby wina leżała po stronie kowala.
Odepchnął Tormoda, który próbował jeszcze zagrodzić mu drogę, lecz był bezsilny. Podbiegł do stojącego obok konia i bez wahania wskoczył na niego, chcąc dostać się na miejsce jeszcze szybciej.
– Ale to mój koń – powiedział oniemiały Eilig.
– Jemu to powiedz – stwierdził Ossian wpatrując się w galopującego Blane’a, który już po chwili zniknął im z oczu.
Gdy dojechał, ujrzał kilkoro ludzi stojących na dziedzińcu. Intuicyjnie skierował się właśnie tam. Zeskoczył z konia i puścił wodze, po czym szybkim krokiem podszedł do zgromadzonych i gwałtownymi ruchami utorował sobie drogę. To, co zobaczył, wprawiło go w takie zdumienie, że przez moment zastanawiał się czy przypadkiem nie ma halucynacji. Całkowicie umazana błotem Brice okładała kowala, który próbował ją od siebie odepchnąć. Oboje byli bardzo zaangażowani w tą przepychankę.
Czy ona próbowała wsadzić mu wiadro w dupę, tak jak zapowiedziała? – Ta myśl jakoś tak niespodziewanie przyszła mu do głowy.
Spór musiał trwać już jakiś czas, gdyż oboje cali pokryci byli błotem, co świadczyło o tym, że prawdopodobnie tarzali się w nim jak dwa kundle. W tym momencie Brice klęczała, a kowal osłaniając się rękoma kucał. Blane patrzył na szarpiąca się dwójkę zaskoczonym wzrokiem.
– Panie, ona niewinna! – Doszło do jego uszu, co nieodmiennie świadczyło o tym, że Tormod przybywał właśnie z odsieczą.
Okrzyki sprawiły, że zarówno kowal jak i Brice spojrzeli w jego stronę i ujrzawszy Blane’a oboje gwałtownie poderwali się z ziemi.
– Mogę to wszystko wytłumaczyć. – Usłyszał wzburzony głos Brice.
– Ona zaczęła. – W ten sposób wypowiedział się Clach, na którego twarzy ujrzał lęk.
Brice słysząc te słowa spojrzała na kowala ze złością i ponownie zaczęła okładać go pięściami.
– Co tu się dzieje do czorta!? – wrzasnął i jednym spojrzeniem obrzucił zgromadzonych gapiów, co wystarczyło żeby nagle gdzieś zniknęli, wiedząc, że Blane w gniewie stawał się Zwierzem, a z nim nie chcieli mieć nic do czynienia.
– Nic takiego – odpowiedzieli jednocześnie i wyjątkowo zgodnie, a to sprawiło, że zdenerwował się jeszcze bardziej. Co tu się wyprawiało?
– Zaszło nieporozumienie. – Usłyszał zdyszany głos Tormoda i już za moment chłopak stanął między nim, a Brice. Czy cokolwiek mogło rozdrażnić go jeszcze bardziej?
– Co to za nieporozumienie? – Starał się mówić spokojnie, lecz nie był w stanie powstrzymać emocji.
– Jakie nieporozumienie? – Ponownie Clach wraz z Brice byli jednomyślni w swej wypowiedzi, co zaczynało wyglądać coraz bardziej podejrzanie.
– Panie… – zaczął Tormod, który już wyjątkowo działał mu na nerwy.
– Tak wiem, to twoja wina, ale teraz zjeżdżaj stąd pókim dobry! Chyba, że chcesz abym kazał cię wychłostać – wrzasnął.
– To nie jego wina – krzyknęła Brice, na którą momentalnie przeniósł wzrok.
– O! Więc jednak ktoś jest winny. Może powiesz mi zatem kto?! – warknął i odepchnąwszy Tormoda niczym małego psiaka, przysunął się do niej.
Widział na jej twarzy wściekłość. Podparła się rękoma pod boki jak prawdziwa sekutnica i zadzierając wysoko głowę, wpatrywała się błyszczącymi od nadmiaru pasji oczyma. Dziewczyna, którą była jeszcze tej nocy, gdzieś zniknęła.
– Ja! – Tym razem zgodni byli zarówno Tormod jak i Clach.
I o ile wyznanie Tormoda wcale go nie zdziwiło, to słowa kowala, którego jeszcze przed momentem okładała Brice, nieco wytraciły Blane’a z równowagi.
– Jeżeli któryś z was nie powie mi zaraz co tu się stało, to zawlokę ją za kudły i wrzucę do lochu. – Miał przeczucie, że to pomoże, i nie pomylił się.
– Pani Brice upadła w błoto. – Usłyszał kowala.
– Tak! Sam to widziałem – zawtórował mu Tormod, a Blane zaczerpnął głęboko powietrza, chcąc dalej kontynuować, ale Brice była szybsza.
– Nie twoja sprawa! – wrzasnęła. – Dyskutowaliśmy tu sobie kulturalnie, jak normalni, cywilizowani ludzie, a ty przyłazisz i wtrącasz się nieproszony do rozmowy, ty…
– Ty bezczelna…
– Jest niewinna! – zawył Tormod.
Miał ochotę ją rozerwać na strzępy, lecz gdy usłyszał Tormoda, sam już nie wiedział, na kogo bardziej jest zły. Myślał o niej cały czas podczas treningu. Był prawie pewien, że go usłuchała, przynamniej tak sobie to tłumaczył. Gdy ujrzała biegnącego z Roslinem Tormoda wiedział już, że była nieposłuszna. Lecz tego, co tu zastał, nigdy w życiu by się nie spodziewał, a na domiar złego tych dwóch głąbów wtóruje sobie teraz w zapewnianiu o jej niewinności. Zadziwił go najbardziej Clach. Kowal był rozsądnym i poważnym człowiekiem, a teraz zachowywał się prawie tak samo histerycznie jak Tormod, choć Brice jeszcze przed momentem okładała go pięściami. Miał ochotę ukarać całą trójkę, ale nie mógł tego zrobić, bo nawet nie wiedział, co było powodem tej burdy. Choć instynkt dosłownie wrzeszczał do niego, że jest nim wpatrzona w niego bojowniczym wzrokiem, umazana po same uszy błotem, błękitnooka blondynka. Zdawał sobie sprawę z tego, że szantaż nie przyniesie skutku, bo tych dwóch kretynów byłoby gotowych przyjąć na siebie winę. W pewnej chwili usłyszał głośny śmiech i ujrzał stojącego za nim Bothana.
– Nie patrz na mnie, ja niczego nie widziałem – powiedział ze śmiechem. – Jestem niewinny, panie – zakończył, przedrzeźniając Tormoda, a Blane miał ochotę wrzasnąć, lecz ujrzał idących w ich stronę pozostałych mężczyzn, a to trochę skomplikowało całą sprawę.
– Co tu się dzieje, Roslin? – zażądał wyjaśnień, gdy tylko chłopak podszedł do nich wystarczająco blisko.
– Ja…
– On niczego nie widział – wrzasnęły trzy głosy na raz, a Blane poczuł, że dosłownie za moment eksploduje.
– Tak jest – stwierdził Roslin, przyglądając się uważnie Brice, która nagle zaczęła robić do niego jakieś dziwne miny. – Dopiero przyszedłem i zdaje się, że oni… – zaczął, patrząc uważnie na dziewczynę i czekając na to, co powie.
– Upadłam w błoto. – Jej głos był bardzo stanowczy.
– Tak właśnie to wyglądało – powiedział chłopak, szeroko się uśmiechając. – A Clach…
– Pomagałem jej wstać – podpowiedział kowal.
– Dokładnie tak było – stwierdził Roslin, a Blane pomyślał, że przecież nie może ich wszystkich wtrącić do lochu. Z pomocą przyszedł mu jak zwykle niezawodny Bothan.
– Jak widzę utrudziłeś się na placu, choć miałem początkowo nadzieję, że zrobisz to gdzie indziej, lecz widocznie tam czułeś się lepiej. Twoja rzecz – powiedział, podchodząc do niego i poklepał go po ramieniu.
– Bardzo się utrudził. – Usłyszeli Ossiana.
– Jeszcze moment i byłby zabił chłopaka, z którym trenował – parsknął Eilig, spoglądając znacząco na Bothana, co sprawiło, że ten zrozumiał, iż ci dwaj prawdopodobnie domyślili się, co wprawiło Blane’a w taką euforię.
– W takim razie może powinniśmy udać się na wieczerzę. Bradana kazała przybyć jak najśpieszniej – powiedział, chcąc jak najszybciej zabrać ze sobą Blane’a, którego dziki wzrok niezbyt dobrze wróżył. Tym bardziej, że wymieniał spojrzenie z Brice, a ona w niczym mu nie ustępowała.
– Jak widać nieporozumienie jest już wyjaśnione. Clach pomógł podnieść dziewczynę, więc ze spokojną głową możemy zamoczyć gardło, Blane. Po takim długim treningu jesteś pewnie utrudzony – stwierdził Eilig, a Blane poczuł złość.
Wcale nie chciał iść do Calda House, prawdę mówiąc, jedyne, o czym teraz marzył, to złapać tą złośnicę i zaciągnąć nad jezioro, a później wrzucić do wody. Właściwie nie miałby nawet nic przeciwko temu, aby samemu orzeźwić się w chłodnych falach Loch Assynt. Niestety nie mógł dać po sobie tego poznać. Najważniejsze było to, aby oni czegoś głupiego sobie nie dopowiedzieli. Jeszcze mogli pomyśleć, że chciałby zostać z tą dziewczyną, a to przecież nie była prawda. Po prostu chciał w jakikolwiek sposób ją ukarać, jeszcze nie wiedział jaki, ale na pewno coś by wymyśli. Przecież nadal jego zamiary były takie same. Obraziła go, podniosła na niego rękę, musiał ją ukarać. Jeszcze nie miał pomysłu, na jakie tortury się zdecyduje, ale przecież miał wszelaki wybór, przy okazji zabawi się z dziewką, przecież to było normalne. Robił tak każdy. Musiał zebrać się jakoś w sobie i zostawić ją tu samą.
– Morven już powrócił? – zapytał nagle, zupełnie zbijając z tropu Bothana, który gapił się teraz na niego zaskoczony.
– Jest w Calda House – pospieszył z wyjaśnieniem Roslin. – Dopiero przybył. Czy mam po niego posłać?
– Nie! – krzyknął Blane, może zbyt gwałtownie.
– Po cóż ci potrzebny Morven? – zapytał Bothan.
– Blane nakazał, aby trzymał się z dala od zamku – wyjaśnił Ossian, uśmiechając się półgębkiem. – I od wszystkich jego mieszkańców – dodał znacząco, a Bothan ledwie powstrzymał się przed parsknięciem.
– To by sporo wyjaśniało – powiedział starając się zachować poważny wyraz twarzy.
– Po tym jak zachowuje się twój syn, chyba mu się nie dziwisz – stwierdził dyplomatycznie Eilig.
– Oczywiście. Sam miałem mu to powiedzieć. Musi wpierw zasłużyć na szacunek i odzyskać zaufanie – stwierdził Ossian.
– Ale w sensie, że co on zrobił? – zaciekawiła się Brice, a twarz Blane’a przybrała purpurowego odcienia.
– Brice, poprosiłem Unę, aby nagrzała wody dla ciebie, zapewne będziesz potrzebowała się odświeżyć – powiedział Bothan i spojrzał na nią znacząco.
Wiedział, że jest bystra, od razu domyśliła się, że nie powinna drążyć tematu.
– Istotnie – stwierdziła. – Nieco się ubrudziłam.
– Nieco? – warknął Blane. – Wyglądasz jak prosię, które tarzało się w chlewie – powiedział, a ona odwróciła się do niego gwałtownie i niespodziewanie przytuliła, na co on zamarł, zupełnie tym zaskoczony. Zdziwili się również stojący obok mężczyźni.
– Również i ty przypominasz teraz prosiaka – stwierdziła rezolutnie, odsuwając się od niego. – Jezioro masz blisko, zanim wrócisz, możesz nieco się ogarnąć. Woda jest co prawda zimna, ale taki waleczny partyzant jak ty, powinien sobie z tym poradzić. Nie zapomnij tylko zostawić miecz na brzegu, bo w wodzie dużo nim nie zwojujesz.
– Partyzant? – zapytało kilka głosów na raz, a ona pomyślała, że może jeszcze nie te czasy.
– Zwał jak zwał – powiedziała i uśmiechnęła się. – Życzę miłej wieczerzy. Dobranoc panom – dodała i odeszła, zostawiając całe męskie zgromadzenie z ogłupiałymi minami.
– Partyzant? – zapytał Eilig, patrząc na Blane’a, ponieważ to do niego tak się zwróciła. – Kto to jest partyzant?
– To ktoś mężny i waleczny – zaryzykował, odzyskując głos.
Prawdę mówiąc nie miał pojęcia, o czym ona mówi, i w danym momencie niezbyt wiedział jak się zachować. Ta idiotka przytuliła go przy jego ludziach. Powinien ją za to przykładnie ukarać, już w tym momencie. Nie mógł pozwolić sobie na podobne zachowania. To było niedopuszczalne.
– Chodźmy – nakazał chłodnym tonem i ruszył przed siebie.
– Może dziś powinieneś darować sobie wieczerzę – powiedział cicho Bothan, który przyspieszając, zrównał się z Blane’m, pozostawiając w tyle resztę mężczyzn.
– Każę zakuć ją w dyby – wymruczał z wściekłością Zwierz.
– Ale przecież my nie mamy dyb – parsknął śmiechem Bothan, widząc zaciętą minę przyjaciela, który odwróciwszy się do tyłu, przystał i sapnął ze złością.
– Tormod! – wrzasnął rozdzierająco na chłopaka, który nadal stał w tym samym miejscu i zerkał w stronę wejścia do zamku. – Chodź tu natychmiast!
– Może powinniśmy na niego wołać: Panie, ona niewinna. – Usłyszał Eiliga, a zaraz później śmiech reszty idących mężczyzn.
Ze złością zdjął koszulę i odrzucił ją na ścieżkę, pozostając jedynie w kilcie.
– Każę je zbudować – mruknął, a Bothan w pierwszym momencie nie miał pojęcia, o czym on mówi. Po chwili dotarło do niego, że Blane kontynuuje temat nieszczęsnych dyb.
– Jeżeli nakażesz Clachowi, to nie mów mu tylko kogo chcesz w nie wsadzić – powiedział ze śmiechem. 
– Jeżeli nie zamilkniesz, to będziesz pierwszym, który je wypróbuje – odparł, głośno wzdychając.
Musiał, koniecznie musiał uspokoić nerwy. I tak wszystko wyglądało podejrzanie, chociaż w zasadzie nie powinno, bo przecież on zachowywał się normalnie. Jednak dla pozorów powinien jeszcze bardziej się postarać. Z takim zamiarem zasiadał za stołem. Starał się zachowywać normalnie, choć krzesło aż parzyło, zmuszając go, aby odejść. Jednak był naczelnikiem klanu, miał obowiązki i nie mógł pokazać swym ludziom żadnej, nawet najmniejszej słabości. Pił, jadł, rozmawiał, żartował, śmiał się. Sprawiało mu to sporą trudność, lecz jedynie Bothan to widział. Po kilku godzinach mordęgi wyszedł wreszcie, udając, że robi to niechętnie.
– Widzisz – zwrócił się Eilig do Ossiana. – Zwierzowi żadna dziewka nie zawróci w głowie. Nawet tak temperamentna jak ta francuska kocica.




Gdy Blane wszedł do sypialni, ujrzał śpiącą dziewczynę i przez chwilę zastanawiał się czy nie powinien przespać się gdzieś indziej. Był tak nadładowny testosteronem, że wszystko się w nim gotowało na widok Brice. Podszedł do łóżka i przez chwile przyglądał się jej przy słabym świetle świecy. Nie zamierzał jej budzić. Lecz po chwili zamrugała oczyma, a później gwałtownie się poderwała.
– Jesteś bardzo zły? – zapytała pospiesznie, a on odstawił bez słowa świecę i ująwszy ją za dłoń, pociągnął ku sobie.
Zaskoczona jęknęła. Gdy stopy dotknęły ziemi zadrżała. Bez słowa złapał materiał płóciennej koszuli i rozdarł go. Ujrzał na jej twarzy zaskoczenie, a w oczach dziki blask.
– Milcz – powiedział, widząc, że otwiera usta. – Teraz będę cię kochał. Mówić będziesz później.
Co on takiego w sobie miał, że wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby jej krew przyspieszała krążenie? Była pewna, że gdyby obdarzył kogoś swym groźnym wzrokiem na ulicy Nowego Jorku, w 2014 roku, to wzbudziłby postrach. A ona, patrząc w te pociemniałe z gniewu oczy, czuła jedynie ekscytację.
Zachowywał się teraz jak podczas ich pierwszego spotkania, był gwałtowny i bezceremonialny. W pierwszym momencie pomyślała, że zafunduje jej powtórkę, lecz zaskoczył ją. Pomimo całej tej natarczywości, był dla niej bardzo delikatny. To zdecydowanie oraz stanowczość przyprawiały ją o obłęd.
Ująwszy ją za pośladki szybkim ruchem posadził na komodzie i gwałtownie rozsunął nogi, aby patrząc w jej przerażone oczy uspokoić jej spojrzenie, sunąc delikatnie dłonią po wewnętrznej stronie jej ud. Jej skóra była tak niesamowicie delikatna, że sam kontakt z nią sprawiał, że miał dreszcze, zaciskał szczękę wpatrując się jak odchyla w tył głowę, robiąc mu miejsce na delektowanie się jej aromatem. Słyszał jak jej oddech przyspieszał, gdy poczuła na sobie jego usta, aby już po chwili zrównywać się z ruchami jego dłoni, które dawały jej przyjemność. 
W jednej i tej samej chwili czuł do niej jakąś nieprawdopodobną czułość, by już za moment jakieś targanie wewnątrz, kazało mu ją gwałtownie szarpać, przyciągać, dotykać, odpychać, sprawiać, że swą huśtawką emocji doprowadzał ją do szaleństwa, jednak wszystko to robił tak niesamowicie delikatnie, że sam nie potrafił uwierzyć w to, co się dzieje, to tak jakby ktoś inny kochał ją za niego.
– Blane… – Usłyszał nasycony erotyzmem szept i poczuł jej dłonie na swych ramionach, co sprawiło, że jego mięśnie napięły się jeszcze bardziej, co wydawało się być niemożliwe.
Wbijała niecierpliwie swe paznokcie drapiąc jego skórę, przyciągając zachłannie do siebie z pasją, lecz on czuł jedynie pożądanie, z każdą chwilą coraz większe, coraz bardziej niszczące. Zachowywała się jak w amoku, każdym swym ruchem pobudzając go coraz mocniej.
Kochać ją, pieścić ją, smakować jej, dotykać jej, wszystko to na raz, jeden ogromny gejzer emocji. Tego pragnął i była to granicząca z obłędem żądza. Jej dłonie zsunęły się powolnym ruchem po jego piersi, a on patrzył na nią nieustępliwym wzrokiem. Poczuł jak nieporadnymi ruchami odpina klamrę u jego pasa i miał ochotę wrzeszczeć żeby robiła to szybciej. Po chwili stał przednią nagi, gotowy na nią, oczekujący jej. Przyglądał się jak na niego patrzy i samo to doprowadzało go do obłędu. Co zrobi? Jak się zachowa? Nie potrafił dłużej wytrzymać jej zniewalającego wzroku, którym tak dotkliwie go zdobywała, smagając swymi spojrzeniami jego nagie ciało.
W pewnym momencie odwrócił ją i przyciągnąwszy gwałtownie do siebie, obrócił do tyłu, a następnie naparł na nią, przygniatając swym ciałem do komody. Jego dłonie dotarły między jej uda zbyt szybko, zbyt natarczywie. Nie panował nad sobą i w tym momencie poczuł gwałtowne szarpniecie. Przypomniał sobie tamtą noc i ich pierwsze spotkanie.
– Nie – szepnęła zdławionym, drżącym głosem, a on natychmiast wypuścił ją z uścisku.
Gdy tylko odwróciła się do niego, ujrzał jej błyszczące oczy, w których ujrzał ulgę i zaufanie, a to sprawiło, że coś w nim zadrżało.
– Nie będziesz mi mówiła…
– Jeszcze nie teraz – dokończyła miękkim głosem, a on bez ceregieli uniósł ją w górę i opuścił delikatnym ruchem wzdłuż swego ciała, dostając się w nią nieoczekiwanie. Widział jej zamglone spojrzenie, gdy czuła jak się w nią wsuwa i wtedy poczuł... Poczuł troskę, ona była inna.

Chciał nią oddychać, chciał zatrzymać w sobie każdy dźwięk, jaki z siebie wydawała, zlizywać z niej każdą cząsteczkę jej spełnienia. Chciał oglądać do czego doprowadzają ją jego wymyślne pieszczoty. Był niczym demon, który chciał mieć nad nią władzę absolutną, być jedynym, który może wydobywać z niej ten ogień, jakim teraz spalała ich oboje.

– Niewinna… – wyszeptał, wsłuchując się w jej miarowy oddech, kiedy był już pewien, że zasnęła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...