Spis

Blog autorski grupy Ailes

20 lipca 2015

Deja vu - Rozdział 12 - Porozumienie


Rozdział 12

Porozumienie

            
           Leżeli na sianie bez słowa. Panowało niezręczne milczenie. Nie wiedział, co teraz zrobić i jak zareagować. Co miał powiedzieć żeby jej nie urazić albo nie rozzłościć? Spojrzał na nią w chwili, gdy i ona na niego popatrzyła.
– Nie – powiedzieli jednocześnie, a po chwili roześmieli się głośno.
Odetchnęła z ulgą. Gdy przyglądał się jej z taką fascynacją w oczach zrobiło się jej gorąco. Przystojny, niegłupi i bystry. Walczył zręcznie i zaimponował jej swym opanowaniem oraz dystansem. Gdy zaczął ją całować zrobiło jej się gorąco, poczuła pragnienie, lecz już za moment ogarnęło ją dziwne uczucie. Nie był facetem, z którym chciała, aby coś ją połączyło. Niczego nie czuła, a pocałunek przerodził się w zwykłą czułość bez żadnych emocji. Coś bardzo machinalnego. W którymś momencie leżeli oboje na sianie i w milczeniu gapili się w strop stodoły. Nie chciała zrobić mu przykrości i odetchnęła, gdy popatrzywszy na niego ujrzała taką samą rozterkę.
– Jak się dowiedziałaś? – Usłyszała jego głos.
No tak, mogła się tego spodziewać, sama na jego miejscu chciałaby to wiedzieć, jako pierwsze.
– Najpierw interesy – powiedziała rezolutnie i oparłszy się na łokciu, zerknęła na niego bystrym wzrokiem.
– Brzmi interesująco. Kontynuuj zatem, ja chętnie posłucham. W zasadzie nie pozostaje mi nic innego – stwierdził z przekąsem. W tym momencie był już teraz bardziej zaintrygowany całą tą sprawą niż zaniepokojony.
– Nie masz zamiaru starać się o moją rękę? – zapytała, a on
westchnął zniecierpliwiony. – Muszę mieć pewność – dodała po chwili, nieustępliwym głosem.
– Nie Vanoro MacCallum, nie mam zamiaru strać się o twoją rękę. Jesteś brzydka, głupia i nie umiesz się całować, ale jeżeli ci to odpowiada, to szukam parobka, więc ewentualnie mógłbym przemyśleć twoją kandydaturę… – Nie dała mu dokończyć i z całej siły uderzyła go pięścią w ramię.
– Ja natomiast mam wolny etat przyjaciela, gdybyś był zainteresowany – stwierdziła ze śmiechem. – Jeżeli oczywiście obiecasz mi, że nie będziesz chciał zostać moim mężem i pomożesz mi pozbyć się tego całego Luisa. Nie mam zamiaru wychodzić za francuza, bez urazy oczywiście.
– Oczywiście. – Okazało się, że Vanora była dla niego zupełnym zaskoczeniem.
– Nie napawa mnie szczęściem cały ten mariaż, ale zbyt wiele do gadania nie mam – powiedziała chłodno, a on westchnął.
Czuł to samo gdyż, pomimo, że ona o tym nie wiedziała, był w identycznej sytuacji. Czy powinien jej powiedzieć? Wiedziała już, kim jest, ale przecież nie znała szczegółów. Lecz czy były ważne? Był markizem, przyszłym księciem, to były fakty, które znała. Czy powinien zawracać jej głowę swoimi problemami, gdy ona jest w poważniejszym? Młoda dziewczyna, którą w życiu spotykały jedynie nieszczęścia, a i teraz nie było tam wizji na radosny związek. Jak mógł jej pomóc? Czy w ogóle mógł jej jakoś pomóc? Gaston miał bardzo dobry charakter i widząc czyjeś nieszczęsne byłby gotów zaryzykować swe życie, a z losem Vanory utożsamiał się osobiście.
– Doskonale cię rozumiem. – Usłyszała po krótkiej chwili i spojrzała na niego uważniej.
Patrzył na nią spokojnym, opanowanym i ciepłym spojrzeniem, w którym odnajdywała tak wiele inteligencji oraz przenikliwości. Było tam coś, czego nie potrafiła odnaleźć wśród swych przyjaciół z klanu. Nie umiała tego wytłumaczyć, ale czuła, że faktycznie ją rozumie. Lecz skąd się to wzięło? Musiała przecież jeszcze wiele spraw sobie z nim wyjaśnić, a to przedziwne wrażenie wzięło się znikąd.
– Powiedz mi skąd ta maskarada? – zapytała i ujrzała, że nie zorientował się, o co jej chodzi. – Dlaczego udajesz ambasadora? Tak po prostu dla żartów? – uściśliła.
Widział na jej twarzy wzburzenie. Czy faktycznie tak to odbierała? Jako żart z jego strony? W zasadzie mogła tak to widzieć.
– Nigdy nie śmiałbym żartować ani z ciebie, ani z twych bliskich, Vanoro – oświadczył spokojnym głosem.
– Więc dlaczego? – nalegała.
– Chciałem, aby widziano we mnie człowieka. Nie markiza, lecz po prostu Gastona. Jako ambasador miałem na to większe szansę, im wyższy tytuł – tym większy dystans – powiedział rozbrajająco, a ona po chwili roześmiała się. – Niezmiernie cieszy mnie twoja radość Vanoro – stwierdził z przekąsem, zastanawiając się czy zrobił dobrze mówiąc jej o tym.
– Myślę, że w tej sytuacji parobek byłby jednak najlepszą opcją – powiedziała, uśmiechając się szeroko, a on westchnął.
– Vanoro MacCallum, obiecuję ci, że jeżeli natychmiast nie przestaniesz stroić sobie żartów, to udam się do twojego ojca i złożę mu ofertę matrymonialną – powiedział puszczając do niej oko, a ona roześmiała się głośno.
– W takim razie, drogi ambasadorze de Ponton-a-Mousson oferuję ci miejsce między śmierdzącymi opojami i moją przyjaźń. Ale w zamian chcę od ciebie, abyś…
– Bez obawy, nie musisz się lękać Louisa. Gdy pozna cię lepiej zaniecha swych starań. Tego jestem pewien, Vanoro – powiedział, uśmiechając się przekornie.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że rzadko któremu mężczyźnie udałoby się nadążyć za tą żywiołową, pełną werwy brunetką, z którą nawet i on sam miałby trudny orzech do zgryzienia. Wyszczekana, piękna, inteligentna oraz wojownicza. Będzie stanowiła z pewnością ogromne wyzwanie dla każdego naczelnika klanu, który pojmie ją za żonę.
– W zamian chcę, abyś pomógł mi zdobyć męża, którego sama sobie wybiorę – oświadczyła stanowczo, a on zerknął na nią zaintrygowany. Tego się nie spodziewał.
– Co takiego dokładnie masz na myśli? – zapytał, przyglądając się jej z uwagą.
– Ojciec będzie nalegał na naczelnika klanu MacLeod, a z pewnych powodów nie będę mogła temu człowiekowi odmówić – powiedziała ponurym głosem.
– Tak, wiem Vanoro. Jego ojciec pomógł wam, kiedy zaatakował was inny klan – oświadczył łagodnym tonem przyglądając się jak na jej twarzy pojawia się smutek, który po chwili zastąpiła irytacja.
– Powinnam poucinać im wszystkim języki – mruknęła, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie jej przyjaciele doskonale poinformowali go już w każdym temacie.
Choć w tym przypadku było to chyba nawet lepiej. Teoretycznie wyręczyli ją z opowiadania o sprawie, którą chciała już na zawsze wymazać ze swej pamięci.
– Mam z nim walczyć? – zapytał zaskoczony.
Prawdę mówić brzmiało to cokolwiek dziwnie, a on nie rwał się do walki z kimkolwiek. Dziewczyna też nie wyglądała na kogoś, kto prowokował tego typu sytuacje. Jednak to, co powiedziała, było jednoznaczne. Ale o co tak naprawdę mogło jej chodzić? Był absolutnie pewny, że mogła liczyć na jego pomoc w każdej sytuacji, lecz nie chciał wdawać się w żadne konflikty. Nie był człowiekiem gwałtownym, pomimo, iż większość swego życia spędził na polu bitwy, był jednak kimś, który wolał inteligentne potyczki, niekoniecznie oparte na walce wręcz. A Blane MacLeod jawił mu się raczej, jako nieogarnięty Szkot, który urodził się i umrze z mieczem w dłoni. Człowiek, na którego wołano Zwierz nie mógł być taktycznym wojownikiem. Gaston był poniekąd ciekaw spotkania z tym człowiekiem, choć nie pałał do niego zbyt wielką sympatią. Głównie za sprawą Vanory.
– Odbija ci? – Usłyszał i w jakiś sposób odetchnął. Lecz jeszcze nie wiedział, o co dokładnie jej chodziło, więc teoretycznie wszystko było możliwe. – Nie mam pojęcia jak, ale chciałabym aby Blane MacLeod zaniechał starań o mą rękę.
– Może, gdy lepiej cię pozna, to…
– Nie w tym przypadku – przerwała mu, domyślając się, co chciał powiedzieć. – On nie jest kimś pokroju Louisa. On zjada takich na śniadanie i nawet moja czarująca osobowość nie zraziłaby go gdyby uparł się połączyć nasze klany, a jest taka potrzeba z obu stron, więc w tym przypadku wszystko jest możliwe.
– W takim razie…
– Czy spróbujesz mi pomóc? – zapytała, ponownie wchodząc mu w słowo, a on uśmiechnął się na widok jej przejętej miny.
Naprawdę nie chciała wychodzić za tego człowieka. Wyglądała przy tym na dość zdesperowaną, co w jej przypadku było dość niespotykane. Zawadiacka i łobuzerska, w tym momencie wyglądała na zapędzoną w kozi róg. Gdzieś między poczuciem obowiązku, a pragnieniem, aby nie dostać się pod kopyta galopującego konia. Czy Zwierz mógł ją ujarzmić? Czy był w stanie zniszczyć jej niesamowitą osobowość? W tym przypadku Gaston nie miał innego wyjścia, musiał jej pomóc.
– Vanoro MacCallum, zrobię wszystko, aby twym mężem nie został Blane MacLeod, sam również nim nie zostanę – oświadczył uroczyście. – Czy mogę w takim razie liczyć na przyjaźń i miejsce między śmierdzącymi opojami?
– Tak, ale teraz mamy inny kłopot – powiedziała pospiesznie, zupełnie zbijając go z tropu.
– Kłopot? Jaki kłopot? – Dziewczyna sama w sobie wydawała się być jednym wielkim kłopotem.
– Mojego ojca – powiedziała ciężko wzdychając, a on zmarszczył czoło wpatrując się w jej niepewną minę.
– Mogłabyś powiedzieć cokolwiek więcej? – zapytał przeczuwając, że coś jest nie tak.
– Chciał ze mną rozmawiać o markizie, twierdząc, że coś jest z nim nie tak – powiedziała posępnie. – W każdym razie nie mam pojęcia, kogo miał na myśli, czy chodziło mu o Louisa, czy o ciebie. Ode mnie niczego się nie dowiedział, więc albo twój Francuski znajomy z czymś się wygadał, albo chodzi o coś jeszcze innego i nie wiem o co, ponieważ wpierw wolałam załatwić sprawę z tobą.
– Przyznaj się, po prostu nie byłaś pewna czy zdradzić moją tożsamość zanim nie sprawdzisz czy będziesz miała ze mnie jakiś pożytek – powiedział ze śmiechem, a ona zmarszczyła czoło.
Zmartwiło go to, co od niej usłyszał, lecz przecież w tym momencie nie było już innego wyjścia jak stawić temu czoło. Liczyło się dla niego przede wszystkim to, że Vanora wie o wszystkim, a mimo to traktuje go jak przyjaciela. Miał również nadzieję, że gdyby prawda wyszła na jaw, to Luthias i reszta jego nowych znajomych obije mu mordę, zamiast potraktowania go jak utytułowanego szlachcica, którym się nie czuł.
– Po prostu chciałam sobie załatwić odpowiedniego męża – powiedziała dziewczyna, głupio się przy tym uśmiechając.
– Wracając do tego tematu. Czy wybrałaś już kogoś konkretnego? – zapytał, zupełnie nieświadomy zamiarów dziewczyny.
– MacMillan byłby idealny. Jest tępy jak but. Głupi i zupełnie nieświadomy, co się wokół niego dzieje. Ale ojciec wyraża sprzeciw właśnie z tego powodu – stwierdziła, wzdychając ciężko.
– W zasadzie to wcale mu się nie dziwię – stwierdził i wyjął z jej włosów słomę, na którą oboje znacząco popatrzyli, a później parsknęli głośnym śmiechem.
Był szczęśliwy, że do niczego między nimi nie doszło, ponieważ, gdyby posunęli się o krok dalej, to ich przyjaźń nie byłaby możliwa. Ani on, ani tym bardziej Vanora nie byli ludźmi, którzy dobrze czuliby się w takiej niezręcznej sytuacji. Mieli zbyt jasne umysły, zbyt szerokie horyzonty, waleczne, gorące serca, którymi mogli ogrzać kogoś innego, lub spalić się nawzajem.
– Potrzebuję męża, któremu będzie się wydawało, że ma na cokolwiek wpływ. Będę nawet dla niego miła – oświadczyła rozbrajająco, a on parsknął śmiechem. Tak, to było typowo jej podejście.
– Czuję, że będziesz musiała bardzo się przy tym starać. Mam na myśli bycie miłą – stwierdził, a ona obrzuciła go wściekłym spojrzeniem.
– MacFarlane. Chcę jego – stwierdziła po chwili, pewnym siebie głosem.
– Czy on też jest głupi? – zapytał Gaston, starając się zachować powagę.
– Jest inteligentnym i spokojnym człowiekiem. Jestem przekonana, że dojdziemy do porozumienia. Jednak, jeżeli MacLeod wyrazi jakiekolwiek zainteresowanie, to ojciec wyda mnie za niego i ja, jak już wiesz, nie będę wyrażać ku temu sprzeciwu. Gdyby jednak już na wstępie zraził się do mnie, to byłoby po sprawie. I ty mi w tym pomożesz. Jeszcze nie wiem jak, ale obiecałeś – powiedziała mrużąc zabawnie oczy, a Gaston się roześmiał. Tak, mogła być tego pewna, nie było takiej siły, aby ktoś mógł go przed tym powstrzymać.
– Nie będzie więcej konkretów? Tylko trzy klany? Myślałem, że będzie ich więcej – Był trochę zaskoczony.
– Będzie, ale pojawią się dopiero na turnieju, a on odbędzie się dopiero za dwa tygodnie. Dziś dowiedziałam się, że ojciec zaprosił MacLeoda wcześniej i całkiem możliwe, że pojawi się na dniach – powiedziała z przekąsem, a Gaston westchnął.
Sprawa nie wydawała się być prosta, głównie ze względu na to, że nie wiedzieli zbyt wiele. Kiedy przyjedzie? Jak się zachowa? Sama Vanora nie wydawała się mieć zbyt wielu informacji.
– Bez obawy, zrobię wszystko, aby ten człowiek nie został twym mężem. Prawie wszystko – dodał po chwili.
– Prawie?
– Nie ożenię się z tobą i wolałbym nie stawać z nim w szranki. Po za tym możesz na mnie liczyć w każdej twojej mającej na celu zrażenie go do ciebie zagrywce. Chociaż może byłoby lepiej gdybyś była po prostu sobą – stwierdził parskając śmiechem, a ona uderzyła go ze złością w ramię.
– Podobno jest głupi i dziki.
– Przecież chciałaś głupiego męża.
– Są mężczyźni głupi i są mężczyźni głupi – powiedziała błyskotliwie.
– To wszystko załatwia. – Usłyszała i zrobiła wściekłą minę.
– Patrick MacMillan jest głupi, uwierzy nawet w to, że czarne jest białe, jeżeli przeprowadzi się z nim odpowiednią dyskusję, a to potrafię. Natomiast Blane MacLeod jest uparty i jego nie udałoby mi się kontrolować – oświadczyła rezolutnie. – Trudno jest ujarzmić Zwierza – mruknęła pod nosem.
– I chyba właśnie nazwałaś rzecz po imieniu Vanoro – powiedział zamyślając się nad czymś.
– Jednak najważniejsze jest dobro klanu, a on jest dobrym naczelnikiem, choć wolałabym prowadzić nadal takie życie, jakie teraz wiodę, a człowiek tego pokroju, co Zwierz, najchętniej widziałby kobietę w miejscach, gdzie ja raczej nie przebywam – mruknęła pod nosem, ze smutną, zrezygnowaną miną. Wpatrując się w nią, ujrzał na jej twarzy przygnębienie. Nie mógł jej zostawić z tym samej. Musiał jej jakoś pomóc.
– Nie wiem jeszcze jak, ale poradzimy sobie z tym Vanoro. Obiecuję ci to. Ale teraz byłoby dobrze, gdybyś poszła do swego ojca i dowiedziała się, jaki mamy problem – oświadczył rzeczowo.
– Czy ty w ogóle z nim rozmawiałeś od czasu przyjazdu? – zapytała.
– Jeszcze nie. Wieczerzę przełożono, ponieważ źle się poczuł, a dnie spędziłem w inny sposób – oświadczył.
– W takim razie idziesz ze mną. Jeżeli jest konkretny problem, to lepiej od razu się z nim zmierzyć – powiedziała i zeskoczyła ze słomy, na której leżeli. Gaston bez sprzeciwu poszedł za nią, ponieważ był dokładnie tego samego zdania, co ona.

Gdy wchodzili do komnaty, w której siedział na jednym z foteli jej ojciec, Gaston rozejrzał się wokół w poszukiwaniu Louisa, lecz nie ujrzał nikogo. Jeszcze nie wiedział czy jest to dobry znak. Lecz w tym momencie ważniejsze było to, co miał do powiedzenia stary MacCallum, a mimo wszystko trochę się tego obawiał.
– Vanoro! – Usłyszeli głos Ronana. – Przysięgam, że jeszcze jeden dzień z tym francuskim szczurem, a oszaleję.
Gaston i Vanora wymienili zdziwione spojrzenia i podeszli do mężczyzny, który teraz wpatrywał się w córkę z desperacją. Co tu się mogło wydarzyć? Gaston był coraz bardziej zaintrygowany.
– Co się stało ojcze? – zaniepokoiła się Vanora.
– Mam dość tego francuskiego gaworzenia. Ten człowiek doprowadzi mnie do zguby. Mówi do mnie i chyba myśli, że go rozumiem, a ja nie mam pojęcia o co mu chodzi. Vanoro zrób coś z nim – powiedział, zdesperowanym głosem.
– Czy jedynie język jest tu problemem ojcze? – zapytała, przyklękając przy jego kolanach, a on położył dłoń na jej głowie i czule pogłaskał po włosach.
Gaston ujrzał jak niesamowita zmiana zaszła w Vanorze. Mówiła do starca łagodnym głosem i miała w sobie wiele troski oraz niepokoju. Stała się jakby inną osobą. Nie było już Vanory wojowniczki, teraz miał przed sobą Vanorę, wrażliwą, wręcz subtelną dziewczynę. Zawadiacka łobuziara ustąpiła miejsca delikatnej Vanorze. Czy to było możliwe?
– Przyłazi tu z tym martwym zwierzakiem na głowie i gada jakieś farmazony. Nie wiem czego on ode mnie chce – wypowiedział jednym tchem, a później spojrzał na Vanorę błagalnym wzrokiem. – Zrób coś z nim moja droga córko, zanim sam osobiście nie każę mu...
– Martwym zwierzakiem? – wykrzyknęli oboje, a Gaston pomyślał, że może Louis zwariował.
Był przecież przyzwyczajony do luksusów. Mury zamku Eilean Donan nie mogły się równać z eleganckimi pokojami Wersalu.
– Nosi coś na tej pustej łepetynie – powiedział utrapionym głosem, a Gaston zmarszczył czoło.
– Czy mógłbyś panie powiedzieć coś bardziej dokładnego? – poprosił. – To zwierzę się ruszało?
– No przecież mówię, że zdechłe jest. Nie śmierdzi jeszcze, ale obawiam się, że jak ten idiota nadal będzie to praktykował, to tu się szybko fetor zrobi – uskarżał się.
Gaston pożałował teraz, że unikał Louisa. Wyglądało na to, że zwariował. Ale dlaczego? Czyżby przez tą zmianę ról? Westchnął i przeczesał nerwowo dłońmi swe długie włosy. Musiał coś zrobić. Co on mógł nosić na głowie? Może po prostu jakieś futro?
– Ojcze, może to czapka z lisa albo jakiegoś zwierzaka. Trudno uwierzyć żeby nosił na głowie jakąś padlinę – stwierdziła i popatrzyła na Gastona zaniepokojona. – Czy on miał wcześniej jakieś objawy…
– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł zaniepokojony. Teraz sam miał do siebie pretensję, że wciąż go ignorował.
– Ojcze, jak wygląda to zwierzę?
– Takie białe i z zakręconym futrem. Jeszcze takiego nie widziałem. Może jakiegoś psa ubił. Jeśli to wariat, to może chce go nawet zjeść, ale czemu do czorta na łbie to nosi. Nikt mu tu niczego nie ukradnie.
– Panie, czy on przytrzymuje to zwierzę, albo coś do niego mówi? – Gaston szukał na oślep.
– Nie, raczej nic do niego nie mówi, przynajmniej nie przy mnie, ale często je głaska, wygląda na to, że jest z nim bardzo zżyty, nawet z takim martwym – oświadczył, a Vanora gwałtownie podniosła się z klęczek, wyglądało na to, że ten cały Louis to jednak wariat.
– Gdzie on jest? – zapytała zdenerwowanym głosem.
– Wiecie, ja rozumiem tego człowieka, miałem kiedyś psa i gdy zdechł to było mi go naprawdę żal, ale nie nosiłem go na głowie. Jeśli ten francuz jest szalony i umyślił sobie żeby go zjeść, to mógł przecież powiedzieć o tym kucharce, ugotowałaby mu to ścierwo. Słyszałem, że tam u siebie żaby jedzą, ale żeby psy zjadać, to już przesada. Może mu trzeba jakichś nałapać? – zapytał.
– Psów? – zapytali jednocześnie Gaston i Vanora.
– Jakich psów? – zapytał, patrząc na nich zdezorientowany.
– Mówiłeś panie, że trzeba mu czegoś nałapać, czy miałeś panie na myśli psy? – zapytał Gaston, który stwierdził, że nastał już czas na konkrety, ponieważ będą mieli spory problem z dogadaniem się ze starcem, a sytuacja wyglądała przedziwnie i prawdopodobnie konieczna była jak najszybsza interwencja.
– Przecież cały czas wam mówię, że żab. Może wtedy tego zwierzaka zdejmie z głowy – powiedział, a później skierował spojrzenie na córkę. – Vanoro, czy u nas są żaby? – zapytał, a dziewczyna popatrzyła na niego poirytowana.
– Tak ojcze, hodujemy je w ogródku – mruknęła pod nosem i ponownie przyklęknęła przy starcze. – Nie martw się, my zaraz wszystkim się zajmiemy.
Gaston kalkulował szybko. Martwe zwierze na głowie Louisa mogło świadczyć o tym, że albo mężczyzna oszalał, albo nosił na głowę czapkę, jednak staruszek zaparł się, a Gaston nie sądził, że człowiek ten nie odróżniłby futrzanej czapki. Jednak martwe zwierzę? Rozwiązanie było tylko jedno. Musiał odnaleźć jak najszybciej Louisa i wyjaśnić tę sprawę zanim stary MacCallum nie dostanie zawału.
– Może trzeba zakopać mu to zwierzę, gdy śpi? Żeby tylko bardziej nie oszalał? Nie wiem, co z nim robi, ale sypie się z tego jakaś mąka – oświadczył, a Gaston na te słowa przez chwilę nad czymś myślał, a następnie parsknął śmiechem, a po wymianie spojrzenia z Vanorą ujrzał, że dziewczyna również domyśliła się, o co chodzi.
– Ojcze, to jest peruka – powiedziała łagodnym głosem, starając się powstrzymać śmiech.
– Peru co? – Stary MacCalley był zupełnie nie w temacie.
– To takie sztuczne włosy, panie – pospieszył z wyjaśnieniem Gaston, który teraz już zupełnie się opanował.
– Łysy jest? Ale dlaczego się tego wstydzi? – Staruszek nadal dociekał. – Przecież to nie choroba, trzeba może mu o tym powiedzieć. Jakiś nierozgarnięty się wydaje – stwierdził zaskoczony.
– Nie, to taka moda, panie – powiedział Gaston, a Ronan spojrzał na niego uważniej.
– A kim pan jest, jeżeli mogę wiedzieć? – zapytał opanowanym głosem, w którym nagle pojawiła się lekka rezerwa, a Gaston wymienił wraz z Vanora zaniepokojone spojrzenie.
Gaston de Ponton-a-Mousson, panie. Przykro mi, że widzimy się dopiero teraz, ale…
– Ach, to ty chłopcze – przerwał, wchodząc mu w słowo, a później podniósł się i wyciągnął do niego dłoń. – Angus mówił mi, żeś spędzał dużo czasu wraz z nimi na placu.
– Tak, panie. – Gaston wymienił z nim uścisk.
– Mów mi Ronan chłopcze, chyba, że wolisz, aby zwracać się do siebie tytułami, ambasadorze – powiedział przekornie.
Ludzie mówili mu o tym człowieku i zadziwiło go, że nawet niechętny i trudnodostępny mężczyzna taki jak Angus dopuścił do siebie kogoś obcego w tak krótkim czasie i obdarzył sympatią oraz zaufaniem. Miał intuicję, co do ludzi i już pierwszy kontakt z Gastonem podpowiedział mu, że to człowiek godzien szacunku. Sam fakt, że niepokorna Vanora zachowywała się przy nim w cywilizowany sposób świadczył o tym, że mężczyzna ten jest dobrym człowiekiem.  Jego córka zazwyczaj nie zawierała znajomości z ludźmi spoza klanu. Może było w tym coś jeszcze?
– Cieszę się, że cię poznałem Ronanie – odparł Gaston, budząc szeroki uśmiech starca, który w pewnym momencie coś ujrzał i wyjął z jego włosów słomę.
– Mówiłaś córko, że na co skakałaś? – zapytał z głupim uśmiechem, a Gaston spojrzał na Vanorę zdezorientowany.
– To nie tak ojcze – powiedziała pospiesznie, zastanawiając się jak wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji.
– Jeżeli dalej tak będziesz robiła, to będę zmuszony zasypać fosę – powiedział ze śmiechem, a dziewczyna zrobiła się cała czerwona. Mogła się domyślić, że ojciec się zorientował.
– To niekoniecznie miało taki przebieg ojcze – stwierdziła mało dyplomatycznie.
– Ważne, że nie zrobiłaś sobie krzywdy dziecko – powiedział i spojrzał na zdziwionego Gastona. – Wyjaśni ci to później. Teraz powiedz mi chłopcze czy zamierzasz starać się o jej rękę. Jeżeli ten Francuski markiz będzie tego próbował, to każę go powiesić za nogi na belce w stodole, aby sobie to przemyślał, lecz nad tobą moglibyśmy pomyśleć, bom ujrzał, że dobry z ciebie człowiek. A i moje dziecko cię jeszcze nie skrzywdziło.
– Nie – odpowiedzieli równocześnie Gaston i Vanora, a starzec zmarszczył czoło.
– Nie podoba ci się moja córka? – Skierował pytanie do Gastona.
– Nie. To znaczy podoba mi się, jest piękna, ale nie…
– Jesteśmy przyjaciółmi tato – oświadczyła z szerokim uśmiechem dziewczyna, a starzec wyciągnął do niej ręce i uściskał ją.
– Martwiłem się o ciebie dziecko.
– Złego licho nie tknie ojcze – powiedziała i wtuliła się w mężczyznę.
Gaston przyglądał się temu z uśmiechem. W Szkocji odnalazł coś, czego nie sposób był nigdy ujrzeć i zaznać. Dzikie tereny zachwyciły go nie ograniczając mu przestrzeni, jakiej zawsze pragnął. Wyrazistość tego miejsca aż krzyczała swym imponującym krajobrazem. Ludzie, jakich tu poznał, sprawili, że poczuł się jak w domu, przyjęli go między siebie i traktowali jak swego. Dla nich był zwykłym Gastonem, którego nie naznaczały żadne tytuły. Był człowiekiem, nie marionetką. A dziewczyna, którą poznał sprawiła, że poczuł coś dziwnego. Nie pokochał jej, nie pożądał, jednak na jej widok ogarniało go uczucie troski. Chciał się nią opiekować, sprawić, aby nie stała jej się krzywda. Zostali przyjaciółmi, lecz on czuł coś więcej, była dla niego niczym siostra, której nigdy nie miał. I w tym momencie wiedział jedno. Musiał zrobić wszystko, aby nie została ona żoną człowieka, o którym słyszał wątpliwe rzeczy. Musiał jej pomóc za wszelką cenę. Podejmując tę postanowienie nie wiedział jeszcze, że bardzo mu ono skomplikuje życie. Że postawi na szali jego być, albo nie być.

Bo jednego dnia ceną wszystkiego jest coś oczywistego, a drugiego okazuje się, że cały świat przewraca się do góry nogami i już nic nie jest klarowne. Jeden moment, jedna chwila, jedno spojrzenie w oczy…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...