Spis

Blog autorski grupy Ailes

4 stycznia 2015

Labirynt uczuć (Rain)


ROZDZIAŁ 4
Poblask ekranu komputera oświetlał twarz Julii, która już od dobrej godziny dopracowywała zrobione kilka dni temu zdjęcia. Kiedy uznała wreszcie, że osiągnęła zamierzony efekt, odetchnęła zadowolona.
Dzwonek telefonu zaskoczył ją tak bardzo, że aż serce podskoczyło jej do gardła. Nowy numer znało zaledwie kilka osób, a rząd cyfr, który widniał na wyświetlaczu, nic jej nie mówił. A jeśli to Philip? Numer był krajowy i tylko dlatego postanowiła odebrać.
- Słucham, kto mówi? – Niepewność dominowała w jej głosie, nieco go zniekształcając.
- To ty, Julio? Z tej strony Owen Wilkinson – odetchnęła z wyraźną ulgą, rozpoznając głos znajomego.
- Tak, cześć Owen – dopiero teraz poluzowała palce, które nieświadomie wbijała we własne udo.
- Nareszcie! – ucieszył się – Kobieto, nie wiem jak ty, ale ja cholernie cieszę się, że cię słyszę.
- Wow, to się nazywa powitanie – roześmiała się. – Oczywiście, że się cieszę, ale przyznam, że nie mam pojęcia, czym sobie na to zasłużyłam.
- Wiesz jak długo szukałem z tobą kontaktu?  Zapadłaś się pod ziemię, czy co? – poskarżył się.
- Nie było mnie w kraju. A dlaczego tak ci na tym zależało? – zdziwiła się.
- Mam dla ciebie pewną propozycję – odparł tajemniczo.
- Propozycję? Nie bardzo wiem, o czym mówisz, ale i tak brzmi interesująco.
- To dobrze, bo nie będę ukrywał, że mam nadzieję ubić z tobą niezły interes.

- Lubię sposób, w jaki wymawiasz słowo „interes” – parsknęła – Zwłaszcza, że na urodzaj zleceń nie narzekam.
-  Mów mi tak jeszcze – zaśmiał się. - Co powiedziałabyś na powrót do naszej dawnej współpracy?
- Jak mam to rozumieć? – Ściągnęła brwi.
- Nie domyślasz się?
- Przestań owijać w bawełnę, Owen. Mam się bać czy cieszyć? – Poczuła dziwną suchość w gardle.
- Zależy jak na to spojrzeć, ale prawda jest taka, że szukałem dojścia do ciebie od prawie dwóch miesięcy. Chciałbym, żebyś znowu popracowała trochę dla mnie i chłopaków.
- Proszę, tylko nie mów mi, że chodzi o Breakwater – zastygła w oczekiwaniu.
- Cholera, nie rób mi tego! – zaklął cicho. – Możemy po prostu spotkać się i porozmawiać?
- Przykro mi, Owen, ale jeśli masz na myśli zespół Troy’a, jestem zmuszona powiedzieć „nie” – odparła ciężkim głosem.
- Nie przyjmuję tego do wiadomości i możesz być pewna, że jutro się u ciebie zjawię – dodał z mocą.

- To nie ma sensu, szkoda twojego czasu. Musisz poszukać kogoś innego do tej pracy.
- Pieprzenie! – oburzył się. - Chcę właśnie ciebie i możesz być pewna, że postawię na swoim – odparł poważnym głosem.
- Miło, że o mnie pomyślałeś, ale nie piszę się na to! – twardo obstawała przy swoim.
- W takim razie nie dajesz mi wyboru. Widzimy się jutro. Spokojnej nocy, Julio – dodał i rozłączył się, a w niej zawrzało.
W pierwszej odruchu chciała do niego oddzwonić i zwymyślać za ten emocjonalny szantaż, ale po krótkim namyśle, odpuściła. Znała Owena od dawna i nie na darmo miał w branży opinię twardego gracza, o czym sama nie raz miała okazję się przekonać. Dyskusja z nim nie miała najmniejszego sensu, dlatego nie zamierzała w ogóle dopuścić do tego spotkania.
Wiedziała również, że ponowna praca z zespołem nie przyniosłaby jej nic dobrego. Kontakt z  Troy’em, nawet, jeśli wyłącznie na gruncie zawodowym, przywołałby ich wspólną przeszłość i otworzył rany, które czas wciąż starał się zabliźnić. Poza tym za dobrze pamiętała, jak silne wrażenie na niej wywarł, kiedy pojawił się w parku, gdzie spacerowała z Joy. Starała się wówczas niczego po sobie nie pokazać, ale była niczym rozdrgana struna. Nie potrafiła zebrać myśli, mając go u boku.
Rozpamiętywanie straconych szans było ostatnim, czego potrzebowała, tym bardziej, że do ich rozstania doszło z jej inicjatywy. W zamyśle było jedynie prowokacją, która niestety obróciła się przeciwko niej.
Nie chciała wiele.  Pragnęła jedynie wspólnego gniazda i stabilizacji, do której Troy mimo swoich dwudziestu siedmiu lat najwyraźniej jeszcze wówczas nie dojrzał. Zbywał ją wystarczająco długo, zupełnie nieświadomy tego, jak bardzo ją tym rani. To właśnie przez niego czuła się winna, że jako jedyna chce więcej i chociaż wcale nie zamierzała stawiać go wtedy pod ścianą, coś w końcu w niej pękło i przemówiło własnym głosem…

Trzy lata wcześniej

- Może powinniśmy się rozstać, skoro wciąż przeraża cię myśl o wspólnym domu, Troy…
Niedowierzanie w jego oczach przygasło tak szybko, jak się pojawiło, a jego miejsce zastąpił lód. Rysy jego twarzy nabrały ostrości, z ust zniknął uśmiech.
- Doskonale wiesz, że jutro wyjeżdżam w trasę i próbujesz wykorzystać sytuację – nawet jego głos wiał chłodem.
- To raczej ty kolejny raz masz wymówkę – mimo rozwoju sytuacji starała się brzmieć łagodnie i ciepło.
- Dlaczego to robisz? Dlaczego stawiasz mi to idiotyczne ultimatum?  
- To nie są negocjacje, Troy. Zadałam proste pytanie i chciałabym usłyszeć twoją odpowiedź. – Właściwie nie musiał mówić niczego więcej. Dla niej wszystko było już jasne. Smutny uśmiech przesunął się po jej ustach i zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Skoro właśnie tego chcesz…To twoja decyzja – znowu zmroził ją jego lodowaty ton. Czasami potrafił być takim cholernym dupkiem. – Naprawdę musimy rozmawiać o tym właśnie teraz? Miałem podły dzień i kolejne nie zapowiadają się lepiej – znowu ją zbywał. Był w tym mistrzem. – Josh od nas odchodzi. Megan jest w ciąży i ten idiota postanowił wszystko rzucić, żeby z nią zostać! – Zaśmiał się nieprzyjemnie. – Dopiero wyszliśmy z cienia, nasza kariera zaczyna nabierać rozpędu, a on ma to wszystko gdzieś! Przyjaciel od siedmiu boleści! -  Głos ukochanego miał w sobie tyle chłodu.
- Dziwi cię to? –Patrzyła na niego, ale miała wrażenie, że stoi przed nią zupełnie obcy człowiek.

- Sam już nie wiem. Chyba powinienem był się tego spodziewać – burknął tylko. – Nigdy nie traktował zbyt poważnie tego, co robimy. Tylko, że właśnie teraz jest nasza szansa i jeśli nie wykorzystamy jej dobrze, skończymy tam gdzie zaczynaliśmy, w garażu Steve’a. Nie rozumiesz? – Zatrzymał się, patrząc na nią niemal ze złością. Znowu był daleko stąd. - Nie łatwo będzie go zastąpić, ale damy sobie radę, bo nie mam zamiaru się teraz zatrzymać. To nasz czas i jestem gotowy zrobić wszystko, żeby wykorzystać go najlepiej, jak to możliwe!  – Powiedział to tak zdecydowanym tonem, że przeszła jej ochota na dalszą rozmowę.

- Myślę, że popełniasz błąd, ale to nie ma już znaczenia.
Na co liczyła? Na jeden gest, na jakiś przebłysk w jego oczach i próbę podjęcia walki, ale tym razem oddał jej ring walkowerem i to zwycięstwo miało najbardziej gorzki smak w jej życiu…
Nie rozumiała jego obaw, nie rozumiała niczego, a fakt, że tak łatwo odpuścił, zabolał ją najbardziej. Z jednej strony zdeterminowany by walczyć o zespół, z drugiej nie zrobił zupełnie nic, by ją powstrzymać. Dlatego, mimo potrzeby łez, nie potrafiła uronić ani jednej. Dwa wspólne lata, jeden z najpiękniejszych okresów w jej życiu dobiegał właśnie smutnego końca i chociaż wciąż jeszcze mogła to odmienić, nie czuła się już do tego zdolna. Swoją postawą odebrał jej całą wolę walki o ten związek i pogrzebał wszelkie nadzieje. Dostała w końcu jasną i czytelną odpowiedź na więcej pytań, niż tego oczekiwała. Ta smutna prawda oczyściła jej umysł ze złudzeń, ale tylko umysł. Serce wciąż rwało się ku niemu, niedowierzając, że koniec nadszedł tak szybko i niespodziewanie…

  I po tym wszystkim miałaby teraz pozwolić mu stanąć przed obiektywem i pracować z nim? Niby jak?
Niezaprzeczalnym był jednak fakt, że musiała zacząć w końcu szukać poważnych zleceń, bo sama sprzedaż w bankach zdjęć, to było stanowczo za mało. Starała się dotrzeć do potencjalnych zleceniodawców również poprzez własną stronę internetową, jednak na efekty trzeba było jeszcze poczekać, a oszczędności, które zdołała uzbierać z pracy w paryskiej agencji, topniały w zastraszającym tempie. Wiedziała, że jeden telefon do Philipa zmieniłby wszystko, ale nie zamierzała się do tego uciekać.
Fotografia była nie tylko źródłem jej utrzymania, ale przede wszystkim największą, życiową pasją. Odkąd pamiętała, zawsze starała się zatrzymać w kadrze czas, tak, by jednak do końca nie przeminął. Zakląć go w jednym, magicznym ujęciu, które już zawsze będzie przywoływać klimat wybrzmiałej chwili, urok miejsca, albo emocje osób, które zatrzymywała w kadrze. Każde zdjęcie było niczym uchwycone w ramki wspomnienie, które nawet po latach bez trudu mogła przywołać.
Praca we Francji była przede wszystkim twardą szkołą zawodu. Podglądała najlepszych, czerpiąc z tego tyle, ile tylko była w stanie. To właśnie tam odkryła swoją fascynację ludzkim ciałem i potrzebę jego odkrywania, bez odzierania z intymności.  Czasami korzystała z uprzejmości modelek, z którymi miała okazję pracować, uwieczniając ich ciała w zaskakująco nietypowych ujęciach. Kilka razy namówiła też na zdjęcia zupełnie przypadkowo poznane kobiety, które po szczerej rozmowie i obejrzeniu efektów jej pracy, chętnie godziły się na ten zaskakujący eksperyment. W skutek tego w zaciszu niewielkiego atelier potrafiła wyczarowywać magiczne kompozycje. Bawiąc się światłem i cieniem odkrywała nowe wymiary kobiecego piękna…

***


          Miała być twarda, a tymczasem dała się podpuścić, jak małe dziecko. W efekcie tego w jej salonie siedział krótko obcięty, ciemnoskóry mężczyzna i z zadowoleniem wodził za nią wzrokiem, kiedy nerwowym krokiem przemierzała pokój tam i z powrotem.
- Zaraz zetrę ci ten uśmieszek z twarzy! – prychnęła Julia, kiedy Owen odsłonił w uśmiechu równy rząd niewiarygodnie białych zębów.
-  I po co te nerwy? Uprzedzałem cię przecież, że dojdzie do tego spotkania, kobieto małej wiary – zaśmiał się znowu.
- Nie słuchałeś mnie, Owen. Nie będę z nimi pracować! – odparła z mocą. - Nie wiesz, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki? – Zrezygnowana opadła wreszcie na fotel w rogu pokoju. Wykorzystał to i przesiadł się dokładnie na wprost niej.
- Dobrze, ujmę to inaczej.  Potrzebuję cię i oni także, choć możesz być pewna, że  McCole nigdy się do tego nie przyzna – westchnął ciężko.
- Dziwi cię to? Podobnie jak on, unikam po prostu kłopotów – dodała nieco już ciszej.
- Masz do tego nieodpowiednie nastawienie. Potraktuj to, jako zawodowe wyzwanie. To po prostu praca, kolejne zlecenie.
- Łatwo ci mówić! – Jej oczy na powrót ciskały w niego gromami.
- Nagrali naprawdę świetną płytę, a wytwórnia niewiele zamierza z tym zrobić. Propozycje okładki, które dla nich przygotowała, to jakaś pieprzona kpina, a jeśli ta płyta ma się sprzedawać, musi przyciągać nie tylko ucho, ale także oko. Takie mamy czasy i sama doskonale o tym wiesz.
- Przeceniasz mnie, Owen. Nie jestem cudotwórcą – pokręciła głową, nasłuchując przez chwilę odgłosów z góry, ale najwyraźniej Joy wciąż spała i nic nie zapowiadało, żeby miała się wkrótce obudzić.
- Masz do tego zarówno talent, jak i serce. Więcej nie trzeba.  Dlatego wierzę, że po przesłuchaniu ich płyty, zdołasz wyczarować coś niesamowitego – dodał z mocą, ale znacznie już ciszej.
- Mam rozumieć, że to zlecenie dotyczy jedynie okładki? – Zaczynała mięknąć i właśnie to irytowało ją najbardziej.
- Zacznijmy od okładki, a jeśli efekt będzie satysfakcjonujący, zobaczymy, co można zrobić z tym dalej – uśmiechnął się lekko.
- Wiedziałam, że tylko mnie podpuszczasz – znowu mierzyła go ostrym jak nóż spojrzeniem.
- Przeciwnie, dobrze wiesz, że zawsze stawiam sprawę jasno. Lubię grać czysto – uśmiechnął się.
Była zła, ale nie wiedziała, na kogo bardziej. Na Owena, czy na siebie. Bardzo starała się podejść do jego oferty na zimno, ale na samą myśl o tym, że miałaby ponownie stanąć z Troy’em oko w oko, z przerażenia dosłownie cierpła jej skóra. Będąc z dala od niego mogła się oszukiwać, ale doskonale wiedziała, że pod tą pokrytą kurzem stertą wspomnieć, coś jeszcze się tli.
- Dobrze, umówmy się tak. Pójdziesz ze mną jutro na spotkanie z przedstawicielami firmy fonograficznej. Pogramy trochę na zwłokę, żeby dać ci  czas na pracę. – Wilkinson wstał z kanapy i podszedł do okna. – Jeśli to kupią… – zawiesił głos, a dziewczyna skupiła na nim wzrok. – Spróbujemy na tym wygrać tyle, ile się tylko da.
- Nic na siłę, Owen – uprzedziła go.
- Wierzę w ciebie. – Spojrzał na nią wymownie i wstał, sięgając do kieszeni kurtki, a potem wyjął z niej etui z płytą CD i położył na niskim stoliku przed sobą.
- Tak, dobijaj mnie jeszcze bardziej! – sapnęła – A jakie jest stanowisko zespołu w tej kwestii? – zawiesiła głos. Wzruszył tylko ramionami. - O nie… Nie mów mi tylko, że oni nie mają o niczym pojęcia? – zagrzmiała.
- Po naszej wczorajszej rozmowie nie było jeszcze, o czym mówić, a teraz nie chcę zapeszać – zaśmiał się. - Zatem widzimy się jutro? – Przytrzymał ją wzrokiem. - Zadzwonię rano i powiem ci, o której godzinie będzie to spotkanie – dodał, wyciągając na zgodę rękę. – I koniecznie przesłuchaj płytę.
- Niech cię cholera ,Owen. Niczego mi nie ułatwiasz! – syknęła, ale w końcu podała mu rękę i uścisnęła.
- Zmieniłaś się, Julio. Twarda z ciebie sztuka – Zaskoczona tymi słowami, pokręciła tylko głową.
- To źle? – Patrzyła na niego wyczekująco. Uśmiechnął się.
- Wprost przeciwnie. Liczę na udaną współpracę. – dodał, zmierzając w stronę wyjścia.

***

- Kochanie?... Troy? – Zastygły z widelcem w dłoni mężczyzna drgnął na dźwięk kobiecego głosu z drugiej strony stolika.
- Tak? – Spojrzał na Kimberly nieco zdezorientowanym wzrokiem, po czym odłożył sztućce na talerz.
- Nie smakuje ci kolacja? – W jej głosie dała się słyszeć nuta zawodu.
- Nie, skąd, po prostu nie jestem głodny – przyznał, sięgając po szklankę z wodą i wypił łyk. – Niepotrzebnie skusiłem się na pizzę, którą chłopaki zamówili do studia – uśmiechnął się do niej przepraszająco.
- Więc wychodzimy?
- Przecież nie skończyłaś jeszcze jeść – zerknął na ledwo, co tknięte danie.
- Właśnie skończyłam – odłożyła sztućce i zamierzała wstać od stolika, kiedy Troy złapał ją za rękę.
- Kim, przepraszam. Wiem, że ta kolacja to był mój pomysł, ale chyba niezbyt trafiony, jeśli chodzi o dzisiaj – wsunął jej za ucho kosmyk jasnych włosów i delikatnie przesunął palcem po jej policzku. – Jeśli naprawdę chcesz już iść, to okej, ale jeśli…
- Po prostu wyjdźmy już stąd. Jest późno, a ja muszę jeszcze przygotować się do spotkania – odpowiedziała już znacznie cieplejszym tonem.
W taksówce nie zamienili ze sobą nawet słowa, ale przed apartamentowcem, w którym mieszkała Kim, wysiedli z niej oboje, po czym Troy odprawił kierowcę.
- Nie wracasz do siebie? – dziewczyna nie kryła zdziwienia. – Nie zbywam cię. Po prostu muszę jeszcze popracować. Będziesz się nudził.
- Nie sądzę – przytrzymał ją spojrzeniem, a potem ujął w dłonie jej twarz i złożył na ustach pocałunek. Pomruk zadowolenia Kimberly był aż nadto czytelnym sygnałem, że podjął właściwą decyzję.
- Przymilasz się? – Jej spojrzenie znowu nabrało blasku, a twarz kolorów. – Marnie ci idzie.
- W takim razie powinienem chyba postarać się bardziej – dodał wsuwając dłonie pod jej płaszcz i zaciskając je na szczupłej talii dziewczyny. Zaśmiała się, zachęcona pieszczotą i tym razem sama sprowokowała pocałunek.
- Chodźmy stąd – westchnęła, pocierając czołem o jego szorstki od zarostu podbródek.
- Czyżbyś zrobiła się nagle głodna?  - Pocałował ją w czubek głowy.
- Tak, właśnie nabrałam ochoty na danie główne – odparła ze śmiechem, łapiąc go za rękę i wciągając do wnętrza budynku.

***


          Tego poranka Julia miała kilka umówionych spotkań w sprawie pracy i tylko dzięki pomocy Abi, która z ochotą zgodziła się zaopiekować Joy, mogła spokojnie wyjść z domu. Dwie godziny spędzone na dość trudnych i niewiele wnoszących rozmowach zmęczyły dziewczyny i trochę zniechęciły. Przypuszczała, że nie będzie łatwo, ale mimo wszystko liczyła na więcej.
Nieco optymizmu tchnęło w nią na szczęście wspomnienie niedawnej rozmowy z Claire i propozycja, by wspólnie zrobiły tematyczną wystawę zdjęć. Czekało ją jednak jeszcze wiele pracy w tym zakresie i na gwałt potrzebowała sporej dawki pozytywnej energii. Dlatego też w pierwszym odruchu pomyślała o spotkaniu ze Steve’em. Mogła przy okazji omówić z nim temat ewentualnej współpracy, ale po namyśle postanowiła jednak z niczym się nie zdradzać. Skoro Owen wolał rozegrać to po swojemu, poniekąd za plecami zespołu, nie było sensu wychodzić przed szereg. I bez tego miała twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony najrozsądniej byłoby wycofać się od razu, ale skoro odbiła już piłeczkę i weszła do gry, musiała teraz zachować twarz, bez względu na jej wynik. A przecież gra miała się dopiero rozpocząć…
Wtedy przywołała w myślach Liv, najlepszą przyjaciółkę, która niestety od wielu lat mieszkała w San Francisco. Na samo wspomnienie tej drobnej, ale za to pełnej temperamentu blondynki, uśmiechnęła się do siebie. Odszukała w kontaktach jej numer i zainicjowała połączenie. Po chwili usłyszała w słuchawce masę dziwnie brzmiących dźwięków, wśród nich nawet przekleństwo, a dopiero potem głos przyjaciółki.
- Słucham?

- Cześć Liv - Julia miała ochotę zaśmiać się na głos. Chwila milczenia 
i głośne olśnienie.
- Julia? – Kobieta po drugiej stronie słuchawki zawołała radośnie. – Skąd ty dzwonisz? Nie znam tego numeru – zdziwiła się.
- Więc koniecznie zapisz, bo to mój aktualny. Miałam napisać ci maila, ale jeszcze nie zdążyłam – odparła szybko.
- No, wiesz? Jak miło, że o mnie pamiętasz – nuta irytacji zabrzmiała w  głosie przyjaciółki.
- Też się cieszę, że cię słyszę, kochanie. Kiedy znowu będziesz w pobliżu? Wiesz jak się za tobą stęskniłam? – Julia zatrzymała się przed samochodem, szukając w torebce kluczyków.
- Jestem na wyspach, ale tym razem na krótko i mam niestety cholernie napięty grafik.  Choćby stanęła na rzęsach, nie dam rady się do ciebie wyrwać, Julls. Rano jadę jeszcze pilnie do Birmingham a wieczorem wylatuję z powrotem do Stanów – jej rozmówczyni nie kryła znużenia.
- Moment, jak to do Birmingham? Jesteś w Anglii? – wrzasnęła Julia.
- Z twoim słuchem coś nie tak? Przecież mówię, że przyleciałam do Anglii, ale jutro już wracam. Nawet do matki wpadłam jak po ogień, ale nie darowałaby mi, gdybym kiedyś wygadała się, że byłam w pobliżu i jej nie odwiedziłam – ciężkim głosem dodała Olivia. - Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, za miesiąc wezmę kilka dni urlopu i wtedy postaram się wpaść do ciebie.
- Gdzie się zatrzymałaś? – Julia nie traciła czasu.
- Tam gdzie zawsze, w londyńskim „Blakemore Hotel”– odparła rzeczowo blondynka.
- A znajdziesz teraz chwilę dla kobiety w potrzebie? – Uśmiechała się w oczekiwaniu na reakcję przyjaciółki.
- Jak to, teraz? Masz zamiar się tu teleportować?
- Jeśli nie będzie korków, mogę dotrzeć na miejsce za niecały kwadrans. Tak się składa, że ja też jestem w Londynie – parsknęła.
- I dopiero teraz mi to mówisz? – oburzyła się Olivia.
- Swoje fochy schowaj na kiedy indziej. To mam przyjechać czy nie? – Julia była stanowcza, choć miała ochotę ponownie parsknąć śmiechem.
- Pytanie! Pewnie, że tak. Przyjeżdżaj i to zaraz. Będę czekać w holu.
- I o to mi chodziło. To na razie – Wyłączyła telefon i przekręciła kluczyk w stacyjce, a potem włączyła się do ruchu.

***

Olivia nie widziała Julii blisko pół roku i niemal zdołała zapomnieć, jak wielką radość potrafi wywołać u niej widok tej drobnej dziewczyny z kaskadą kasztanowych włosów wokół twarzy. Zielone oczy przyjaciółki wyrażały taką samą radość, jaką ona sama teraz czuła.
- Stanowczo za rzadko się widujemy – skwitowała Julia, na co Olivia przytaknęła, moszcząc się na siedzeniu pasażera w samochodzie przyjaciółki.
- Dokąd jedziemy?
- Wszystko zależy od tego, ile masz czasu. – Siedząca za kierownicą dziewczyna spojrzała na nią pytająco. Blondynka natychmiast zerknęła na zegarek.
- Gdybym wcześniej wiedziała, że jesteś w Londynie, inaczej rozplanowałabym cały pobyt, a tak dwie godziny to niestety wszystko, co zdołam dla nas wygospodarować – westchnęła, wciąż jej się przyglądając.
- W takim razie zabieram cię do świetnej restauracji, tylko muszę wykonać jeszcze jeden telefon - dodała Julia, sięgając po leżący na półce między fotelami aparat. - Cześć, Steve – Uśmiechnęła się szeroko, kiedy w słuchawce rozbrzmiał męski głos. – Myślisz, że Abi wytrzyma z małą jeszcze jakiś czas? – Zauważyła, że Olivia uważnie jej się przygląda.
Mężczyzna musiał powiedzieć coś zabawnego, bo Julia głośno się roześmiała.
- Dziękuję.  Niespodziewanie wpadłam na przyjaciółkę, która jest przelotem z San Francisco i sam rozumiesz. Nie widziałyśmy się od bardzo dawna, a skoro nadarzyła się okazja, chcemy nadrobić zaległości – dodała miękko, a zaraz potem znowu głośno się zaśmiała. - Przykro mi, Steve, może innym razem. Dzisiaj to wyłącznie babskie spotkanie. – Olivia zerkała na Julię coraz bardziej zaintrygowana. - Dobrze, pozdrowię ją od ciebie – snuła dalej z rozbawieniem. – Jak? Olivia - odparła, po czym zwróciła się do siedzącej obok dziewczyny. – Liv, masz pozdrowienia od Steve’a – Przyjaciółka uśmiechnęła się, wymownie wywracając przy tym oczami.
- Dziękuję. Też pozdrawiam, chociaż nie miałam przyjemności poznać – odpowiedziała jednak miękko.
- Słyszałeś? Dobrze, naprawimy ten błąd przy następnej okazji. Mhm… Dzięki… Dobrze, powtórzę… Obiecuję, że postaram się odebrać małą tak szybko, jak będzie to możliwe… Nie, daj spokój, nie chcę robić ci kłopotu. – Tym razem to ona przewróciła oczami. - Tak? W porządku, skoro nalegasz… Club Gascon… Dobrze… Koło siódmej. Dzięki i koniecznie pozdrów ode mnie mamę. Jestem jej dozgonnie wdzięczna… Tak, tak, tobie też. Pa.
- Kto to jest Steve? I co ty, do jasnej cholery, robisz w Londynie? – Olivia posłała jej zdumione spojrzenie.
- Opowiem ci wszystko na miejscu, zaraz będziemy.


*** 



         Olivia odgarnęła za ucho kosmyk jasnych włosów, wpatrując się z zamyśleniem w okno za plecami przyjaciółki, po czym sięgnęła po kieliszek z winem i przystawiła go do ust.
- Nie masz szczęścia do facetów, Julls – odparła i wypiła łyk. – Najpierw niedojrzały gnojek, a teraz psychopata od siedmiu boleści – skwitowała bez ogródek Liv. – Od samego początku coś mnie odrzucało od Philipa, ale sprawiałaś wrażenie szczęśliwej, więc postanowiłam się tym nie chwalić. I jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uważam, że ten facet ma w oczach jakieś szaleństwo, które najwyraźniej tylko ja dostrzegłam.
Julia skrzywiła się na jej słowa.
- Do mnie dopiero z czasem dotarło, że tak naprawdę rzadko kogoś do siebie dopuszczał. Typ wilka samotnika, pokazywał zęby za każdym razem, kiedy ktoś naruszał jego terytorium, ale w domu… Nie wiem, nie umiem tego nazwać, ale w domu stawał się kimś innym, tak, jakby za drzwiami przechodził metamorfozę – przyznała, poruszona własną refleksją.
- Wybacz, że nazwę rzeczy po imieniu, ale to dziwak. Ilekroć do was przyjeżdżałam, zawsze sprawiał, że czułam się tam, jak intruz. Właśnie dlatego wolałam nocować w hotelu i wyciągać cię w miasto, niż przychodzić do domu – Olivia zdobyła się wreszcie na szczere wyznanie. - Normalny wydawał się jedynie przy Joy, jakby ta mała kruszynka przełączała go na inny tryb działania.
- A ja, głupia, przezywałam cię w myślach niewolnicą luksusu – Julia uśmiechnęła się krzywo. – W tym, co powiedziałaś jest dużo racji – przytaknęła po chwili. -  Przy małej promieniał i pozwalał jej na wszystko. Mogła dosłownie skakać mu po głowie, a on był szczęśliwy. Wtedy mnie to cieszyło. W końcu miłość i szczęśliwe dzieciństwo, to najlepsze, co można dać własnemu dziecku.
- Poznałaś kogoś z jego bliskich?– Zainteresowała się Olivia. – Czy on ma w ogóle jakąś rodzinę? Co ty właściwie o nim wiesz?
- Niewiele, Liv, ale też nigdy go o to nie wypytywałam – przyznała Julia, nieco zakłopotana pytaniem. –  To oporny typ, który jak sam nie będzie chciał, to nawet siłą nic z niego nie wyciągniesz. Czasami wydawał mi się czystą kartą, która dopiero przy mnie zaczęła się zapełniać. Dojrzały człowiek, ale jakby bez przeszłości – pokręciła głową z niedowierzaniem.
- I naprawdę ci to nie przeszkadzało? Nie chciałaś wiedzieć, jaki był, zanim go poznałaś? Gdzie dorastał, jak żył, kim były kobiety, które przewinęły się przez jego życie? – Przyjaciółka wyglądała na zszokowaną. - Twój brak instynktu zachowawczego mnie przeraża. A jeśli to świr? To znaczy teraz już wiemy, że to świr, ale kobieto… Zaczynam poważnie się o ciebie martwić.
- Wariatka! – zaśmiała się Julia. -  Po prostu przyjęliśmy zasadę, że nie wracamy do tego, co było wcześniej i taka sytuacja odpowiadała nam obojgu.  Ale muszę ci się do czegoś przyznać – urwała, żeby napić się soku. -  Kiedyś, przy przekładaniu jakichś szpargałów, z regału wypadła książka, a z niej nadpalone, czarno białe zdjęcie kobiety. Śliczna, z rozmarzonym uśmiechem. Trochę nawet do mnie podobna – sprawiała wrażenie, jakby dopiero teraz to sobie uświadomiła.
- Cholera, powiedziałaś to tak, że aż mi ciarki przeszły po plecach. Co to za kobieta? Dowiedziałaś się czegoś?
- Nie. Nigdy go o nią nie zapytałam.
- Chyba żartujesz? – Olivia była coraz bardziej zdumiona.
- Znając ciebie, pewnie drążyłabyś temat, ale masz rację. Nic z tym nie zrobiłam. Schowałam je tam, gdzie było i niczego nie dałam po sobie poznać – Julia znowu zwilżyła gardło sokiem. – Czytałam jego reportaże, Liv. Wiedziałam gdzie bywał i co zmuszony był oglądać. Nie chciałam przywoływać bolesnych wspomnień. I bez tego miewał koszmary, po których długo nie potrafił potem zasnąć.
- Myślę, że tak kobieta była dla niego kimś ważnym – wtrąciła przyjaciółka.
- Też tak podejrzewam, zwłaszcza, że czasami, kiedy leżeliśmy w łóżku, patrzył na mnie tak… Tak dziwnie, jakby nie widział mnie, ale kogoś zupełnie innego – Julia westchnęła ciężko. -  Zdarzało się też, głównie po alkoholu, że szeptał do mnie w jakimś niezrozumiałym języku, ale do tej pory nie wiem, co to było.
- Myśl sobie, co chcesz, ale dla mnie to chore – Olivia potrzasnęła głową z niedowierzaniem. – Nie wiem, jak zdołałaś wytrzymać z nim tak długo i jeszcze urodzić mu dziecko, ale dla mnie to niepojęte.
- Wiem, co sobie myślisz, ale Philip mnie nie omamił, Liv, raczej zafascynował. Uwielbiałam z nim rozmawiać, czytać jego teksty, przysłuchiwać się dyskusjom, które toczył z przyjaciółmi. Robił to z taką pasją i zapamiętaniem, że wprost nie mogłam oderwać od niego oczu – Julia zamilkła na chwilę, wpatrując się gdzieś przed siebie nieobecnym wzrokiem. -  Przez nasz dom przewijali się naprawdę niezwykli ludzi. Zachłysnęłam się tym. Znał mnóstwo artystów, dzięki którym udało mi się wejść w świat, który dotąd wydawał się szczelną enklawą. To również dzięki niemu potrafię dzisiaj tak wiele. Dał mi zarówno przestrzeń jak i środki, do tego, żebym mogła się zawodowo rozwijać i jestem mu za to wdzięczna, mimo wszystko.
- Mów tak dalej, a naprawdę uwierzę, że czułaś się przy nim, jak pączek w maśle – zakpiła Olivia. – Nie zapominaj tylko o tym, że ten fascynujący facet w przypływie szału prawie rozłupał ci czaszkę i niemal uprowadził waszą córkę, kiedy nie spodobały mu się twoje metody wychowawcze – wściekle wysyczała przyjaciółka.
- Wierz mi, Liv, ciężko jest o czymś takim zapomnieć. Dlatego wróciłam do domu. – Julia zacisnęła usta, walcząc z emocjami. – Martwi mnie tylko, że zupełnie inaczej postrzegamy to, co się stało. Dla mnie to koniec, a on chyba wciąż liczy na nasz powrót – przyznała cicho. -  Prawda jest taka, że z dala od niego czuję się po prostu bezpieczniej. Poza tym tutaj Nick ma na nas oko – pociągnęła nosem, próbując opanować wzruszenie.
- Nick? Co to za jeden? Najpierw Steve, teraz Nick – zdezorientowana przyjaciółka wypiła łyk wina.
- Tylko nie mów, że nie pamiętasz Nicka – Julia uśmiechnęła się, odzyskując dobry humor. – Poznałaś go po pogrzebie mojego ojca i nie wiem czy dobrze cię zacytuję, ale na jego widok powiedziałaś, że to najbardziej gorące ciacho w mundurze policjanta, jakie kiedykolwiek widziałaś.
- Widocznie wtedy niewiele jeszcze widziałam, ale wierz mi, od tamtej pory sporo się zmieniło – skwitowała przyjaciółka.
- W to nie wątpię – parsknęła Julia.
- Niech sobie będzie ciachem albo nie, ale ważne, że masz go po swojej stronie. Całe szczęście, że nie zrobiłaś większego głupstwa i nie wyszłaś za Philipa za mąż, bo wtedy już chyba nigdy byś się od niego nie uwolniła.
- Sama widzisz, że nie jest jednak ze mną tak źle – zażartowała dziewczyna. 
- Cholerny, damski bokser… - Olivia fuknęła niczym rozjuszona kotka. – Już ja bym mu przefasonowała ten pieprzony, francuski ryjek – dodała z mocą. - Jeśli jeszcze kiedyś gdzieś na niego wpadnę, dostanie w pysk bez zbędnych powitań.
- Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. – Julia pokręciła lekko głową, odpędzając niepokojące myśli. – Ale nic nie poradzę na to, że kiedy dzwoni jakiś obcy numer, mam spore opory, żeby odebrać. Philip nie jest idiotą i nawet, jeśli nie ustalił jeszcze naszego miejsca pobytu, może to wkrótce zrobić. Poprosiłam Alana, żeby nikomu nie udzielał informacji na mój temat, ale jak ktoś bardzo chce, to potrafi. Tym bardziej pozbawiony kontaktu z Joy  Philip, który z pewnością odchodzi teraz od zmysłów.
- Wiem, że to nie w porządku, bo przecież to jego córka, ale sam jest sobie winny. Po tym, do czego doprowadził, nie mam dla niego ani krzty litości.  
- Nie zrobił tego celowo, Liv – ciężko westchnęła Julia. – Właściwie to był wypadek. Bardziej przeraził mnie tym, że zabrał Joy i zniknął z nią na prawie dwa dni. Nie chcę już nigdy więcej przechodzić przez takie piekło.– W oczach dziewczyny znowu zalśniły łzy.
- Nie pojmuję, jak po tym wszystkim możesz go jeszcze bronić, ale najwyższa pora z tym skończyć. To chory człowiek i lepiej się z tym pogódź - podchwyciła przyjaciółka, ściskając ją za ramię w geście wsparcia. – Masz szansę na nowy start i powinnaś czym prędzej złapać dystans do przeszłości. Było, minęło i koniec kropka.
- Gdyby to było takie łatwe…- Julia uśmiechnęła się smutno.
- Może jeszcze nie jest, ale wkrótce będzie, zobaczysz – Liv uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- Dam sobie radę. Zawsze spadałam na cztery łapy. A teraz powiedz wreszcie, co u ciebie i Dean’a?  Czyżbyście znowu tworzyli tandem? – Julia z ulgą zmieniła w końcu temat.
- Skąd ci to przyszło do głowy? Pracujemy razem i tyle. Zawodowo tworzymy zgrany duet, ale wiesz, że u mnie nie ma drugich szans – zaprotestowała Olivia. – Pochwal się lepiej, kim jest ten twój tajemniczy Steve. –  Przyszpiliła Julię spojrzeniem.
- Jaki on tam mój – zaśmiała się przyjaciółka. - Steve to przyjaciel, jest muzykiem z Breakwater.
- Moment, bo chyba nie do końca łapię. To TEN Steve? – Duże oczy Olivii powiększyły się jeszcze bardziej.
- Ty to potrafisz namieszać – zaśmiała się Julia. – Teraz ja nie mam pojęcia, o czym mówisz.
- Jak to nie? Mówię o niedojrzałym gnojku! Aż tak zaawansowanej sklerozy nie mam i wiem, że zanim poznałaś tego pieprzonego żabojada, byłaś z chłopakiem z tego zespołu. Cholera, ja go nawet poznałam i mimo upływu czasu pamiętam, że był całkiem do rzeczy – Olivia wywróciła zabawnie oczami.
- Zaczynam podejrzewać, że dla ciebie wszyscy faceci to fajne ciacha, Liv – zaśmiała się. – A poza tym pomyliłaś imiona, kochana. Chodzi ci o Troy’a McCole.
- Nie wszyscy, zapewniam cię. Z wiekiem zrobiłam się bardzo wybredna – skrzywiła się. - Więc to nie on? Całe szczęście – ucieszyła się. - Zawsze miałam problem z zapamiętywaniem imion.  Więc najpierw byłaś z Troy’em, a  teraz kręcisz ze Steve’em?
Julia zaśmiała się, ale widząc zdezorientowaną minę przyjaciółki, postanowiła czym prędzej wyjaśnić to nieporozumienie.
- Znowu wszystko pokręciłaś. Steve to kuzyn Troy’a i bez względu na to, co sobie wyobrażasz, łączą nas wyłącznie przyjacielskie relacje. To właśnie jego matka opiekuje się teraz Joy. Nie zorganizowałam jeszcze dodatkowej pomocy, a miałam dzisiaj kilka spotkań. To po prostu przyjacielska przysługa – wyjaśniła cierpliwie.
- Tylko przyjaciel? Brzmi fatalnie, wręcz ciężkostrawnie. A co jest z nim nie tak? Po rozmowie wywnioskowałam, że jest między wami chemia, więc…
- Nie pij już może, bo zaczynasz pleść jak potrzaskana – zaśmiała się Julia. – Steve to cudowny człowiek i niesamowity facet. Przekonasz się o tym, kiedy go w końcu poznasz. I uprzedzając twoje kolejne pytanie, nie, nie jest gejem – dodała z rozbawieniem.
- Skąd wiesz, że miałam zamiar w ogóle o to zapytać? – Olivia udała oburzenie. – Mam na uwadze jedynie twoje dobro, bo im szybciej kogoś poznasz, tym szybciej zapomnisz o Philipie.
 – Wiem, Liv. Znam twoje dobre serce, które tak głęboko chowasz przed światem – dodała Julia i ze zdziwieniem dostrzegła, jak przyjaciółka wpatruje się coś za jej plecami. Nie zdążyła się nawet odwrócić, kiedy tuż nad jej głową zapiszczał dziecięcy głosik.
- Mama! Mama!
- Cześć, skarbie! – Julia zerwała się z krzesła, niemal zderzając ze Steve’em.
- Witam panie - Mężczyzna podał jej dziecko, które natychmiast z radością wtuliło się w matkę.
- Poznajcie się, Steven Parker, Olivia O’Brian – Julia dokonała szybkiej prezentacji. – Dzięki, że przywiozłeś Joy, a skoro już jesteś, to może jednak usiądziesz z nami na chwilę? – zaproponowała, zdejmując córce czapkę i rozpinając jej kurtkę.
- Nie będę przeszkadzał? Mówiłaś chyba, że to babskie spotkanie – przyjaciel z uśmiechem przedrzeźnił jej słowa.
- Nie widzę przeszkód – nieoczekiwanie wtrąciła się Liv. -  Zwłaszcza, że na mnie już czas – dodała, wstając od stolika.
- Gdybym wiedział, że was przepłoszę, wstrzymałbym się jeszcze kwadrans – wtrącił Steve.
- To nie twoja wina – zapewniła go z uśmiechem. -  Naprawdę powinnam już wracać. Czeka mnie jutro ważne spotkanie i muszę się solidnie do niego przygotować – ruchem ręki przywołała kelnera i mimo protestów Julii uregulowała rachunek. – Jeśli moje plany nie ulegną drastycznej zmianie, istnieje realna szansa na to, żebym za jakiś miesiąc przyleciała do Londynu, a wtedy na pewno spędzimy ze sobą znacznie więcej czasu, niż teraz – dodała posyłając przyjaciółce wymowne spojrzenie.
- Liczę na to – odparła Julia.
Blondynka zbliżyła się do przyjaciółki i zatrzymała wzrok na Joy. Ciemne włoski dziewczynki podwijały się na końcach w loki, podczas gdy jej duże, brązowo-zielone oczy z zaciekawieniem świdrowały otoczenie wokół. 
- Cześć kwiatuszku, rośniesz jak na drożdżach – ucałowała ją w główkę, na co dziewczynka spojrzała na nią z zaciekawieniem, wyciągając rączkę, by złapać ją za włosy.  Liv w porę się jednak odsunęła i mała zamiast niej, złapała za włosy matkę.
- Zadzwoń jak dolecisz już do Nowego Jorku i koniecznie pozdrów Dean’a – dodała Julia, ściskając ją na pożegnanie.
- Możesz być tego pewna. Odbierze mnie z lotniska – uśmiechnęła się do niej.- Miło było cię poznać, Steve. -  Przeniosła wzrok na mężczyznę i podała mu dłoń.
- Cała przyjemność po mojej stronie – uścisnął ją, obdarzając dziewczynę uśmiechem.
- Będziemy w kontakcie – dodała jeszcze, sięgając po torebkę.
- Odwieźć cię? – Julia zreflektowała się w ostatniej chwili.
- Daj sobie spokój, złapię taksówkę – odparła , ale reakcja Steve’a była błyskawiczna. 
- Nie ma takiej potrzeby. Zajmę się tym – pewność w jego głosie mile ja zaskoczyła. Chwilę potem siedziała już w jego samochodzie, żegnając wzrokiem wyjeżdżającą z parkingu Julię. - Gdzie mam cię podwieźć?
- Zatrzymałam się w Blakemore Hotel – odpowiedziała, zapinając pasy.
- O’Brian to  irlandzkie nazwisko, prawda? – Posłał jej zaciekawione spojrzenie.
- Mam irlandzkie korzenie, jeśli do tego zmierzasz, ale urodziłam się w Reading – odparła z rozbawieniem.
- Co zatem wywiało cię aż do San Francisco? – zdziwił się, świdrując ją spojrzeniem.
- To, co większość ludzi, praca – wyjaśniła z lekkim rozbawieniem, po czym znowu zerknęła na zegarek.
- Rozumiem, że musimy już jechać – westchnął, włączając się do ruchu.
- Kiedy przylecę tu ponownie, postaram się wygospodarować więcej czasu na odnawianie starych przyjaźni – dodała, spoglądając w kierunku restauracji.
- Zarezerwuj też trochę na nawiązywanie nowych – dokończył Steve i kątem oka dostrzegł, jak usta siedzącej obok niego dziewczyny rozchylają się w uśmiechu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...