Spis

Blog autorski grupy Ailes

16 stycznia 2015

Iluzjon (Noemi Vain)




9. Nowy początek


Od godziny siedzieliśmy z Oliverem w korytarzu posterunku policji, czekając na przybycie funkcjonariusza, który został oddelegowany do mojej sprawy. Chociaż nadal nie wiedziałam, gdzie West zniknął poprzedniej nocy, nie zdążyłam o to zapytać. Dziwiło mnie jednak, że tak łatwo porzucił swoje obowiązki, nawet nie zauważając, że przepadłam na całą noc i to w momencie, w którym był najbardziej potrzebny.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu. W niczym nie przypominało komisariatów z filmów akcji. Nie działo się tu kompletnie nic, co mogłoby przyspieszyć bicie serca albo podnieść poziom adrenaliny. Wszyscy siedzieli przy swoich biurkach, przeglądając sterty dokumentów lub pisząc na klawiaturach komputerów. Sam wystrój miejsca również nie należał do najciekawszych. Zgniłozielone ściany kontrastowały z ciemną, drewnianą podłogą, pokrytą kilkoma plamami. Jedyną dekorację stanowiła donica ze sporych rozmiarów fikusem i kilka zawieszonych gdzieniegdzie zdjęć policjantów. Moją kontemplację otoczenia przerwało pojawienie się lekko podstarzałego funkcjonariusza, ubranego w zwyczajny, szary sweter oraz czarne spodnie. Włosy mężczyzny zdążyły już osiwieć, a na jego głowie widoczne były zakola.– Sierżant Wyatt. – Nowo przybyły podał dłoń Westowi. – Oliver West, ochroniarz Evangeline – odpowiedział blondyn. Po chwili policjant zaprowadził nas do pomieszczenia, które pełniło prawdopodobnie funkcję pokoju przesłuchań.– Proszę usiąść – zaproponował. Zajęliśmy dwa najzwyklejsze metalowe krzesła naprzeciw ciemnego biurka. Spojrzałam na Olivera, dostrzegając w jego wyrazie twarzy pewien ślad frustracji i uporu.

– Funkcjonariusz Black zdał mi sprawozdanie z wyników śledztwa i od teraz to ja przejmuję dowodzenie... – zaczął policjant, jednak nie dane mu było skończyć.

– Doprawdy? Czy można wiedzieć do jakich zaskakujących wniosków doszedł pański poprzednik? Śmiem twierdzić, że nie przykładał się zbytnio do obowiązków – zaatakował go blondyn.

– Naprawdę robimy wszystko, co w naszej mocy, jednak nie posiadamy wystarczających dowodów, żeby przedsięwziąć bardziej zdecydowane działania. – Oczy sierżanta nie wyrażały nawet najdrobniejszych śladów emocji. Zachowywał się jak robot zaprogramowany na pozbycie się niewygodnych osób.

– My właśnie w tej sprawie – wypaliłam bez zastanowienia. Funkcjonariusz zerknął na mnie podejrzliwie, unosząc jedną brew w pytającym geście.

Oliver wyjął z kieszeni zapakowaną w foliową torebkę kopertę i pomachał nią przed nosem Wyatta. – Czy to jest wystarczający dowód? – zapytał.

– Co to? – zastanawiał się policjant.

– Evangeline znalazła to dzisiaj w swoim pokoju. To kartka z pogróżkami, najprawdopodobniej związana ze sprawą. Więc wdrożcie swoje procedury i poczyńcie wreszcie jakieś postępy – warknął Oliver.

– Dobrze, wyślemy tę kartkę do ekspertyzy, może to coś wyjaśni, jednak niczego nie mogę obiecać, bo szantażyści zazwyczaj są sprytni i nie zostawiają na dowodach odcisków palców ani śladów biologicznych – spokojnie odparł mężczyzna. – A teraz, jeśli nie mają państwo więcej pytań, muszę zająć się innymi sprawami. Do widzenia. – Policjant ostentacyjnie wyjął z biurka plik dokumentów, tym samym dając nam do zrozumienia, że to koniec rozmowy. Nie zwlekaliśmy z opuszczeniem posterunku dłużej niż było konieczne, a po kilku minutach siedzieliśmy już w samochodzie Westa.

– To i tak pewnie nic nie da – odezwał się Oliver. – Policja w Appleton wydaje się wyjątkowo nieudolna. – Odpalił silnik i w ciszy wyjechaliśmy na drogę. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że nie wiedziałam, gdzie był poprzedniej nocy. – Co robiłeś wczoraj na imprezie? Nie widziałam cię nigdzie w pobliżu – zapytałam.

Blondyn wzruszył ramionami, uparcie wpatrując się w drogę. Odniosłam lekkie wrażenie, że mięśnie jego szyi nieznacznie napięły się. – Twoja przyjaciółka przekonała mnie, że tym razem powinniśmy zostawić cię z Jaredem, bo przygotował coś specjalnego. Co to było? Przebrał się za klauna i urządził pokaz?

– Trochę mu nie wyszło, ale to i tak nie ma znaczenia – odpowiedziałam wypranym z emocji głosem. Co dziwne, nie myślałam już o tym, co próbował mi zrobić, nie byłam załamana ani rozbita. Co najwyżej rozczarowana i zła.

– Czyli mam rozumieć, że to koniec? – Oliver zapytał, sugestywnie unosząc brew. Mogłabym przysiąc, że ucieszył się tą perspektywą, choć wydało mi się to zupełnie nieprofesjonalnym zachowaniem.

– Tak, to koniec – potwierdziłam.

– Zaśmiałbym się w głos i powiedział "a nie mówiłem", ale to chyba byłoby nieodpowiednie. Nie będę pytał, co zrobił ten dzieciak, że wreszcie przejrzałaś na oczy. – Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Nie miałam bladego pojęcia, co wywołało jego niechęć do Jareda. Mężczyzna najwyraźniej zauważył moje zdziwienie, bo odpowiedział na niezadane pytanie. – Gdy tylko go zobaczyłem, czułem, że nie jest dobrym człowiekiem.

Uniosłam w górę brwi. Znałam Picoulta od przedszkola, a do wczoraj nie dostrzegłam niczego szczególnie podejrzanego. Westowi zaś wystarczyło jedno spojrzenie? Zaczęłam wątpić w swoją zdolność postrzegania. – Po jednym spotkaniu potrafisz określić czy ktoś jest dobry albo zły? Zazdroszczę. Przydatna umiejętność.

– Znam po prostu wielu ludzi, niektórzy należą do osób, z którymi wolałabyś nie mieć niczego wspólnego, więc nauczyłem się odróżniać tych godnych zaufania od mających zamiar wbić innemu człowiekowi nóż w plecy – odpowiedział. W głębi ducha zazdrościłam mu takiego doświadczenia. Gdybym mogła w ten sposób rozpoznawać podłych kretynów, życie stałoby się o wiele prostsze.

Oliver skręcił w naszą ulicę. Pomimo krótkiego pobytu w Appleton, doskonale orientował się w topografii miasta. Po chwili już podjeżdżaliśmy przed dom, a blondyn mruknął, wyrywając mnie z zamyślenia. – O wilku mowa.

Kiedy tylko podniosłam głowę, dostrzegłam siedzącego na schodach chłopaka. W momencie, w którym uświadomiłam sobie kim jest, ochota na opuszczenie auta uleciała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przez chwilę rozważałam poproszenie Olivera o to, aby zawrócił, jednak w końcu stwierdziłam, że to nie ma sensu. Ta rozmowa musiała kiedyś nadejść. Szkoda tylko, że w momencie, w którym kompletnie nie byłam na nią przygotowana.

– Mam go stąd przegonić? – ochroniarz zapytał, zupełnie jakby potrafił czytać w moich myślach.

– Nie, dzięki, sama sobie z nim poradzę – pewnie wymówiłam słowa, choć nie wiedziałam, czy dam radę. Nie miałam jednak innego wyjścia, musiałam raz na zawsze zakończyć to, co dla Picoulta najwyraźniej trwało nadal.

Wysiadłam z samochodu praktycznie zaraz po jego zatrzymaniu. Przez chwilę wahałam się, co powiedzieć, ale zanim wymyśliłam jakąś błyskotliwą przemowę, siedzący na schodach brunet opuścił swoje miejsce i podszedł do mnie, trzymając w dłoniach pokaźny bukiet kwiatów oraz pudełko czekoladek.

– Cześć, Evangeline – powiedział swobodnym tonem, kiwając przy tym głową w kierunku ignorującego go Westa, zupełnie jakby wydarzenia minionego wieczoru nie miały żadnego znaczenia. Ja natomiast doskonale pamiętałam wszystko, co zrobił i nie zamierzałam zachowywać się jakbyśmy nadal byli parą. Kiedy tylko podszedł do mnie, próbując wymusić pocałunek, odepchnęłam go lekko. Dopiero teraz spojrzałam na jego twarz. Pod lewym okiem chłopaka widniał pokaźny siniak, będący śladem po interwencji Deveraux. I dobrze ci tak, nie tylko mnie zostały siniaki, nieproszona myśl pojawiła się w moim umyśle.

– Czego chcesz, Jared? – zapytałam chłodno.

– Przyszedłem cię przeprosić. Wiesz, byłem lekko wstawiony i trochę mnie poniosło – zaczął się nieudolnie tłumaczyć, na co omal nie wybuchłam śmiechem.

– Słyszysz, co mówisz? Trochę cię poniosło? – krzyknęłam, nie panując nad siłą swojego głosu. Czułam drżenie moich rąk, więc aby zniwelować oznaki zdenerwowania zaplotłam ramiona na piersi. – A co gdyby poniosło cię bardzo? Poćwiartowałbyś mnie i wrzucił moje zwłoki do jeziora?

– Oj tam, nie dramatyzuj, Evangeline. Przecież nic ci się nie stało, nadal jesteś dziewicą i możesz być sobie nią, jak długo chcesz. Gdyby tamten blondas nie wparował do pokoju, spełniłbym wszystkie fantazje, o których mi pisałaś – przerwał swoją tyradę, gdy dostrzegł mój morderczy wzrok. – Ale jak nie chcesz to mogę nadal czekać – dokończył.

Przez chwilę zastanawiałam się czy Jared był opóźniony umysłowo. Chyba każdy przy zdrowych zmysłach po czymś takim domyśliłby się, że dziewczyna nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego, ale jemu taka opcja pewnie nawet nie przyszła do głowy.

– Już nie musisz na nic czekać – odburknęłam.

– To jednak zmieniłaś zdanie? – zapytał ze zdziwieniem, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.

– Nie, nie zmieniłam zdania – westchnęłam. Nie miałam już do niego cierpliwości, musiałam zerwać z nim definitywnie. Nie chciałam nawet żeby pozostał moim przyjacielem. Nie wyobrażałam sobie jak mogłabym przebywać z kimś, kogo nie darzę nawet najmniejszą dozą zaufania. – To koniec, nie rozumiesz? Nie chcę już z tobą być – powiedziałam spokojnym tonem, choć w moim wnętrzu trwała prawdziwa zawierucha.

Chłopak spojrzał na mnie jak na przybysza z innej planety. Pewnie był zdziwiony faktem, że jasno wyraziłam swoje zdanie, nie próbując się z nim pogodzić i odrzucając ten dar niebios, za jaki się uważał. To nie było w stylu starej, dobrej Evangeline. Do tej pory wybaczałam mu wszystko, ale miarka się przebrała, pewnych
– Ale dlaczego? Przecież cię przeprosiłem... To chyba normalne, że chłopak ma swoje potrzeby – wyjąkał.

Prychnęłam z irytacją. Chłopak i jego potrzeby, niezłe wytłumaczenie.– Możesz mieć różne zachcianki, ale kiedy dziewczyna mówi "nie", właśnie to ma na myśli. Jak mam być z kimś, komu nie potrafię ufać? – zapytałam. – Rozstańmy się jak cywilizowani ludzie – zaproponowałam najspokojniejszym tonem, na jaki było mnie w tej chwili stać. – Nikomu nie powiem, co próbowałeś zrobić, więc będziesz mógł ułożyć sobie życie po swojemu, znajdziesz nową dziewczynę...

Picoult nie reagował zbyt dobrze na moje słowa, zacisnął prawą dłoń w pięść, tym samym niszcząc pudełko czekoladek. Na jego twarzy pojawiły się purpurowe plamy, a żyła na skroni zaczęła niebezpiecznie pulsować.

– Wcale nie chodzi o jakiś zasrany brak zaufania! To wszystko przez tego twojego pieprzonego Legolasa! – krzyknął, rzucając róże na ziemię i rozgniatając je butem. – Pojawia się jak jakiś cholerny rycerzyk, a ty jak te wszystkie kretynki padasz mu do stóp! – Podszedł bliżej i praktycznie wysyczał mi w twarz. – Ze mną nie chciałaś się przespać, ale on bez problemu cię przeleciał. Dzięki tym twoim sekretnym liścikom wiem, że
Nie wytrzymałam, moja dłoń sama powędrowała w kierunku jego policzka, zostawiając na nim czerwony ślad. Ognista mgiełka furii przesłoniła mi pole widzenia. Jakim prawem mówił tak podłe rzeczy. Tylko on był odpowiedzialny za to wszystko.

– Christian nie ma z tym nic wspólnego, rozumiesz? Przestań wygadywać te głupoty. To ty zawiodłeś moje zaufanie, ty nie rozumiałeś słowa nie, więc nie rób ze mnie winnej. Nie uda ci się wywołać moich wyrzutów sumienia – wpadłam w słowotok, wyrzucając z siebie kolejne frazy z prędkością karabinu maszynowego. – I o jakie liściki ci do cholery chodzi? Nigdy nie wysłałam do ciebie żadnego listu!

Brunet uśmiechnął się sarkastycznie, rozmasowując obolały policzek. – Jeszcze tego pożałujesz – szepnął tak, że ledwie go dosłyszałam. Po chwili wyjął z kieszeni pomiętą kartkę, rozłożył ją i zaczął czytać szyderczym głosem. – Och, Jared. Nawet nie wiesz jak bardzo chcę cię poczuć w sobie. Robię się mokra na samą myśl o seksie z tobą. Gdybym miała więcej odwagi powiedziałabym to osobiście, ale boję się. Pomóż mi spełnić moje pragnienia i rżnij mnie jakby miało nie być jutra.

Chciał czytać dalej, ale wyrwałam kartkę z jego rąk. Moje serce waliło jak pneumatyczny młot, a policzki stały się czerwone ze wstydu. Przecież nigdy nie napisałabym mu czegoś takiego. Spojrzałam na pochyłe pismo zapełniające całą stronę jeszcze bardziej bezwstydnymi opisami czyichś dziwnych fantazji erotycznych. – Przecież to nawet nie jest mój charakter pisma! – krzyknęłam.

Jared uśmiechnął się krzywo. – Jasne. Ciekawe po co ktoś miałby pisać coś takiego za ciebie. Zresztą, w jednym z nich opisałaś ze szczegółami naszą randkę sprzed dwóch miesięcy, na której byliśmy tylko we dwoje, więc się nie wypieraj.

Zrobiło mi się słabo. Jeśli Picoult nie kłamał, znaczyłoby to tylko, że już przed dwoma miesiącami ktoś mnie obserwował, a ja niczego nie zauważyłam.

– A jeśli chodzi o tego twojego wybawiciela, poczytaj sobie o nim w internecie, jest dość słynny, ale nie od dobrej strony. I wątpię żeby wystarczyło mu trzymanie się za rączki. – Złapał mnie za ramiona, po czym przysunął się tak, że nasze ciała dzieliło jedynie kilka milimetrów. Pochylił głowę, umiejscawiając swoje wargi dokładnie obok mojego ucha i szepnął, podczas gdy ja byłam zbyt zszokowana, aby wykonać jakikolwiek ruch. – Ja na twoim miejscu uważałbym na niego.

Kiedy wreszcie odzyskałam panowanie nad ciałem, odsunęłam się kilka kroków do tyłu.

– Nie muszę na niego uważać, bo kompletnie nic nas nie łączy i łączyć nie będzie. Zresztą, nie mam zamiaru sprawdzać, co piszą o nim portale plotkarskie. Nie jestem żądną sensacji napaloną piętnastolatką – odpowiedziałam bez najmniejszego zająknięcia, zupełnie jakbym mówiła szczerą prawdę. Chociaż gdzieś w głębi umierałam z ciekawości. Już druga osoba wspominała o przeszłości Deveraux, ja natomiast nie wiedziałam o nim praktycznie niczego.

– Do widzenia, Jared – rzuciłam w końcu znużonym głosem, uświadamiając sobie, że pewna faza mojego życia dobiegła końca. Zaczynało się coś nowego, a dla Picoulta nie było już miejsca. Zrzucił swoją maskę, a to, co do tej pory pod nią zalegało było zbyt odpychające. – Chyba nie mogę ci zaproponować żebyśmy zostali przyjaciółmi i naprawdę nie jestem autorką tych listów – dodałam po chwili zastanowienia.

– Nie potrzebuję już twojej miłości, bez przyjaźni też jakoś sobie poradzę. Niedługo pojawi się dziewczyna, która z przyjemnością cię zastąpi – odparł, patrząc na mnie jak na najgorszego wroga, po czym po prostu odwrócił się i odszedł. Dlaczego czułam się źle, patrząc na jego znikającą w oddali sylwetkę, skoro wiedziałam, że postąpiłam dobrze?

Opuściłam głowę i ruszyłam do domu, hamując napływające do oczu łzy. Niespodziewanie poczułam wibrację komórki, więc wyjęłam ją z kieszeni i zerknęłam na wyświetlacz, dostrzegając wiadomość nadesłaną z nieznanego numeru. Jej treść wprawiła mnie w niemałe osłupienie.

Dobrze się czujesz po wczorajszym? Przez cały dzień nie mogłem przestać myśleć o tym, co się stało. Christian

Bez wątpienia chłopak miał wyczucie czasu, ale kompletnie nie pojmowałam dlaczego o mnie myślał. To w ogóle do niego nie pasowało.

Już lepiej. Nie musisz się mną przejmować. I skąd masz mój numer?


Wystukałam na klawiaturze i szybko nacisnęłam 'wyślij'. Nie przypominałam sobie, żebyśmy wymienili się numerami telefonów, więc nie miałam pojęcia skąd go zdobył i szczerze powiedziawszy ten fakt wprowadził mnie w swego rodzaju konsternację.

Odpowiedź nadeszła o wiele szybciej niż przypuszczałam.

Wczoraj na wszelki wypadek zapisałem go sobie. Jeśli masz coś przeciwko, wykasuję go i już nie będę się naprzykrzał.

Jego słowa zabrzmiały trochę dziwnie. Kto w ten sposób zdobywa numer innej osoby? Jednak mimo wszystko pochlebiał mi fakt, że się mną przejmował. W szkole raczej odpychał od siebie ludzi; kiedy ktoś chciał z nim porozmawiać, chłopak częstował go jakąś ironiczną ripostą i po prostu odchodził. Sama zresztą kilkukrotnie doświadczyłam takiego zachowania, ale od wczoraj sprawiał wrażenie zupełnie innej osoby. Tłumaczyłam sobie, że po prostu mi współczuł, ale nadal go nie rozumiałam.

Nie rób tego. Po prostu jestem trochę zaskoczona, ale cieszę się, że napisałeś.

Odpisałam w banalny sposób, ale wołałam nie ryzykować, że jednak postąpi tak, jak napisał.

Ja też. Do zobaczenia w poniedziałek.

To była ostatnia wiadomość, którą od niego dostałam. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć, więc nie odpisałam. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że te słowa zabrzmiały jak obietnica.


***

W niedzielę obudziłam się w niewiele lepszym nastroju niż poprzedniego dnia. Czułam się wolna i nic nie mogło popsuć mojego humoru. Przypomniałam sobie nawet o zbliżającej się pięćdziesiątej rocznicy założenia liceum w Appleton. Co roku o tej porze organizowano różne atrakcje: od loterii i przedstawień po wieczorną imprezę. Na początku roku szkolnego razem z Cassidy zgłosiłyśmy się do przygotowania kilku plakatów, jednak postanowiłam nie czekać na jej pomoc. Natchnienie przyszło właśnie w tym momencie, więc należało je odpowiednio wykorzystać.

Wzięłam ze sobą farby, wielkie kartki papieru i zeszłam do salonu, gdzie spędziłam prawie cały dzień, przelewając swoje pomysły na arkusze. Tylko od czasu do czasu przerywałam żeby porozmawiać z Meredith lub Oliverem albo zjeść jakiś posiłek. Dopiero wieczorem, kiedy już zbliżałam się do końca, rozległ się dźwięk dzwonka. Odłożyłam na bok pędzle, po czym wytarłam brudne ręce w koszulkę, nie kłopocząc się spoglądaniem w lustro, choć domyślałam się, że wyglądałam okropnie. Plamy na ubraniu i twarzy dopełniały mizernego efektu tworzonego przez moje wiecznie podkrążone oczy.

Podeszłam do mahoniowych drzwi, po czym wyjrzałam przez wizjer, nikogo jednak nie dostrzegając. Zaklęłam pod nosem, zrzucając winę na dzieci z okolicy, które nie raz wpadały na pomysł płatania podobnych figli.

Minęłam salon, wchodząc do przestronnej i jasnej kuchni, gdzie nalałam soku pomarańczowego do szklanki. Już miałam wrócić do pracy, kiedy po raz kolejny usłyszałam dźwięk dzwonka. Tego było już za wiele. Biegiem ruszyłam w stronę drzwi, które znienacka otworzyłam. Po drugiej stronie nie zastałam nikogo. Do irytacji dołączyła ledwie wyczuwalna obawa. Ktoś ewidentnie robił mi na złość, nie wiedziałam tylko kto. Wyszłam na werandę, zahaczając nogą o coś, co wydało z siebie cichy pomruk. Zerknęłam w dół, zauważając mały, wiklinowy koszyk. Początkowo chciałam zostawić go tam, gdzie był, jednak dobiegające z wewnątrz słabe miauczenie zniweczyło moje zamiary. Zdjęłam pokrywę, a moim oczom ukazała się mała, puchata kulka w szare prążki, która wydała z siebie ciche mruczenie, gdy tylko wzięłam ją na ręce.

Na moich ustach pojawił się słaby uśmiech, chociaż czułam, że ten prezent należał do rodzaju tych dziwnych. Bo kto normalny podrzuca innym małe kociaki? Postanowiłam się jednak tym nie zamartwiać, gdyż zwierzę wydawało się głodne.

– Co maluchu? Chcesz mleka? – powiedziałam do kota, nie przejmując się tym, że ktoś mógłby uznać mnie za wariatkę. W końcu ludzie przy zdrowych zmysłach nie prowadzą rozmów ze zwierzętami, ale po ostatnich wydarzeniach byłam coraz bliższa popadnięcia w obłęd.

Zabrałam kociaka i w kuchni nalałam mu białego płynu do niewielkiej miseczki, którą postawiłam przed nim na podłodze. Zwierzę nie zastanawiało się zbyt długo, powąchało napój, sprawdzając czy jest wystarczająco dobry, po czym zaczęło chłeptać. Przyglądałam się przez chwilę temu rytuałowi, z każdą chwilą coraz bardziej upewniając się w postanowieniu zatrzymania malca. Skoro ktoś podrzucił go pod moje drzwi, miałam do tego pełne prawo.

Niespodziewanie do kuchni weszła Meredith, ubrana już w piżamę. Początkowo nie dostrzegła kota, jednak gdy tylko usłyszała miauczenie, spojrzała na mnie zagadkowym wzrokiem. – Co to jest? – zagadnęła.

– Kot.

– To widzę, ale co on tutaj robi? Nic o tym nie wspominałaś, Evangeline – dodała z lekkim wyrzutem, nie była jednak zła.

– Ktoś go nam podrzucił. Chyba możemy zatrzymać tego biedaka, spójrz jaki jest cudowny – odpowiedziałam przymilnym głosem, posyłając kobiecie jeden z moich najbardziej czarujących uśmiechów, żeby ją zmiękczyć.

Mer zastanawiała się przez chwilę, jednak skapitulowała, w momencie, w którym kociak otarł się o jej nogi. – Zgoda, ale musisz wybrać się z nim do weterynarza i powinnaś wymyślić mu też jakieś imię, kochanie.

– Nazwę go Alfie – odpowiedziałam po chwili.

– W porządku, chociaż to trochę dziwne imię jak dla kota. - Starsza pani roześmiała się szczerze, by po chwili ziewnąć. – Chyba zbyt niskie ciśnienie, dobranoc, moje dziecko. – Pocałowała mnie w czoło, choć dawno tego nie robiła i poszła do swojej sypialni. W tym momencie uświadomiłam sobie, że też jestem zmęczona.

Kiedy posprzątałam w salonie, zabrałam koszyk i Alfie'go do swojego pokoju. Wkładając zwierzę do pojemnika, dostrzegłam wcześniej niewidoczną białą karteczkę, a na niej wydrukowany napis.


Ciesz się nowym przyjacielem. Starych już wkrótce stracisz.



Zwinęłam papier w kulkę, po czym wyrzuciłam ją do kosza. Miałam dosyć tych anonimowych liścików, opieszałości policji i tego, że kompletnie nie wiedziałam, czym zawiniłam. W tym momencie zazdrościłam łaszącemu się do moich stóp zwierzakowi, on nie musiał znosić chorych rozgrywek jakiegoś psychopaty. Ja natomiast czekałam na jego kolejny ruch, ale nie miałam zamiaru pozwolić się przestraszyć komuś, kto nie był na tyle odważny, aby pokazać swoją twarz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...