Spis

Blog autorski grupy Ailes

12 stycznia 2015

Deja vu (Ania)


Deja Vu
Francuska Kocica

Rozdział 4
Vanora

Anglia, Zamek królewski Windsor, 1597 rok.         
  
            Gaston wpatrywał się w siedzących za stołem mężczyzn i ledwie powstrzymywał się, aby nie ziewnąć. W ostatnim czasie coraz bardziej nużyły go te ciągłe kolacje i rozmowy przy królewskim stole. Zdawał sobie sprawę, że poniekąd jest ogromnym zaszczytem goszczenie na dworze króla Jakuba I Stuarta[Postać autentyczna.] i wiele osób z chęcią zajęłoby jego miejsce, lecz on sam miał już po dziurki w nosie ciągłego tkwienia w jednym miejscu. Był człowiekiem, który nie umiał zagrzać miejsca na dłużej. A życie, jakie zawsze wiódł w niczym nie przypominało tego, w jakim teraz utknął. Nudne, leniwe dni, znamiennie różniły się od żywiołowych oraz nieprzewidywalnych zwrotów akcji, które towarzyszą burzliwemu życiu, jakie wiódł na polu walki.
Wojny z hugenotami[Inna nazwa francuskich protestantów.] trwały już od 1562 roku, z niedługimi przerwami. On sam w środek konfliktu trafił w wieku siedemnastu lat i spędził tam prawie dziewięć. Pomimo, że nie były to wielkie konflikty militarne i w głównej mierze opierało się to na taktyce politycznej, to jednak nie zaznał do tej pory ustabilizowanego życia. Przemieszczanie się z miejsca na miejsce, wielokrotne inwazje wojskowe i bitwy, które nie zawsze kończyły się pełnym zwycięstwem, odcisnęły na nim swe piętno. Parokrotnie był ranny, a kiedyś nawet trafił w niewolę i przez dwa miesiące marzył jedynie o szybkiej śmierci. Do tej pory zdarzały się noce, gdy zrywał się ze snu z krzykiem.

Jednak w jego życiu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji, przez co był tu już ponad miesiąc. Ze swym barwnym, brawurowym charakterem trafił w sam środek stagnacji, w jakiej obracał się król Jakub, wraz z całym tym nadętym towarzystwem, który również znalazł się tu nie ze swego wyboru. Były to jedynie zwykłe polityczne taktyki, mające na celu objęcie tronu Anglii. Odkąd w 1586 roku zawarty został sojusz szkocko-angielski, Jakub, jako król Szkocji, musiał prowadzić politykę ukierunkowaną na ewentualne, przyszłe objęcie tronu Angielskiego, jaki obiecała mu królowa Elżbieta w wypadku swej bezdzietnej śmierci.
– Gaston, czy rad jesteś z naszej[Królowie w tamtych czasach zazwyczaj mówili o sobie w liczbie mnogiej.] gościny? – Z zamyślenia wyrwał go męski głos i zorientował się, że od jakiegoś czasu król coś do niego mówi. – Czy zapewniono ci wszystko? Czegoś może potrzebujesz?
Ta cała dworska etykieta sprawiała, że momentami miał ochotę zwymiotować.
– Oczywiście królu. Nigdy tak dobrze się nie bawiłem – stwierdził ironicznie, w myślach dodając, że rzyga już całą tą gościną i tymi ludźmi, którzy mieli w sobie tak wiele fałszu oraz obłudy.
– Obawialiśmy się, że się nudzisz – usłyszał i miał ochotę powiedzieć mu, że jest całkiem błyskotliwy.
– Zaiste, spędziłem tu już sporo czasu – stwierdził z nutą sarkazmu.
Nigdy nie owijał niczego w bawełnę, lecz zdawał sobie sprawę z tego, że nie mógł tak bezpośrednio powiedzieć im, że ma ich wszystkich dość. W tym momencie ujrzał jak król wymienia znaczące spojrzenia z siedzącym obok hrabią i pomyślał, że coś się święci. Czy będzie mógł wreszcie wrócić do domu? Ale gdzie tak naprawdę był jego dom? Na polu bitwy?
Gaston de Ponton-a-Mousson po śmierci swego ojca przejął jego tytuły, które odbierał jednak bardziej jako ciężar niż zaszczyt. Był teraz Markizem oraz Barem. Jego ojciec był nieślubnym synem Franciszka I Lotaryńskiego [Postać autentyczna.] księcia Lotaryngii. W obecnej chwili władcą Lotaryngii był Karol III Wielki [Postać autentyczna.], jego wuj. Nie miał on syna, a ojciec Gastona został przed śmiercią uznany prawowitym synem Franciszka I Lotaryńskiego i przyznano mu tytuły, przez co Gaston miał teraz prawo dziedziczenia.  Wuj miał jedynie dwie córki [Na potrzeby fabuły nagięłam fakty. Córki są autentyczne, lecz postać Gastona de Ponton-a-Mousson jest fikcyjna.] i w przypadku śmierci wuja, to Gaston miał objąć po nim władzę, jako książę Lotaryngii. Franciszek w obecnej chwili był schorowany i przewidywano, że nie pożyje już długo. Gaston z dnia na dzień został dosłownie ściągnięty z pola walki i zawieziony do Lotaryngii gdzie pośpiesznie dopełniono etykiety i jako utytułowany szlachcic został w trybie natychmiastowy wdrożony w swe przyszłe obowiązki, co przyjął z przerażeniem.
W tej sytuacji król Jakub I Stuart, chcąc pozyskać nowego sprzymierzeńca w Lotaryngii, zaprosił Gastona do siebie. Jeszcze kilka lat temu było to niedorzeczne i niemożliwe, dopiero po nadaniu mu tytułów Gaston stał się cennym nabytkiem na każdym dworze. Do tego czasu był zwykłym bękartem, którym nikt się nie przejmował. I tak naprawdę było mu z tym dobrze. Nie umiał odnaleźć się w tym świecie i tęsknił za życiem, jakie wiódł jeszcze kilka lat temu, gdy mieszkał wraz ze swą matką w St.-Etienne. Lubił podróże. Często bywał w Rzymie gdzie mieszkała jego rodzina. Czasem zapuszczał się do Hiszpanii. Do chwili aż nie trafił na pole bitwy. Od tamtej chwili jego życie zmieniło się diametralnie, lecz nigdy nie marzył o tym, aby osiąść w jednym miejscu, a już objęcie władzy i wdanie się w te uciążliwe konwenanse, napawały go przerażeniem. Liczył na to, że może w przyszłości jakiś monarcha zdecyduje się na ślub z którąś z jego przyrodnich sióstr i przejmą oni jego obowiązki. Na razie jednak się na to nie zanosiło.
Gościna na dworze króla Anglii Jakuba I Stuarta była poniekąd ucieczką. Teoretycznie powinien być teraz w Lotaryngii wraz z księciem Karolem. Jednak ani wuj, ani tym bardziej on sam, nie byli tym pomysłem zachwyceni, więc z dwojga złego kontynuował swoją wizytę na dworze angielskim. Na pole bitwy we Francji nie mógł na razie wrócić. Jako przyszły władca kraju ościennego nie powinien mieszać się z takim zaangażowaniem w militarne walki na innym terenie. Było to niebezpieczne, gdyż w tym momencie zbyt nazrażałby swe życie dla nie swojej sprawy. Jeszcze jakiś czas temu był bękartem, którym nikt się nie przejmował. Z dnia na dzień stał się człowiekiem, o którego życie lękało się całe księstwo.
Pobyt w Anglii był w pewnym sensie przestojem. Po objęciu władzy czekała go wielka niewiadoma. Chciał wrócić na front, ale lotaryński książę walczący pod sztandarem Francji, to raczej nie był najlepszy pomysł. Na razie starał się o tym nie myśleć. Pogoda w Anglii była dość ładna, a tutejsze dziewczyny uprzyjemniały mu niechciany pobyt. Był wysokim oraz przystojnym mężczyzną i budził żywe zainteresowanie wśród kobiet, przez co nie musiał długo szukać i mógł przebierać w najrozmaitszych. Nieprzeciętna inteligencja i przyjazne usposobienie w zestawieniu z ładnym obliczem Gastona, sprawiały, że każdy mężczyzna w jego obecności tracił swe pozycje wśród płci przeciwnej. Władał dobrze kilkoma językami, był niepokonanym przeciwnikiem w każdej walce. Zarówno na szpady jak i na słowa. Król i cała szlachta odbierali jego obecność, jako przykry obowiązek. Niepożądaną konieczność. A on z każdym dniem był coraz bardziej załamany sytuacją, w jakiej się znalazł.
– Więc co o tym myślisz Gaston? – Ponownie głos króla uświadomił mu, że znowu puścił mimo uszu jakąś istotną kwestię. Jak miał z tego wybrnąć?
– To bardzo intrygujące, lecz byłbym rad abyś podał mi więcej szczegółów, królu. Jestem dziś nieco rozkojarzony – odparł dyplomatycznie.
– Czyżby nowa dwórka królowej Anny? – usłyszał kpiący głos siedzącego obok niego mężczyzny.
– Nie hrabio, twoja córka – odparł, i ignorując nabierające czerwieni oblicze sąsiada ponownie spojrzał w stronę Jakuba.
– To oczywiście jedynie propozycja, ale bylibyśmy radzi, abyś zaznał trochę odmiany – usłyszał i ożywił się.
Zdecydowanie pragnął jakiejkolwiek odmiany, lecz co dokładnie miał na myśli król?
– Muszę przyznać, że zainteresowałeś mnie, ale nie wiem, czego tak naprawdę oczekujesz po swej propozycji, królu – drążył, próbując uchwycić odpowiedni sznurek.
– Ależ Gaston, my niczego nie oczekujemy, bylibyśmy radzi gdybyś dobrze się bawił, a wizyta w Szkocji byłaby ku temu dobrym powodem. Klan MacCallum urządza naprawdę wspaniałe festyny. Mój kuzyn gościł tam niejeden raz i zawsze wracał zadowolony – rzekł mężczyzna, a Gaston zaśmiał się w duchu.
To było dyplomatyczne posunięcie. Dla Jakuba I Stuarta, jako króla Szkocji, chcącego objąć tron angielski, istotne było utrzymanie dobrych stosunków z Anglią i jego wizyty były poniekąd rozgrywkami taktycznymi. Wysłanie go do Szkocji i pozostanie w Anglii było upieczeniem dwóch pieczeni przy jednym ogniu. Pozbyłby się niepożądanego gościa, odsyłając go bezpiecznie na swój teren. Czyżby obawiał się Hiszpanii? Ale dlaczego? A może chodziło o Włochy? Poniesiono mu, że jeden z kardynałów papieskich prosił o spotkanie z nim, gdy powróci już do Lotaryngii. O co mogło chodzić? Nienawidził polityki.
– Mówiono mi, że Vanora [W dosłownym tłumaczeniu – Biała fala.] to piękna dziewczyna – usłyszał i starał się to wszystko poukładać.
– Vanora? Kimże jest Vanora? – zapytał zdezorientowany.
– To córka naczelnika klanu. Vanora MacCallum. Ojciec planuje wydać ją za mąż – W tym momencie dotarło do niego, co się święci. Chcieli ożenić go z jakąś Szkotką, aby pozyskać bardziej ugruntowaną sytuację.
– Myślę, że powinien poszukać dla niej jakiegoś bardziej odpowiedniego kandydata. Ja nie byłbym dobrym mężem dla Vanory MacCullan – stwierdził spokojnym głosem, ale był coraz bardziej poirytowany tym, że próbowali ingerować w jego życie osobiste.
Miał dwadzieścia sześć lat, po objęciu władzy ożenek będzie koniecznością, lecz wolałby mieć osobisty wpływ na wybór swej ewentualnej żony. A do ołtarza jeszcze mu się nie śpieszyło. Cieszył się urokami kobiet, nie pojmując ich za żony. Bywało, że niektóre już nimi były. Całe szczęście, że nie jego.
– MacCallum, Gastonie – usłyszał rozbawiony głos królowej Anny, która przesłaniając dłonią twarz, próbowała się nie roześmiać, natomiast król i reszta biesiadników gapili się na niego zdziwieni. Czyżby ponownie palnął jakąś gafę?
– Miałem na myśli twego przyjaciela, ambasadora Francji – usłyszał króla i pomyślał, że nazwanie Louisa de la Valette przyjacielem, było grubą przesadą.
Od jakiegoś czasu musiał znosić jego obecność i ciągłe nauki, jakich udzielał mu Louis, podchodząc do tego obowiązku z niechęcią. Jednak przyszły książę Lotaryngii musiał znać swe funkcje, a Gaston był przecież jedynie nieokrzesanym bękartem, który niepożądany dostał się na dwór i miał objąć władzę, której pragnęło wielu ludzi. Było to swoistym paradoksem, ponieważ on sam z całego serca chciałby się jej pozbyć, za cenę wszystkiego.
– Wybacz królu, zrozumiałem, że to mi proponujesz wyjazd do… – zamilkł na chwilę. Nawet nie wiedział, o jakie miejsce chodzi.
– Zamek Eilean Donan, Gastonie – Królowa po raz kolejny ratowała mu skórę. – W miejscowości Dornie. Jest tam piękne jezioro oraz blisko morze. I o tobie była mowa. Lecz o rękę panny Vanory MacCallum postanowił starać się Louis. Myślałam, że o tym wiesz, ale pewnie nie zdążył cię jeszcze poinformować. Pomysł wynikł wczorajszego wieczora, a ty dość wcześnie oddaliłeś się do swych komnat – powiedziała, a on pomyślał, że istotnie wieczerzę skończył wcześniej, lecz do swych komnat dotarł nad ranem, złożywszy wcześniej wizytę, o której nie przystało rozmawiać w obecności królowej.
Louis de la Valette miał trzydzieści cztery lata i od dwóch lat był wdowcem. Gaston podejrzewał, że pomysł wynikł z inicjatywy króla, ponieważ Louis nie był typem, który dąży za wszelką cenę do ożenku i raczej wzbraniał się przed ponownym mariażem. Lecz ambasador francuski związany małżeństwem z córką naczelnika klanu, to byłaby dobra partia, dla króla Szkocji chcącego pozyskać Francję, jako sprzymierzeńca. Tak naprawdę Louis nie miał wiele do gadania, gdy w grę wchodziła polityka, która od zawsze napawała go odrazą. Konflikty wojenne oparte na układach. Małżeństwa zawierane niczym transakcje handlowe. Bez uczucia, namiętności i wzajemności. Czy tak miało wyglądać jego życie? Gdy o tym myślał chciał wracać na front. Dać się zabić, byłoby szybsze i humanitarniejsze od tkwienia w tym marazmie, jakim była monarchia. Czy był w stanie stać się marionetką, której wmawiano, że ma możliwość decydowania o swoim losie?
– Oczywiście gdybyś był chętny, to radzi bylibyśmy, abyś ty również zapoznał się z Vanorą MacCallum – usłyszał króla, który zwietrzył okazję. Jego niedoczekanie.
– Chętnie zapoznam Vanorę MacCallum, lecz w tym momencie nie zamierzam jeszcze stawać przy ołtarzu – oświadczył zdecydowanie. – Znasz królu mą sytuację. Nie jest ona zbyt przejrzysta w tej chwili i podejmowanie pochopnych decyzji nie byłoby wskazane.
– Oczywiście – powiedział król i uśmiechnął się nieszczerze. – Czy będziesz zatem towarzyszyć swemu przyjacielowi?
– Chętnie skorzystam z okazji, aby odwiedzić twój piękny kraj, królu. Jeszcze nigdy nie byłem w Szkocji – powiedział zgodnie z prawdą.
Wyrwać się z nudnego Windsoru i leniwej Anglii do dzikiej Szkocji. I choćby jedynie przez chwilę cieszyć się rozległymi terenami tego kraju, o których jedynie słyszał? To było coś, czego w tej chwili pragnął. Wysokie, morskie klify, rozległe przestrzenie i niepokalana niczym przyroda, napełniały go coraz to nowymi emocjami.
– A więc postanowione – usłyszał radosny głos Jakuba i ledwie powstrzymał się, aby się nie roześmiać.
Jego wyjazd był podwójną korzyścią dla monarchy. Za jednym zamachem pozyskałby ambasadora Francji i pozbył się uciążliwego gościa, którym niewątpliwie był Gaston.
– Tak królu. Z chęcią będę towarzyszył Louisowi de la Valette i zapoznam jego przyszłą małżonkę Vanorę MacCullan – powiedział, a ujrzawszy minę królowej, dodał. – MacCallum.
– Bolejemy nad twym wyjazdem Gastonie – usłyszał króla i stwierdził, że jeszcze trochę, a nie wytrzyma i się roześmieje. Czy ten człowiek myślał, że on w to uwierzy? – Oczywiście będziemy tęsknić za twoją obecnością. Lecz mamy nadzieję, że będziesz dobrze się bawił w naszym pięknym kraju. 
– Mi również będzie brakowało interesujących dyskusji z waszą wysokością – stwierdził lakonicznie, myślami będąc już daleko stąd.
– Zatem każę przygotować wszystko do podróży. Czy jutrzejszy dzień będzie odpowiedni? – usłyszał piskliwy głos siedzącego obok króla mężczyzny i miał ochotę powiedzieć, że z chęcią ruszyłby w drogę nawet w tym momencie.
– Oczywiście – odpowiedział, starając się ukryć radość w głosie.
– Ale… – Louis de la Valette wyglądał na rozczarowanego, a nawet wystraszonego.
Gaston podejrzewał, że ambasador bazował na jego buntowniczej naturze i miał nadzieję, że zaprotestuje i w efekcie do wyjazdu nie dojdzie.
– Jak daleko jest do zamku Eilean Donan? – zapytał.
– Góra dzień drogi, markizie – usłyszał jakiś głos za sobą i niezadowolony zmarszczył czoło. Nienawidził, gdy tytułowano go markizem.
– W takim razie powinienem przygotować się do drogi – powiedział i spojrzał w stronę siedzącego po drugiej stronie Jakuba. – Czy nie pogniewasz się królu, jeżeli opuszczę dzisiejszą wieczerzę? – zadał zbędne pytanie, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że na to właśnie liczyli.
– Drogi Gastonie, z przykrością cię pożegnamy, życząc oczywiście doskonałej zabawy – usłyszał i bez słowa ukłonił się, po czym wyszedł, a gdy tylko znalazł się w holu, przyspieszył i wbiegł na schody.
Gdy był już w swej komnacie ściągnął aksamitny kaftan, który od razu odrzucił na podłogę i zabrawszy jedynie miecz, wybiegł z powrotem na korytarz. W ciągu dziesięciu minut był już w stajni. Koń był szybki. Dystans przejechał w pół godziny. Już po chwili wraz z ludźmi, których ze sobą zabrał, był na miejscu. Przeczesał rękoma długie, czarne włosy i związał z je tyłu, tak, aby nie przeszkadzały mu podczas walki. Treningi były jedną z niewielu przyjemności, jakie miał. Wyładowywał się walcząc, pozbywając się niepożądanych emocji, teraz jednak podnosił sobie adrenalinę z radością myśląc o drodze do Szkocji.
Przyzwyczajony do nieustannej walki, rzucony w świat leniwych, bezbarwnych dni, nie umiałby dać sobie zbyt długo rady, pozostając przy zdrowych zmysłach. Wyjazd z Anglii przyszedł w samą porę.
Następnego dnia z samego rana byli już w drodze. Na noc zatrzymali się w jakiejś gospodzie. Gaston nie chciał się spieszyć, wolał cieszyć się podróżą i prawdę mówiąc liczył na dłuższą jazdę. Lecz Louis kiepsko znosił koński grzbiet, przez co dotarli na miejsce wcześniej niżby chciał.
Na dziedziniec zamku Eilean Donan wjechali późnym wieczorem. Pomimo, że gdy dojechali było już ciemno i nie widział dokładnie okolicy, to już samo to, co dostrzegł uradowało go. Zamek położony był na niewielkiej wyspie przy jeziorze Loch Duich, którą ze stałym lądem łączył długi, dość szeroki, kamienny most, którego niewielka cześć przy samym murze unosiła się w górę niczym most zwodzony, oddzielając drogę nieproszonym gościom.  Równie skuteczna była brama, której stalowa, masywna krata, była na noc opuszczana, strzegąc skutecznie dostępu do zamku. Dziedziniec był przestronny, a sam zamek imponujący. Jedna z części, położona najwyżej miała około pięciu kondygnacji, część niższa była może o jedną, góra dwie mniejsza. Reszta mniejszych zabudowań tworzyła coś w rodzaju zlepku kilku budynków mieszkalnych połączonych w jedno, tuż przy murze otaczającym całość budowli. Gaston nie spodziewał się aż tak okazałej budowli. Już na pierwszy rzut oka stwierdził, że zamek pomieściłby wielu mieszkańców.
– Wygląda na to, Louis, że twoja narzeczona, to majętna kobieta – powiedział do towarzyszącego mu mężczyzny, który właśnie niezdarnie gramolił się z konia. Nie był najlepszym jeźdźcem, a towarzysz podróży również był z niego kiepski.
– Nie jest jeszcze moją narzeczoną – powiedział mężczyzna, lecz ożywił się, gdy ujrzał imponującą posiadłość. Na pewno sprawiało to, że spojrzy na pannę przychylniej.
– To kwestia czasu. Król Jakub będzie miał w tej kwestii znaczące zdanie, a jak mniemam zawarliście już jakąś transakcję – powiedział Gaston, zeskakując z konia i podał lejce stajennemu, który oprowadził zwierzę do stajni.
– Nie nazwałbym tego transakcją – usłyszał i parsknął śmiechem. Nie miał zamiaru z nim o tym dyskutować. W tej kwestii mieli zupełnie inne zdania.
– Krzywda ci się nie stanie, Louis – stwierdził i ujrzał podchodzących do nich dwóch mężczyzn w kiltach i uśmiechnął się półgębkiem.
Nie mógł się przyzwyczaić do tego widoku. Z samego tylko powodu, że miałby przywdziać taką szatę, nie pojąłby za żonę nawet szkockiej księżniczki, żeby nie wiadomo jak majętna była i jak urodziwa. Zdecydowanie lepiej czuł się w spodniach.
– Jestem Angus [W tłumaczeniu dosłownym – wyjątkowy wybór, wybraniec, wyjątkowa siła.] MacCallum – przedstawił się starszy z nich. Miał może z czterdzieści lat, lekko posiwiałe, długie włosy, związane były teraz z tyłu. Opięta koszula podkreślała całkiem sporych rozmiarów brzuch. – To Luthias. [W dosłownym tłumaczeniu – Słynny wojownik.]
– Myśleliśmy, że przyjedziecie wcześniej. Poczekalibyśmy z wieczerzą – powiedział drugi z mężczyzn.
Był mniej więcej w wieku Gastona. Długie blond włosy opadały mu swobodnie na ramiona. Brązowe oczy przyglądały się z ciekawością przybyłym gościom. 
– Nie kłopoczcie się. Odświeżymy się tylko i udamy na spoczynek. Jutrzejszy dzień zapowiada się interesująco – powiedział Gaston, zerkając w stronę muru, za którym spodziewał się interesujących widoków.
– Witam panów – usłyszał gdzieś obok i spojrzawszy w tamtą stronę ujrzał dziewczynę. Cóż, jeżeli była to owa Vanora, to Louis miał farta. Gaston nie miał pojęcia, w jakim wieku córka naczelnika klanu i jak wyglądała, ale ta miała góra dwadzieścia lat i był bardzo ładną i zgrabną brunetką. Bystre spojrzenie błękitnych oczu, jakim go obdarzyła, sprawiło, że zorientował się, iż jest nim zainteresowana. – Jestem Rhonda [W dosłownym tłumaczeniu – Silna, mocarna.] MacCallum – usłyszał i dostał swą odpowiedź.
– Gaston de Ponton-a-Mousson – przedstawił się i skłonił przed dziewczyną. – A to jest Louis de la Valette – powiedział, głową skinąwszy na towarzysza.
– Książę Louis de la Valette? – usłyszał, i ujrzał jak zainteresowanie dziewczyny nagle przeniosło się na możliwe tytuły. Ale czy go to zdziwiło? Nie. Z westchnieniem bezradności pomyślał, że nie będą w nim tu widzieć człowieka, a jedynie przyszłego władcę.
– Nie jestem księciem, pani – usłyszał głos Louisa i przyszła mu do głowy szatańska myśl. – Jestem…
– Tylko na razie nie jest – wszedł mu w słowo. – Po śmierci swego wuja zostanie nim. W tym momencie jest jedynie markizem – powiedział ironicznie, a zobaczywszy zaskoczone spojrzenie Louisa zmrużył groźnie oczy.
– Tak. Ja jestem... Jestem... Ja... – Louis nie wiedział, co powiedzieć zaskoczony nieoczekiwanym zwrotem akcji.
– Potrafi mówić całymi zdaniami, ale teraz jest zmęczony – przerwał mu Gaston i poklepał go po ramieniu. – Przydałby mu się odpoczynek. Droga była mecząca, a on nie jest przyzwyczajony do takich wysiłków – stwierdził zgodnie z prawdą.
– Odprowadzę cię do twej komnaty, markizie – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się do niego szeroko, a Gaston odetchnął z ulgą.
To był wspaniały pomysł. Dzięki temu będzie mógł się tu poruszać w miarę normalnie i nikt nie będzie doczepiał mu niechcianej etykietki.
– Je vais vous tuer si vous lui dites la vérité [Zabiję cię, jeśli powiesz jej prawdę.] – zwrócił się do rozkojarzonego Louisa, a widząc jego konsternację, kontynuował. – Comme le marquis plus vous aime Vanora. [Jako markiz bardziej spodobasz się Vanorze.]
– Mais certes, je ne suis pas le marquis…[Ale ja przecież nie jestem markizem]. – Gaston wiedział, że wahanie Louisa, to już teraz tylko kwestia czasu.
– Mais comme les auvents ont plus de chance de son amour [Ale jako markiz masz większe szanse na jej miłość.] – przekonywał niezłomnie.
– Et quand il découvre la vérité? [A gdy dowie się prawdy?] – Wątpliwości Louisa były w tym momencie niczym kokieteria, która śmieszyła Gastona.
– Est déjà en amour avec sous [Będzie już wtedy w tobie zakochana.] – stwierdził ironicznie, a widząc coraz większe zainteresowanie, zarówno dziewczyny jak i obu mężczyzn, dodał pośpiesznie, nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Vous devez garder le silence. Comprendre? [Masz milczeć. Zrozumiałeś?]
– Mais le roi...[Ale król…] – Nie chciał już dłużej przekonywać tego głupka, zdając sobie sprawę z tego, że pokusa bycia, choć przez jakiś czas markizem oraz przyszłym księciem Lotaryngii, była dla Louisa ogromna.
– Le Roi peut embrasser mon âne [Król może pocałować mnie w dupę.] – powiedział poirytowany, a widząc jak zaskoczony francuz zaczerpnął głęboko powietrza, zdziwiony jego słowami, zwrócił się do Angusa. – Markiz jest zmęczony i bardzo kiepsko mówi po angielsku. Był podekscytowany rychłym spotkaniem z panną Vanorą i teraz jest nieco zawiedziony tym, że jej jeszcze nie poznał – powiedział z uśmiechem.
– To on ma zamiar starać się o jej rękę? – zapytał Luthias, a widząc jak Gaston przytaknął, wraz z Angusem popatrzyli na siebie i ryknęli śmiechem.
To było dość zastanawiające. Przecież Louis był dość przystojnym, zadbanym mężczyzną, który zawsze zachowywał się powściągliwie i nienagannie. Czyżby panna miała aż takie wielkie wymagania? Nie chciał nad tym zbyt wiele myśleć.
– Rhona, ty wracaj na zamek, markizem zajmiemy się osobiście – powiedział stanowczym głosem Angus, a panna z kwaśną miną odeszła w stronę najbliższych zabudowań.
– Zaprowadzę was do waszych pokoi – usłyszeli wesoły głos Luthiasa, który odciągnął na bok Gastona i zwrócił się do niego szeptem. – On wcale nie mówi po angielsku, czy mówi słabo? Pytam, ponieważ trochę się zaciął przy prezentacji i nie wiem w jakim stopniu można się porozumieć z markizem – powiedział, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo i jednocześnie próbując stłumić śmiech.
– Cóż, jeżeli będziesz mu chciał powiedzieć, że jest nadętym francuskim dupkiem, to zapewne zrozumie, ale gdy spróbujesz mu to wytłumaczyć dokładniej, to dogadasz się z nim jak ślepy z głuchym – oświadczył Gaston, budząc głośny śmiech Luthiasa, jakim ściągnął na siebie wzrok Angusa, który teraz patrzył na nich spode łba.
– Myślę, że my dogadamy się lepiej – stwierdził chłopak, poklepując go po ramieniu, a Gaston po raz kolejny podziękował opatrzności za swoją nieoczekiwana myśl, dzięki której był teraz jedynie ambasadorem Francji.
– Ja jestem o tym przekonany – stwierdził zgodnie z prawdą.
Po krótkiej, niezobowiązującej rozmowie dotarł wreszcie do swego pokoju. Pospiesznie zrzucił z siebie ubranie i położył się do łóżka. Niestety noc była dla niego niezbyt łaskawa i przyniosła mu sny, które pełne były bolesnych wspomnień. Nie mogąc spać, postanowił wyjść zanim jeszcze na dworze zrobiło się zupełnie jasno. Zszedł na dół do stajni i pospiesznie osiodłał konia, nie czekając na stajennego. Już po chwili strażnik otwierał mu bramę, której unoszona krata robiła ogromny hałas. Przez chwilę pomyślał, że odgłos dotrze do uszu śpiących w zamku ludzi. Ale zerknąwszy na budowlę uśmiechnął się półgębkiem. To było niemożliwe, żeby grube, masywne mury tego zamku przepuściły jakikolwiek dźwięk. Również most, który opuszczano całą wieczność wydawał z siebie głośny hałas zanim wreszcie spoczął poziomo, łącząc się z resztą kamiennej budowli. Gdy wreszcie droga była prosta, spiął konia i ruszył przed siebie galopem. Most przebył w mgnieniu oka, choć był długi na jakieś sto, może nawet więcej metrów. Wyjeżdżając na rozległą przestrzeń, zachłysnął się powiewem świeżego powietrza. Miał na sobie jedynie białą, bawełnianą koszulę, która podczas szybkiej jazdy rozsznurowała się, obnażając prawie w całości jego tors. Nie czuł zimna, choć poranek był dość chłodny. Jednakże dojmująca dzikość okolicy i niesamowite widoki, jakie miał teraz przed sobą, sprawiały, że adrenalina rosła w nim z każdym pokonanym metrem. Ogrom wolnej przestrzeni dodawał mu skrzydeł. Rozległe polany usłane dziko rosnącą trawą oraz wrzosami aż prosiły się, aby zjechać na nie z twardego traktu, co wkrótce uczynił. Ani we Francji, ani w Anglii nie było takich miejsc, które miałyby, choć w połowie podobny klimat oraz perspektywę.
Pomyślał, że jeszcze tego samego dnia weźmie ze sobą człowieka, którego zabrał ze sobą w Anglii i wróci tu, aby w spokoju skrzyżować z nim szpady. Był to młody chłopak, z którym codziennie trenował. Życie, jakie wiódł, sprawiło, że nie umiał spędzić ani jednego dnia bez miecza w dłoni, a na Louisa nie mógł liczyć. Walka wdrożyła się w jego codzienność, w tym momencie już nawet nie pamiętał innych dni. Tych lepszych, które odeszły wraz ze śmiercią matki. Był to dla niego niesamowity cios, gdyż był z nią niesłychanie zżyty i gdy stawał do walki, myślał tylko o tym, że jeszcze jeden dzień, jedna bitwa, jedna potyczka i będzie mógł do niej wrócić oraz zaopiekować się nią. Walczył jak szalony mając w głowie tylko jedno, zwyciężyć i powrócić do domu. Niestety nie było to takie proste. Tygodnie zmieniały się w miesiące, a miesiące w lata.
Miał dwadzieścia lat, gdy przyszła do niego wiadomość o śmierci matki. Wtedy coś się w nim zacięło. Wychodził na pole bitwy i w każdym przeciwniku upatrywał winowajcy, który odebrał mu matkę. Zabijał jakby coś go opętało. Inni żołnierze unikali go, a i dowódcy trzymali się poniekąd z dala od niego. Po trzech latach trafił do niewoli i choć spędził tam zaledwie dwa miesiące, to do tej pory nie mógł otrząsnąć się z tych wspomnień. Każdego dnia prosił o śmierć, której nie otrzymał. Teraz miał na swym ciele wiele blizn, a one nie pozwalały mu zapomnieć o tym koszmarze. Najgorsze w tym wszystkim było to, że mając tak wiele czasu zrozumiał, że sam nie był lepszy. Brawura, odwaga, okrucieństwo. Ale jak miał się w tym odnaleźć? Przecież jedynie takie życie było mu teraz znane. Pozbawiony go, czuł się jakby czegoś mu brakowało.
Zawrócił konia i ruszył z powrotem w stronę zamku. Gdy dojechał na miejsce słońce już wzeszło, a jasne promienie odbijały się w gładkiej powierzchni jeziora. Podjechawszy do brzegu, niewiele się namyślając, zeskoczył z grzbietu konia i bez chwili wahania zdjął ubranie, a później skoczył wprost w łagodne objęcia wody. Była chłodna, wprost lodowata, lecz jedynie na początku. Gdy ciało przyzwyczaiło się do zmiany temperatury przepłynął się kawałek. To wszystko było takie różne, zarówno od nudnego dworu angielskiego, na którym spędził ostatnie tygodnie, jak i od wojskowych koszar, gdzie ciągle coś się działo. Zrelaksowany, w doskonałym humorze wrócił na zamek. Na dziedzińcu ujrzał Luthiasa, który rozmawiał z jakimś wysokim, krótko obciętym blondynem. Gdy tylko go spostrzegli, ruszyli w jego stronę.
– Twój przyjaciel markiz rozpytuje o ciebie. Obawialiśmy się żeś uciekł – usłyszał Luthiasa.
– Nigdy nie uciekam – stwierdził krótko. – A z Louisem trudno byłoby mi nawiązać przyjaźń i naszą znajomość nazwałbym raczej obowiązkiem.
– Jestem Ivar [W dosłownym tłumaczeniu – Łucznik.] – przedstawił się nieznajomy, przyglądając mu się z uwagą. – Trudno było nam się dogadać z markizem, ambasadorze – uzupełnił, a Gaston westchnął zrezygnowany. A dzień zapowiadał się tak dobrze.
– Jeżeli nie byłoby to problemem, to może zapomnijmy o tytułach i zostańmy przy imionach – zaproponował Gaston, a na twarzy Ivara zagościł szeroki uśmiech.
– Mówiłem ci, że to swój chłop? – powiedział Luthias do Ivara i poklepał Gastona po ramieniu. – Choć przyjacielu, zabierzemy cię tam, gdzie twój obowiązek nie postawi nogi.
– Brzmi interesująco – mruknął Gaston, który wolałby raczej wrócić do pokoju i przebrać się w suche ubranie, gdyż te zmoczyło się, gdy założył je od razu po wyjściu z jeziora.
Pomimo, że początkowo nie był zbyt zachwycony nieoczekiwanym zaproszeniem, to już po chwili zmienił zdanie. Mężczyźni zabrali go do jednego z pomieszczeń znajdujących się tuż przy samym murze zamkowym. Wejście do niego było dość niskie. Aby przejść przez drzwi musiał pochylić głowę. Jednak, gdy był już w środku, okazało się, że po przebyciu dość wąskiego korytarza, zeszli kilka schodków niżej i weszli do przestronnej izby, która była chyba czymś w rodzaju jadalni. Ustawiony przez środek podłużny stół miał po obu stronach podłużne ławy, na których siedziało kilku mężczyzn. Gaston dostrzegł wśród nich Angusa, który od razu podniósł się i podszedł do nich.
– Może będzie lepiej jak udasz się panie do komnat w zamku. Markiz prosił abyś dołączył do niego przy śniadaniu – powiedział, a Gaston zmarszczył z niezadowoleniem czoło. Czy nawet tu będą traktować go jak francuskiego pieska?
– Gaston właśnie przegonił swego rumaka po wrzosowisku i zaznał kąpieli w jeziorze, a teraz zapewne jest spragniony – powiedział Luthias, budząc śmiech pozostałych mężczyzny, którzy siedzieli przy stole. – Podaj piwo i strawę – zwrócił się do młodej dziewczyny, która akurat przechodziła, a później wskazał Gastonowi gestem ręki miejsce przy ławie.
Po chwili siedział już między resztą wesołych i przyjaznych Szkotów, którzy w tym momencie traktowali go jakby był jednym z nich. Dowiedział się od nich, że w tym pomieszczeniu zbierają się mężczyźni. Było jednocześnie jadalnią i bawialnią. Czuł się tam swobodnie. Nie było tej przytłaczającej dworskiej etykiety, nie było też atmosfery typowo wojskowej, za którą również zbytnio nie przepadał. Jego poprzednie plany spełzły na niczym i zamiast zabrać swego człowieka na wrzosowiska, spędził kilka godzin na placu treningowym walcząc z Ivarem i Luthiasem. Byli dobrymi wojownikami i doskonale władali mieczem, jednak nawet we dwóch nie dorównali mu kroku. Angus przyglądał się temu w milczeniu. Zaskoczony faktem, że ambasador tak dobrze radzi sobie z orężem.
Gaston walczył dwoma mieczami, były one w przeciwieństwie do przeciwników o wiele mniejsze. Szkoci mieli wielkie, ciężkie miecze, które były bardzo skuteczne jednak nieporęczne. Ciężar w jakimś stopniu spowalniał ich ruchy i krępował je. On sam, gdy chodziło o walkę, zachowywał się w tym względzie zawsze nierozważnie i nawet podczas bitew nie nakładał na siebie całej zbroi. Jedynie najbardziej istotne rzeczy. Napierśnik i naramiennik były konieczne. Również rękawice. Lecz po za tym nie wdziewał niczego więcej, nie chcąc, aby cokolwiek dodatkowo ograniczało jego ruchy. Natomiast Szkoci mieli na sobie sporo żelaza i oprócz tego jakieś skóry. Byli to z reguły silni, wielcy i zręczni mężczyźni. Gaston najlepiej czuł się mając jak największą swobodę ruchu i nigdy nie przejmował się z ryzykiem. Nie miał celu w życiu, nie musiał dbać o nic, najmniej o siebie samego.
Gdy zmęczony podszedł do ogrodzenia, przy którym stał Angus, podeszła do nich jedna z dziewek kuchennych, która przyniosła wiadra z wodą. Gaston wziął od niej jedno z nich i wylał sobie na głowę całą jego zawartość.
– Ty na pewno jesteś ambasadorem? – zapytał w pewnym momencie Ivar, który właśnie do nich podszedł i podniósł drugie wiadro, które po chwili również było już puste.
Był zaskoczony tym, że utytułowany człowiek nie okazał się typem zniewieściałego idioty i wydawał się być jednym z nich. Walczył doskonale i był dobrym kompanem, który w przeciwieństwie do wyperfumowanego markiza, z którym przybył, nie obawiał się pobrudzić. Nie tego się spodziewali. Teoretycznie wiadomość o tym, że przybędzie na zamek jakiś markiz z ambasadorem Francji, przyjęli z niechęcią. Okazało się, że przynajmniej jeden z nich pozytywnie ich zaskoczył.
– Nigdy nie jest się tym, kim chce się być – odpowiedział dyplomatycznie Gaston, zastawiając się czy mężczyzna nie domyślił się, kim tak naprawdę jest. – Skąd to pytanie?
– Bez obrazy przyjacielu, ale nie pasujesz na jakiegoś wymuskanego paniczyka – powiedział Luthias i głośno się roześmiał, co Gaston przyjął z ulgą. – Widziałbym cię raczej na froncie. Walczysz niczym żołnierz.
– Może dlatego, że od dziewięciu lat nie schodzę z pola bitwy – powiedział odruchowo i pomyślał, że być może za daleko się posunął i nie powinien udzielać mu aż takich szczegółowych informacji. – Tytuły przyznano mi niespodziewanie, kilka tygodni temu i prawdę mówiąc nie jestem z tego powodu szczęśliwy – uzupełnił.
Nie chciał tłumaczyć, jakie tytuły i wdawać się w szczegóły. Prawdę mówiąc, w tym momencie temat był dość niepewny. Nie zamierzał ich oszukiwać, więc gdyby padło konkretne pytanie, to on udzieliłby prawdziwej odpowiedzi. Do tej pory udawało mu się ze wszystkiego jakoś wybrnąć, ale ile można chodzić opłotkami? Na szczęście z pomocą przyszła mu poznana poprzedniego wieczora dziewczyna, która zawołała ich na posiłek. Udali się w to samo miejsce, a on po raz kolejny zignorował prośby markiza, który bezskutecznie próbował się z nim jakoś skontaktować. Gaston unikał go, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że Louis prawdopodobnie będzie chciał rozmawiać o nieoczekiwanej zamianie miejsc, a ten temat nie był mu miły.
Był zaskoczony zachowaniem dziewczyny, która próbowała z nim flirtować. Podejrzewał, że ma takie usposobienie i w obecności markiza będzie bardziej powściągliwa. Nie mniej jednak w tym momencie przechodząc obok, za każdym razem, niby przypadkiem, ocierała się o niego i gdy tylko udało się jej, to ściągała spojrzeniem jego wzrok, czerwieniąc się przy tym, choć on zdawał sobie sprawę z tego, że to jedynie kokieteria i zwyczajne sztuczki, z którymi już nie raz miał do czynienia. Po chwili dołączyła do nich jeszcze jedna dziewczyna i Gaston dowiedział się od siedzącego obok, Luthiasa, że jest to siostra Rhony, Sohra [W dosłownym tłumaczeniu – Jasna, promienna.]. Zamieszkały na zamku wraz ze swym bratem Dorrellem po śmierci swych rodziców, którzy zginęli, gdy byli jeszcze dziećmi. Vanora była ich kuzynką. Sohra w przeciwieństwie do siostry była nieśmiałą i dość lękliwą dziewczyną, która gdy tylko napotkała jego spojrzenie, uciekała wzrokiem, kompletnie zawstydzona. Zarówno usposobienie jak i wygląd różniły je diametralnie. Sorha była rok starsza od Rhony. Niska i dość pulchna. Miała pyzatą zarumieniona twarz i duże niebieskie oczy. Długie, blond włosy nakryte miała chustą, spod której wystawał gruby warkocz. Wraz z siostrą nakrywała do stołu. Luthias ujrzał jej zawstydzenie i gdy przechodziła obok nich, złapał ją za rękę i przyciągnął, a później wstał i ująwszy w pasie podniósł i posadził na ławie między sobą, a Gastonem. Dziewczyna od razu zesztywniała i wstrzymała oddech. Kompletnie zawstydzona. Na ten widok Luthias złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, co sprawiło, że nieco się rozluźniła.
– Nie lękaj się – powiedział i skinął na Gastona. – On tylko tak wygląda, w rzeczywistości nie gryzie – Te słowa sprawiły, że dziewczyna parsknęła śmiechem, ale za moment zakryła usta i popatrzyła spłoszona na Gastona.
– Proszę mi wybaczyć panie ambasado…
– Mam na imię Gaston – przerwał jej zanim zdążyła skończyć. – Luthias zapomniał dodać, że gryzę jedynie, gdy ktoś zwraca się do mnie ambasadorze – stwierdził puszczając do niej oczko, a ona roześmiała się, lecz ujrzawszy karcący wzrok siostry, zamilkła.
– Zmykaj zanim ta jędza cię dopadnie – szepnął konspiracyjnie Luthias, a na głos dodał. – A gdyby przyszło jej do głowy uprzykrzanie ci życia, to nieco smalcu ponownie dostanie się w jej idealne kołtuny.
Na te słowa Rhona odwróciła się na pięcie i wzburzona wyszła.
– Będę miała przez ciebie problemy – szepnęła Sohra ze śmiechem.
– Dobrze wiesz, że nie – stwierdził, uśmiechając się szeroko. – Nie zaryzykuje przecież swego wizerunku podczas wizyty markiza – To mówiąc odeszła chichocząc.
– Sympatyczna – stwierdził wymownie Gaston, a Luthias zmarszczył groźnie czoło.
– Jeżeli przyjdzie ci do głowy zbałamucić Sorhę, to ostrzegam, że nie pozwolę jej skrzywdzić – powiedział, a Gaston o mało nie parsknął śmiechem.
– Bez obawy. Twojej dziewczynie nic z mej strony nie grozi – oświadczył.
– Mojej dziewczynie? – zdziwił się Luthias.
– Czy ona nie jest twoją…
– Sohra jest dla mnie jak młodsza siostra – powiedział chłopak i roześmiał się głośno. – Nie jesteśmy parą – dokończył.
Gaston był trochę zaskoczony. Prawdę mówiąc podejrzewał, że coś między nimi jest. Dziewczyna była wyraźnie zauroczona chłopakiem i nawet, gdy krzątała się przy stole, to dość często na niego zerkała. Zachowanie Luthiasa… cóż, faktycznie było w tym coś braterskiego. Choć początkowo Gaston był pewien, że łączy ich coś więcej. Nawet zdziwiło go to, ponieważ chłopak aż kipiał entuzjazmem i wigorem, podczas gdy dziewczyna była cicha i zakompleksiona przy pięknej siostrze. Luthias był przystojny i podobał się każdej kobiecie, a Sohra nie należała do urodziwych.
Rozmyślania Gastona przerwał hałas, który dobiegł od strony wejścia i po jakimś czasie do pomieszczenia wszedł nieznany mu dotąd mężczyzna. Był dość niski i krepy. Widząc Gastona trochę się zdziwił. Przedstawił się, jako Gillis [W dosłownym tłumaczeniu – Sługa Jezusa].
– Vanora jest z tobą? – Padło pytanie, które zadał Luthias, a Gaston ciekawie zerknął na przybyłego.
– Gdzie Angus? – Gillis odpowiedział pytaniem na pytanie, co sprawiło, że wszystkie głowy skierowały się w jego stronę.
– Jest ranna? – zapytał młody chłopak, który gwałtownie poderwał się z miejsca, a na jego twarzy pojawił się niepokój.
Gaston nie kojarzył jeszcze wszystkich imion, gdyż brzmiały dla niego dziwnie oraz obco, ale tego chłopaka zapamiętał, jako Govana [W dosłownym tłumaczeniu – Kowal.]. Młody, wysoki brunet z długimi, czarnymi włosami.
– Dostała strzałą. Ale ledwie draśnięta – odparł Gillis z pewną dozą obojętności i zasiadł przy stole. Po chwili dostał kufel piwa, który błyskawicznie opróżnił. – Lepiej nic nie mówcie Angusowi. Niech sama się tłumaczy. Ja nie mam zamiaru wysłuchiwać jego nagan.
Gaston patrzył na nich zdziwiony. Właśnie przed momentem otrzymali informację, że dziewczyna została ranna, a nikogo, oprócz Govana, to nie obeszło. Co z nimi było nie tak?
– Czy nie potrzeba udzielić jej pomocy? – zapytał sprawiając, że wszystkie spojrzenia padły na niego, a później rozległ się gromki śmiech.
– Vanora rzadko kiedy potrzebuje pomocy – usłyszał wesoły głos Luthiasa.
– Ale gdzie ją raniono, czy nie trzeba po nią jechać? – dociekał.
– Były niesnaski w kilku zagrodach, pojechaliśmy zrobić z tym porządek. Okazało się, że mieli więcej ludzi niż założyliśmy. Ale bez obawy, strzała ledwie ją drasnęła w ramię, to nic poważnego – stwierdził Gillis.
– Jest u ojca? – zapytał Ivar.
– Jeszcze nie wróciła. Przybędą w nocy. Carney [W dosłownym tłumaczeniu – Skalista wyspa (walijskie)] miał jakąś sprawę, a ona ruszyła z nim.
– Sprawy Carneya zaczynają mnie denerwować – powiedział Govan i ze złością uderzył pięścią w stół. – Przez niego Vanora zawsze ma problemy.
– Spokojnie chłopcze – usłyszeli Ivara. – Znajdziesz inną. A Vanora nie ma problemów przez Carneya, ponieważ z reguły to my mamy je przez nią.
– Nie chcę innej – mruknął i wyszedł trzaskaj drzwiami. Tuż za nim udał się Ivar.
– Kocha się w niej – skwitował krótko Luthias.
– A ona? – zapytał Gaston, coraz bardziej zaintrygowany.
– Ona nawet nie ma o tym pojęcia. I dobrze. Może tak nie wygląda, ale Govan to wrażliwy chłopak, a Vanora zmasakrowałaby go – oświadczył.
– Zmasakrowała? – zdziwił się Gaston.
– Wiem co mówię. Dorastaliśmy razem i jest moją najlepszą przyjaciółką. Zresztą, nie ma co o tym prawić, gdy ją poznasz, to sam zrozumiesz – oświadczył, zamykając temat.
Resztę dnia spędzili na rozmowach i prawdę mówiąc Gaston poczuł się wśród nich jak nie czuł się od bardzo dawna. Ci ludzie potraktowali go jak zwykłego człowieka i zaakceptowali między sobą. 
Wieczerza, która miała odbyć się wieczorem, została przełożona na następny dzień. Po części spowodowane było to złym samopoczucie Ronana MacCalluma, lecz nieobecność przyszłej panny młodej była prawdopodobnie jedną z głównych przyczyn. Gaston przyjął to z radością. Nieprzespana noc po dość meczącej podróży i pełen emocji dzień, sprawiły, że czuł się naprawdę wyczerpany.
Kolejnego dnia ponownie wypuścił się konno na krótka przejażdżkę i powtórzył przygodę z jeziorem. Gdy powrócił nie zastał nikogo na dziedzińcu. Lecz bez chwili wahania udał się do pomieszczenia gdzie byli prawie wszyscy poznani dzień wcześniej mężczyzni, którzy teraz powitali go z radością.
– Miałem nadzieję, że do nas przyjdziesz – usłyszał Luthiasa.
Zdążył go polubić, choć znał go przecież bardzo krótko. Nie miał nigdy przyjaciela, gdyż unikał zażyłych znajomości. Mężczyźni, których znał, ginęli zanim zdążył się z którymkolwiek zżyć. Po jakimś czasie dał sobie spokój.
– Mam wrażenie, że jeszcze kilka dni i markiz zniesie jajko – stwierdził Ivar, a Gaston zaskoczony spojrzał w jego stronę, myśląc w pierwszej chwili, że mowa o nim, lecz szybko zorientował się, iż chodziło o Luisa.
– Prawdopodobnie nie może doczekać się aż pozna pannę – oznajmił Gaston.
– Jeżeli gustuje w dworskich ślicznotkach, to na widok naszej Vanory bardzo szybko podkuli ogonek – powiedział Angus i roześmiał się gromko, po chwili dołączyło do niego kilka głosów.
Gaston przyglądał się im zaciekawiony, lecz nic się nie odezwał. Ta cała Vanora MacCallum zaczynała coraz bardziej go intrygować. Czyżby wychwalanie jej urody było jedynie zachętą? Znając króla Jakuba i cały dwór, wydawało się to być bardzo prawdopodobne. Jeżeli chodzi o Louisa, to wziąłby prawdopodobnie za żonę nawet szpetną Szkotkę, gdyby wizja majętności była korzystna.
On sam osobiście nigdy nie zwracał uwagi na wygląd. Może po części powodem był fakt, że nigdy nie patrzył na kobiety pod kątem przyszłego związku. Miał wiele kochanek, lecz zawsze sprawa była jasna. Jedna noc, nic więcej. Obie strony były tego świadome i nic nie podlegało dyskusji. Gdy widział, że jakakolwiek kobieta liczy na coś więcej, bezwiednie wycofywał się z takiej znajomości. I tak było dobrze. Takie było życie wojownika i jemu to bardzo odpowiadały. Kobiety, które przewijały się przez jego łóżko bywały urodziwe, choć tak naprawdę nie było to podstawą tego, czego szukał i gdyby miał szczerze przyznać, to sam nie wiedział, czego szukał i czy w ogóle czegokolwiek szukał. Jako zwykły, szary człowiek, miał wybór i mógł kierować się miłością. Jako koronowany władca, będzie miał ograniczony wybór, a być może nie będzie go miał wcale. Znane mu były związki gdzie trzynastolatek żenił się z kobietą w podeszłym wieku. Czasem bywało tak, że podstarzałem królowi trafiała się mała dziewczynka i nie było wtedy słodko ani delikatnie. Bycie władcą tylko z nazwy brzmiało ciekawie. Nigdy nie myślał o przyszłej żonie. Fizyczne spełnienie było do tej pory jedynym, czego potrzebował. Jednak gdyby miał wybór, to chciałby pojąć za żonę kobietę, która byłaby przede wszystkim interesującą osobą, ciekawym rozmówcą i dobrym przyjacielem.
– Gdy pojawi się tu Blane MacLeod, to nikt nie będzie miał już nic do gadania – powiedział siedzący tuż za nim Luthas, a on spojrzał na niego pytającym wzrokiem.
– Kim jest Blane MacLeod? – Zadając to pytanie nie zdawał sobie sprawy z tego, że w przyszłości człowiek ten nie raz stanie mu na drodze.
– To naczelnik klanu MacLeod. Jeżeli zdecyduje się poślubić Vanorę, to stary Ronan bez wahania da mu swą córkę za żonę.
– Chyba dziewczyna powinna mieć w tym temacie cokolwiek do powiedzenia – powiedział bez przekonania Gaston, zdając sobie sprawę z tego, że słowo, powinna, było bardzo właściwe, lecz niestety mało prawdopodobne w tym przypadku.
– Naczelnikiem klanu MacCallum powinien być MacCallum, a nie jakiś markiz albo nawet MacLeod – mruknął siedzący naprzeciw Gastona Angus. – Wybacz przyjacielu, ale twój towarzysz nadawałby się bardziej do opróżniania nocników, niż na naczelnika klanu. A mężem Vanory nie zostanie choćby i próbował. Przekona się o tym, gdy tylko ją pozna – oświadczył zdecydowanie.
– Jeżeli stary Ronan zdecyduje…
– Jeżeli markiz bliżej pozna Vanorę, to sam pospiesznie wycofa się ze swych planów.
– Plany Louisa opierają się w głównej mierze na postanowieniach króla Jakuba – powiedział z przekąsem Gaston.
– Wierz mi przyjacielu, nawet twój król Jakub nie jest tak przekonujący jak nasza Vanora – oświadczył, a siedzący obok młody chłopak parsknął śmiechem.
– Z dwojga złego wolałbym jednak żeby to Blane został naczelnikiem – powiedział po chwili Ivar, który do tej pory siedział cicho. – Chyba, że chciałbyś, aby rządy objął Ervin  [W dosłownym tłumaczeniu – Piękny.] – stwierdził krótko i zapadło milczenie.
– Kim jest Ervin – Gaston był coraz ciekawszy koligacji, których do końca jeszcze nie rozumiał.
– To starszy brat Vanory – mruknął Angus.
– Czy nie ma zatem prawa dziedziczenia? – zapytał.
– Jeżeli uważasz, że gnida wychowana na angielskim dworze, która miecz nosi jedynie dla ozdoby i nie potrafi nawet poprawnie utrzymać go w dłoni, nadaje się na naczelnika, to zapewne jakaś prawda w tym jest. Ale u nas prawo dziedziczenia działa trochę inaczej – powiedział Luthias jednym tchem.
– Miarkuj się chłopcze – zgromił go Angus, wpatrując się w niego ze złością.
– Może nie mam racji? – drążył.
– Rację nie zawsze trzeba tak głośno wyrażać – mruknął, a później zwrócił się do Gastona. – Ervin wraz z matką mieszkał w Anglii, dopóki ta suka nie zmarła i… – przerwał słysząc głośny śmiech zgromadzonych. – Chciałem powiedzieć kobieta – uzupełnił.
– Po śmierci matki wrócił. Jakieś dwa lata temu, gdy tylko zorientował się, że Ronan nie porządzi już długo – dodał z goryczą Luthias.
– Zaczynam co nieco rozumieć, choć nadal nie mam pełnego obrazu – powiedział Gaston, licząc na dalsze wyjaśnienia.
– Gdy Vanora miała osiem lat najechał nas klan MacAulayów. Atak był niespodziewany. Zginęło wtedy wielu naszych. Ronan stracił trzech synów. Firth [W dosłownym tłumaczeniu – Ramię morza.] i Douglas polegli w walce. Buchanan [W dosłownym tłumaczeniu – Młody jeleń.] był ranny, ale i on nie przeżył. Zmarł po tygodniu. Gdyby nie przybył nam z pomocą klan MacLeod, zginęliby wszyscy. Gdy tylko atak został odparty i niebezpieczeństwo zażegnane, żona Ronana zabrała Ervina i wyjechała. Zawsze faworyzowała tego małego skurczybyka.
– Czy nie powiedziałeś, że jej syn Buchanan walczył o życie przez tydzień? – zapytał Gaston, któremu nie mieściło się w głowie to, że matka mogła zostawić umierające dziecko, nawet gdyby był to już dorosły człowiek.
– Tak właśnie było. Zabrała Ervina i wyniosła się stąd gdzie pieprz rośnie. Mała Vanora jednego dnia straciła wszystkich. Pozostał jej jedynie ojciec, który od czasu walki niedomaga. Zadano mu wiele ran, ale to silny człowiek, przeżył i uporał się z tragedią, jaka go spotkała – powiedział Angus z mocą w głosie.
Gaston widział, że jest to mężny, godny szacunku człowiek, który oddany jest swemu władcy. Chłodne obejście w żaden sposób nie ukrywało tych znamienitych cech. Obraz, jaki mu właśnie zarysowano, nie wyglądał szczęśliwie. Również historia Vanory kryła w sobie tragedię.
– Gdyby nie stary MacLeod, to nikt nie uszedłby z życiem – powiedział z westchnieniem Luthias, a Gaston spojrzał na niego zdezorientowany.
– MacLeod? – To nazwisko przewinęło się już w temacie Vanory.
Jeżeli przybył im z pomocą, gdy dziewczyna miała osiem lat, a był już wtedy stary, to kwestia zamążpójścia Vanory faktycznie wyglądała bardzo nieciekawie.
– Edan, ojciec Blane’a – usłyszał i w jakiś sposób odetchnął z ulgą. Dziewczyna i tak przeżyła niejedną tragedię. Małżeństwo ze starcem, byłoby z pewnością kolejną. – Dlatego Ronan tak przychylny jest temu ożenkowi. Co by nie patrzeć, Blane to człowiek dzielny i waleczny.
– I mawiają o nim Zwierz – przerwał Govan z goryczą w głosie.
Gaston zaobserwował, że chłopak za każdym razem ożywia się słysząc imię dziewczyny i coraz bardziej było mu go żal.
– Jeżeli stary Ronan tak zdecyduje, to tak się stanie, a Vanora poradzi sobie nawet z... – zaczął Ivar, ale nagle ujrzał coś i gwałtownie podniósł się z krzesła, które zaraz się wywróciło, robiąc przy tym potworny hałas. Gaston podążył za jego wzrokiem i ujrzał stojącą w progu dziewczynę.
– Tak Ivar, zaspokój mą ciekawość, z czym poradzi sobie Vanora? – Mówiąc to, weszła do pomieszczenia. Po drodze kopnęła w wiadro z pomyjami, z którego wylała się cała zawartość, a następnie spojrzawszy na jednego ze służących, warknęła. – Szoruj to, ale już!
– Vanora! Co ty wyczyniasz? – wykrzyknął Angus, próbując przywołać ją do porządku, ale miał chyba niewielkie szanse na powodzenie. – Czym ci on zawinił dziewczyno? – zapytał, kręcąc z niezadowoleniem głową.
– Złapałam go w stajni, na dziewce kuchennej – powiedziała, wpatrując się groźnie w szorującego podłogę chłopaka. – Lecz tylko on chciał się zabawić, dziewczyna nie była chętna. Zatem niech teraz zabawia się z podłogą. Na drugi raz go wykastruję.
– Gdzie byłaś? – zapytał raźnie Luthias, którego ucieszył widok dziewczyny. – Myślałem, że wróciliście w nocy.
– Na polowaniu – stwierdziła i rzuciła na stół dwa martwe zające, których tylnie łapy związane były rzemieniami.
Zdjęła przewieszony przez plecy kołczan ze strzałami i obróciła się w stronę Gastona, który wpatrywał się w nią zaskoczony.
– Ktoś ty? – warknęła mrużąc groźnie oczy. – Mów. Natychmiast!
I to były właśnie takie momenty, gdy zdarzało mu się zaniemówić. Wpatrując się w dziewczynę, pomyślał, że faktycznie Louis będzie miał teraz ciężki orzech do zgryzienia. I król raczej mu w tym nie pomoże.


Szła zupełnie rozbita. Miała w sobie bardzo dużo sprzecznych emocji. Niby docierało już do niej, że jakimś cudem przeniosła się w czasie, ale nadal nie mogła w to uwierzyć. To działało niczym mechanizm samowyparcia. Widzisz coś, dotykasz tego, ale nie chcesz tego i próbujesz sobie w mówić, że tego niema, szukasz różnych powodów żeby udowodnić sobie, że wzrok, słuch i wszystkie inne zmysły, które wrzeszczą do ciebie, że to coś jest realne, mylą się.
– Świeże powietrze dobrze ci zrobi Brice – usłyszała zatroskany głos Uny i otrząsnęła się z zamyślenia.
– Tak – szepnęła, choć wewnątrz wrzeszczała, że nic jej teraz nie zrobi dobrze, chyba, że zamknie oczy i gdy je otworzy, to ponownie będzie w Nowym Jorku, w swym luksusowym lofcie, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni i jakąś nastrojową muzyką sącząca się w tle.
Licząc na cud naiwnie zamknęła oczy, ale zamiast cudu zaliczyła upadek, gdy długa, bezkształtna sukienka, jaką dostała od Uny, zaplątała się w jej nogi. Gdy otworzyła oczy nie była w swym lofcie, ale kilka metrów przed zamkiem na jakimś udeptanym trakcie, w dłoni nie trzymała kieliszka z winem, lecz materiał sukienki, a w tle słyszała jedynie rechot jakiejś starej baby.
– Pewnie kolejna nastolatka – mruknęła, patrząc na nią ze złością, co sprawiło, że kobieta pośpiesznie odwróciła się w drugą stronę.
Miała ochotę wrzeszczeć. Czuła się jak małe dziecko, zagubione w wielkim świecie dorosłych, wśród obcych, szukające swych rodziców. Jeszcze przed chwilą, w objęciach tego złośliwego capa, wcale nie czuła się aż taka zagubiona. Prawdę mówiąc czuła się nawet bardzo odnaleziona. Jezu, jak ten facet na nią działał. Co takiego w sobie miał, że nie umiała przy nim normalnie myśleć?
– Prymitywny, wrzeszczący dzikus – mruknęła ze złością i ujrzała jak Una spogląda na nią z niepokojem.
– Dobrze się czujesz? – zapytała, a ona miała ochotę wrzeszczeć, że nie, nie czuje się dobrze.
– Tak – powiedziała krótko, starając się uspokoić. Jak teraz miała wrócić do domu? Przecież musiała wrócić. Nie mogła utknąć w cholernym średniowieczu. – Kurwa – syknęła. Musiała się uspokoić zanim nie wpędzi tej kobiety w nerwicę.
– Jeżeli chcesz, to możemy wrócić. Położysz się i prześpisz – zaproponowała, a Brice zadrżała na myśl o łóżku i tym, co jeszcze przed chwilą się tam działo.
– Wszystko w porządku, Una – bąknęła pod nosem.
– Coś ci zrobił? – zapytała w pewnym momencie kobieta.
– Ale że kto? – zdziwiła się Brice.
– Podły człowiek, jak Bóg mi świadkiem, są chwile, gdy mam ochotę wziąć kija i nabić mu trochę rozumu do tej niemądrej głowy – powiedziała gwałtownie kobieta, a Brice przystanęła. O czym ona mówiła?
– Nie wiem, o co chodzi, ale jakby co, to ja niczego nie zrobiłam. Niczego nie widziałam i o niczym nie mam pojęcia – wypaliła jednym tchem.
– Chyba cię znów nie pobił? – usłyszała Unę i coś zaczynało jej świtać.
– Blane? – zapytała, a widząc jak kobieta przytaknęła, przeszły ją dreszcze. O nie, to, co jej robił, a właściwie dopiero zaczynał, tego nie można było nazwać pobiciem. – Spaliśmy – oświadczyła i spojrzawszy na kobietę zastanowiła się czy nie widziała czegoś więcej. – Tylko spaliśmy – zapewniła, a widząc, że kobieta chce coś powiedzieć, nie dała jej dojść do słowa. – Gdzie my właściwie idziemy? – zapytała wymijająco.
W zasadzie nie miała zielonego pojęcia gdzie prowadzi ją Una. Gdy zeszła na dół, kazali jej założyć tą niewygodna sukienkę, która dosłownie ciągnęła się po ziemi, a rękawy musiała podwinąć, gdyż były sporo za duże. Na jej nogach pojawiły się trepy, które ważyły po kilka kilogramów każdy, bynajmniej takie miała wrażenie za każdym razem, gdy tylko unosiła nogę. Odkąd zeszła na dół nie widziała więcej Blane’a, który został na górze. Wydał dyspozycje, aby dać jej ubranie i obuwie zanim czegoś jej nie kupi – boże, to się dzieje naprawdę, pomyślała.
– Do Calda house – usłyszała kobietę i spojrzała na nią pytającym wzrokiem.
– Calda co? – zapytała, a Una roześmiała się głośno i wskazała dłonią ogromny budynek oddalony jakieś trzysta metrów od nich.
– To dom gdzie mieszkają…
– Kto? – przerwała jej, wpatrując się w kilkupiętrową budowlę.
– Ludzie z klanu MacLeod – powiedziała po krótkiej chwili Una.
Przez chwilę nie wiedziała, co jej odpowiedzieć, bo przecież wyliczanie wszystkich domowników byłoby bezsensowne. Brice nikogo nie znała, a ludzi było jak mrówek. Mieszkały tam całe rodziny. Ale jak mogła ich określić. Byli przecież zarówno poddanym Blane’a, jak i poniekąd rodziną. Pomyślała, że może nie powinna na razie bardziej mieszać w głowie tej dziewczynie. Pochodziła z innego kraju, wszystko, co tutejsze, mogło wydawać jej się dziwne.
– Po co tam idziemy? – zapytała już spokojnie Brice, która zaczynała rozglądać się wokoło, ze spokojem chłonąc niesamowitą perspektywę, jaką miała przed sobą.
Pamiętała swą reakcję na widok jeziora i krajobrazu, lecz w tym momencie mając je dosłownie przed nosem, gdyż szły blisko brzegu, czuła jakiś rozrywający jej pierś zachwyt. Odetchnęła głęboko powietrzem, wpatrując się w postrzępione, groźnie wyglądające skały leżące przy brzegu. Tu było niesamowicie. Sam ten widok wprowadzał w nią jakiś przedziwny spokój.
– Blane posłał kogoś do Bradany, ma naszykować kilka rzeczy dla ciebie – powiedziała Una, a Brice odwróciła się do niej gwałtownie. Blane?
– Kim jest Bradana? – zapytała, a Una westchnęła. Powinna przecież spodziewać się takiego pytania.
– To żona Eiliga – oświadczyła.
– Eiliga? – No tak, to nie mogło być proste.
Pomyślała, że powinna dowiedzieć się jak najwięcej od Uny, gdyż z nią, w przeciwieństwie do Blane’a, potrafiła się normalnie porozumieć.
Gdy po mniej więcej pół godzinie doszły na miejsce, Brice miała w głowie pełno imion z różnego rodzaju informacjami, kto jest kim. Wszystko jej wirowało. Bothana i Tormoda już znała, ale reszta tych ludzi była jej obca. Ona była im również zupełnie nieznana, co odczuła zaraz po wejściu do budynku. Widząc spoglądające na nią ciekawie spojrzenia zebranych na dole kobiet pomyślała, że nie zeszły na dół przypadkowo. Wzbudziła sporo emocji. Starsze z nich przyglądały się jej uważnie, a te młodsze jedynie zerkały, udając, że przez przypadek, a później szeptały coś sobie do uszu. Brice przyjrzała się im i pomyślała, że idąc tokiem myślenia za tym, co dziś ujrzała to przy szczerbatej nastolatka one byłyby prawdopodobnie przedszkolakami.
Nie umiała się do tego przyzwyczaić. Do ich ubioru, fryzur i wystroju pomieszczeń. Ta przerażająca prawda z każdą chwilą ponownie do niej docierała, po raz kolejny budząc w niej histerię. Za każdym razem próbowała się uspokoić, ale jak można było się w takiej sytuacji uspokoić? Zaczęła przywoływać w myślach jakieś filmy i powieści o podobnej tematyce i nagle poczuła pustkę. Była pewna, że czytała, że oglądała, a może nawet słuchała, ale w tym momencie niczego nie potrafiła odszukać. Zresztą półtorej godziny filmu nie mogło równać się z prawie dobą, którą tu spędziła. Nie mogła tak po prostu przyzwyczaić się i zaakceptować tego, że znalazła się w takiej sytuacji. Drastycznie, gwałtownie, nieoczekiwanie i chyba nawet boleśnie. Może była szalona, może miała nierówno pod sufitem, ale nie umiała się z tą myślą oswoić. Co miała zrobić żeby nie wpadać na każdym kroku w panikę, widząc wokoło tych dziwnych ludzi? Brak cywilizacji aż krzyczał na każdym kroku.
– Witaj Una – usłyszała za sobą damski głos i odwróciwszy się ujrzała schodzącą ze schodów kobietę.
Miała około pięćdziesięciu lat i była trochę młodsza od Uny. Dość pulchna i niska, bardzo przeciętna na twarzy, jeżeli nie liczyć ogromnie przyjaznego uśmiechu, którego po prostu nie można byłoby nie odwzajemnić.
– Witaj Bradano – usłyszała głos Uny.
Kobieta podeszła do nich i ująwszy Brice za ręce, przyglądała jej się mając na twarzy ten niesamowicie sympatyczny uśmiech.
– Czy już dobrze się czujesz? – zapytała, kierując swe słowa do Brice, na co ona sama westchnęła głośno.
– No tak, byłam w niewoli i oswobodził mnie rycerz na białym koniu – mruknęła bezwiednie i ujrzała na twarzy kobiety zaskoczenie.
– Byłaś w niewoli? – zapytała.
– Nie. Ale wyobraź sobie ten nawiedzony debil chodzi i każdemu rozpowiada takie brednie – powiedziała głosem, w którym wyczuwało się nutę żalu.
– Nawiedzony debil? – Kobieta była coraz bardziej zdezorientowana.
Ocho, chyba nieco przesadziła. Przecież Blane był tym jakimś naczelnikiem, więc tak jakby ich wodzem. Jezu, zwariuję – pomyślała i uśmiechnęła się. Trzeba było wystosować jakieś sprostowanie.
– Spokojnie. Miałam na myśli, że to zacny człowiek – stwierdziła, a w myślach pociągnęła swój wywód nieco bardziej drastycznie.
– Ale o kim ty mówisz dziecko? – Nieznajoma była zaintrygowana, lecz z jej twarzy nie schodził uśmiech, co dodawał Brice otuchy. W głosie kobiety było tak wiele pozytywnych emocji, że robiło jej się ciepło na sercu.
– Mam na myśli Blane’a. Podaje sprzeczne z prawdą informacje, a co za tym idzie, wszyscy dostają na dzień dobry komunikat, że trzymano mnie w jakimś niecywilizowanym więzieniu – oświadczyła jednym tchem, a później dotarło do niej, że może powinna wyjaśnić jej trochę prostszymi słowami. – Zaszło nieporozumienie. Blane myśli, że trzymano mnie w niewoli, ale to pomyłka – Jaśniej już nie umiała.
Zaczynała tracić grunt pod nogami, a na domiar złego pozostałe kobiety zaczęły podchodzić do nich, jedna za drugą, ośmielone oraz zainteresowane rozmową, jaka toczyła się między nią, a Bradaną.
– Pochodzi z Francji – powiedziała w pewnym momencie Una, a Brice zacisnęła zęby ze złością.
– Zabiję tego skurwiela – mruknęła pod nosem, choć wiedziała, że w tym wypadku jest to jakieś wytłumaczenie, gdyż jako cudzoziemka mogła mówić w sposób, który nie był zrozumiały dla zgromadzonych kobiet, a przecież gadała teraz jak potłuczona.
W tym momencie usłyszała za sobą jakiś hałas i po chwili miało miejsce coś, co sprawiło, że zalała ją gorąca krew. Ktoś najzwyczajniej w świecie podszedł do niej i klepnął ją w tyłek.
– Toż to nasza francuska kocica – usłyszała i odwróciwszy się z impetem, ujrzała stojącego tuż za nią młodego chłopaka. – Jestem Morven – powiedział, bezczelnie się do niej uśmiechając, długowłosy blondyn, który nie spodziewał się takiej odpowiedzi, jaką dla niego przygotowała.
– Mam w dupie to, kim jesteś! – wrzasnęła. – Możesz byś nawet śpiącą królewną! Ale…
– Prawdziwa z ciebie…
– Nie przerywaj mi! I zrób tak jeszcze choć jeden raz, a uwierz mi zabiję cię śmieciu i rozgniotę jak karalucha!
– Jak? – doszły do niej słowa Blane’a, który właśnie wchodził do pomieszczenia wraz z Tormodem i Bothanem.
– Jeżeli powiesz mu prawdę, to nie będziesz musiała się fatygować, ponieważ on sam zrobi to za ciebie, pani – usłyszała głos Bothana, który zorientowawszy się w sytuacji, podszedł do niej pospiesznie, zostawiając Blane’a wpatrzonego w Morvena z wściekłością.
Ujrzała na twarzy zebranych niepokój, a kilka dziewcząt uciekło na górę. Nawet na twarzy Bradany widziała lęk. Morven wyglądał jakby połknął kij od szczotki. Zorientowała się, że wdepnęła w jakąś minę. Ale co teraz miała zrobić? Przez chwilę poczuła chęć, aby wszystko mu powiedzieć i ukarać tego bezczelnego, zbyt pewnego siebie Szkota. Lecz mając w pamięci, z jaką łatwością Blane jeszcze kilka godzin temu zabijał, stwierdziła, że nie powinna robić tu tym ludziom bałaganu. Bradana raczej nie byłaby zachwycona, Una pewnie też nie. Blane widząc, że niczego nie wskóra u chłopaka, który stał milcząc, przeniósł spojrzenie na Brice, a ona pospiesznie spojrzała w sufit. Był cholernie wysoki. Powinnam jeszcze zacząć gwizdać – pomyślała.
– Jak? – wysyczał wściekle, a ona poczuła złość.
– Co jak? – powiedziała z lekką irytacją, zastanawiając się, co teraz zrobić.
– Jak powiedział? – usłyszała jego chłodny głos i poczuła mrowienie na karku.
Jezu, nie teraz. Czemu on nieodmiennie doprowadzał ją do wrzenia, nawet w takich sytuacjach jak ta?
– Ale co dokładnie masz na myśli? – zapytała głupio, a ujrzawszy jak jego górna warga unosi się w znajomy sposób, westchnęła.
– Nie mów do mnie w taki sposób – warknął i podszedł do niej.
– To może chcesz żeby mówiła po francusku, co? – wrzasnęła, a on złapał ją za łokieć i gwałtownie do siebie przyciągnął. – Skurwiel!
Była tak rozdrażniona, że zaledwie resztką sił powstrzymywała się żeby nie rozorać mu drugiego policzka. Ujrzała jak Blane zerknął na stojących obok niego Bothana i Tormoda, który próbował coś powiedzieć, lecz ubiegł go.
– Bez obawy Tormodzie. To po francusku znaczy, że jestem sprawiedliwy i mądry – oświadczył, a ona chcąc nie chcąc parsknęła śmiechem, a później zaczęła udawać, że się zachłysnęła.
– O tak, żebyś wiedział – mruknęła i ujrzała jak wpatruje się w nią wzrokiem pełnym pasji.
Mała ochotę wrzeszczeć na niego, ubliżać mu i w niczym się nie ograniczać. Powstrzymywało ją jedno. Był naczelnikiem, wodzem, dowódcą i cholera jeszcze wie, kim tam był. I szczerze mówiąc, osobiście miała to wszystko w dupie, ale wiedziała, czuła wewnętrznie, że nie powinna nadszarpywać jego wizerunku. Nie bała się jego gniewu, bardziej ją podniecał, niż przerażał. Jednak coś mówiło jej, że nie powinna w ten sposób traktować go przy jego ludziach. Ale jak miała to robić? Położyć po sobie uszy, gdy ten kretyn ciągle podnosił jej ciśnienie. Czasem nawet gubiła się w tym, w którą stronę to podąża.
W pewnym momencie pomyślała, że jeszcze przed chwilą miała go tak blisko siebie, czuła całe jego ciało i jedyne, o czym mogła w tamtym momencie myśleć, to pragnienie, by umieć się powstrzymać przed tym, aby nie posunąć się o krok dalej. Jego stanowczość, jego zdecydowanie, a z drugiej strony ta niesamowita samodyscyplina i to, jak w tym momencie się kontrolował. Był zupełnie inny. Nie rzucił się na nią, nie rozgniatał jej ust swymi, nie ranił boleśnie i tak zwyczajnie czekał na każdy jej ruch, a gdy jakiś zrobiła, to on po prostu nie pozwalał jej się wycofać i czekał na kolejny. Stanowcze, pewne siebie dłonie, które na sobie czuła, nie były tymi, jakie poznała w nocy. Wabił ją swym magnetycznym spojrzeniem, nie pozwalając już się cofnąć. Czy to mógł być ten sam człowiek?
– Mów natychmiast, co ci zrobił! – wrzasnął, a ona podskoczyła wystraszona, choć powinna już się przyzwyczaić do tych jego niespodziewanych wybuchów. – Obraził cię?
– Gdyby zrobił mi cokolwiek złego, to miałby na policzku taki sam ślad, jaki masz ty – wyszeptała wspinając się na place.
Niechciała, aby ktokolwiek ją usłyszał. Ujrzała jak jego spojrzenie robi się coraz bardziej mroczne i poczuła dreszcze. Wyglądał jakby miał ją za moment uderzyć, ale ona wcale nie potrafiła się powstrzymać przed dalszym drażnieniem go.
– Każę kowalowi powyrywać ci wszystkie paznokcie, jeżeli jeszcze raz to zrobisz? – wysyczał, ledwie się powstrzymując przed zrobieniem czegoś, czego nie chciał. Ale co to było?
Nie mógł przestać o niej myśleć, gdy Una zabrała ją do Calda house. Dopiero zmierzchało, robiło się szaro, lecz do zmroku pozostało jeszcze trochę czasu. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego dzisiejsza nieobecność na placu treningowym będzie czymś nietypowym, gdyż był tam codziennie. Było to dla niego niczym praca. Wiedział też, że do Calda house chadza po zmroku, a nawet późną nocą i gdy ujrzą go wcześniej, to będzie to dla nich zaskoczeniem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niektórzy byli jeszcze na placu, gdzie i on powinien się udać. Ale przecież ta niemądra dziewucha mogła coś znowu zrobić. Ale co? Musiał tam iść, musiał sprawdzić czy wszystko w porządku. I w tym momencie nie przejmował się już niczym.
Prawdę mówiąc było dla niego zaskoczeniem to, co ujrzał i jej wybuch złości oraz wściekłe oczy skierowane na Morvena sprawiły, że wróciła opowieść o dziewczynie, którą skrzywdził ten chłopak. Sprawiło to, że ogarnęła go niepohamowana wściekłość i miał ochotę bez żadnego gadania zrobić to, o czym wykrzyczała Brice. Rozgnieść go jak robaka. Ale czy tak naprawdę Brice dałaby sobie zrobić krzywdę? Teraz, gdy patrzył na nią, zdawał sobie sprawę z tego, że każdy miałby z tym problem. Ta dziewczyna miała diabła za skórą. Powinien wtrącić ją do lochu i potrzymać tak przez kilka dni o chlebie i wodzie, wtedy może nauczyłaby się szacunku.
– Nie zrobisz tego – usłyszał jej prowokujący szept i uświadomił sobie, że w jej obecności traci kontrolę, a wiedział, że nie może do tego dopuścić.
– Powiesz mi wreszcie, co on takiego zrobił? – zapytał nieco spokojniej.
– To zwykłe niedomówienie – powiedziała już normalnym głosem, a widząc jego pytający wzrok, kontynuowała. – Przedstawił mi się.
– I tylko dlatego wrzeszczałaś, że go zabijesz? – zapytał i ledwie powstrzymał się, aby się nie uśmiechnąć.
Jedynie tyle potrzebowała? Zazwyczaj Morven budził w kobietach zupełnie inne uczucia. Nie musiał wiele robić, aby zdobyć tę, której akurat zachciał.
– Po francusku Morven, znaczy idiota. Mówi się tak na ludzi głupich i ułomnych – stwierdziła, chcąc, chociaż w ten sposób dopiec chłopakowi, który zaczął ich znajomość nieprzemyślanym posunięciem. – Myślałam, że wyzwał mnie od takich, podczas gdy on się jedynie przedstawił, nazywając w ten sposób samego siebie – wysyczała wbijając w Morvena wściekłe spojrzenie, a później przeniosła wzrok na Blane’a i wzruszyła obojętnie ramionami. – To wszystko – szepnęła.
– Wygląda na to, że dostał odpowiednie imię – mruknął pod nosem Blane, któremu jej tłumaczenia wystarczyły. – Masz na drugi raz zachowywać się jak przystoi kobiecie i nie urządzać awantur – powiedział podniesionym głosem.
Musiał przecież jakoś ją ukarać za te krzyki, pomimo, że tak naprawdę były w jakimś stopniu usprawiedliwione.
– A jak przystoi kobiecie? – zapytała, a on pomyślał, że prowokuje go specjalnie. Nie mógł sobie na to pozwolić.
– Inaczej – mruknął, spoglądając na zebranych wokoło ludzi.
Niektórzy mieli jeszcze wystraszone miny, ale większość się już rozluźniła, widząc, że nieporozumienie zostało wyjaśnione. Ujrzał jak Bothan wymienia z Bradaną rozbawione spojrzenie, a na twarzy Uny gościła nagana, z jaka pewnie się z nim podzieli przy najbliższej okazji. Wiedział, że publicznie nie ośmieli się podnieść na niego głosu. Zdawał sobie sprawę, że wśród nich wszystkich, była tylko jedna osoba, która była w stanie to zrobić. Przeniósł wzrok na Brice i ujrzał jak stojąc naprzeciw niego, zadziera bojowniczo głowę i podpiera się pod boki. Pomyślał, że to nie wróży dobrze. Jeszcze dziś wtrąci ją do lochu i pozostawi tam tak długo, aż nabierze ogłady.
– A dokładnie jak inaczej? – zapytała, a on sapnął wściekle.
Nie mógł dopuścić do takich dyskusji z nią. Był coraz bardziej wściekły. Ujrzał to Bothan.
– Więc jeżeli nieporozumienie już się wyjaśniło, to może zasiądziemy przy stole. Tormod, pokażesz Brice okolice, pewnie chciałaby się przewietrzyć – zapytał dyplomatycznie.
Roztropność i odwaga dziewczyny zaskoczyła go. Stawiała się jak niczego nieświadomy szczeniak. Ani przez moment nie spuściła z tonu. Z drugiej strony domyślił się, że Morven dopuścił się czegoś więcej i jedynie dzięki Brice mógł nadal cieszyć się życiem.
– Tormod – usłyszeli stanowczy głos Blane’a. – Odprowadzisz Unę i Brice na zamek, a potem wrócisz – zarządził.
– Może… – zaczął chłopak, lecz jedno spojrzenie Blane’a wystarczyło, żeby urwał w pół zdania.
Brice patrzyła jak wszyscy się przy nim zachowują, jaki posłuch wzbudza i w jakimś stopniu jej to zaimponowało. Przyglądała się jak się do niego zwracają i słowo skurwiel nabierało innego znaczenia. W tym momencie jeszcze nie widziała dużo i zdawała sobie sprawę z tego, że coś w tym jest. Może faktycznie jest mądry i sprawiedliwy. Dla swych ludzi. Spojrzał w jej stronę i zmrużył gronie oczy, jakby celowo chciał okazać jej złość.
– Czy sprawiedliwy to nie wiem, ale głupi to na pewno – mruknęła pod nosem i ujrzała wpatrzone w nią, błyszczące oczy Tormoda, który gdy tylko ujrzał, że na niego spojrzała, od razu skłonił głowę.
– Pa...
– Czy mogę cię o coś prosić Tormodzie? – zapytała, zanim oznajmił jej, jakiej jest płci, a chłopak uśmiechnął się szeroko. – Proszę, mów do mnie Brice.
– Ale czy tak przystoi? – usłyszała i o mało co się nie roześmiała.
– We Francji przyjaciele mówią do siebie po imieniu – oznajmiła z poważną miną, myśląc, że może jednak ta Francja na coś się przyda.
– Rozumiem, Brice – powiedział, a ona ujrzała, że sprawiło mu przyjemność, gdy wpisała go w poczet swych przyjaciół. – W takim razie może już chodźmy zanim naczelnik nie zdenerwuje się naszą opieszałością.
– Tak, gdy się zdenerwuje, to zachowuje się jak mrówka podczas okresu – stwierdzała.
– Jak kto? – usłyszała i westchnęła. Chłopak był taki słodki.
– Ile masz lat Tormodzie? – zapytała, nie chcąc wdawać się w tłumaczenia.
– Szesnaście – usłyszała i zmarszczyła czoło, zerkając na przytroczony do jego pasa miecz.
– A czyja to szabla? – zapytała wskazując na jego pas.
– To mój miecz, pa… Brice – stwierdził, a ona usłyszała w jego głosie dumę.
– Powiedz mi, gdzie ty byłeś wczoraj w nocy? – zapytała, przeczuwając, że jego odpowiedz nie ucieszy jej.
– Na bitwie – odparł, a ona westchnęła.
Miał tylko szesnaście lat, do diabła. Był dzieckiem. Całkiem wyrośniętym, ale jednak nastolatkiem. Miecz przy pasie by zniosła, ale zabieranie dzieciaka na bitwę, gdzie ludzie mordując się bez mrugnięcia okiem. Z ledwością powstrzymała się przed kolejnym pytaniem. Ponieważ jeżeli brał udział w bitwie i wrócił żywy, to znaczyło, że przeciwnicy zginęli. To były inne czasy, inna epoka i inne zwyczaje. Niemniej, smuciło ją to jednakowo.
– Może powinniśmy poczekać na Unę? – zapytała, gdy przeszli już jakiś odcinek.
Powietrze było coraz chłodniejsze i robiło się już ciemno. Krajobraz nieodmiennie ją fascynował. Dzika, niezmierzona przyroda, i te zapachy, które wdzierając się do jej nozdrzy sprawiały, że zadrżała. Wiał lekki wiatr od jeziora. Wpatrując się w dal, widziała w niewielkim oddaleniu skały, które leżały kilka metrów od brzegu jeziora i pomyślała, że musi koniecznie pójść tam któregoś dnia.
Któregoś dnia? Czyżby już zaakceptowała ten cholerny przeskok w czasie? O nie! Musiała wrócić. Jak najszybciej. Wszystko znowu zawirowało i uświadomiła sobie, że jedynie przy Blanie zupełnie zapomina o tym co się wydarzyło. Jedynie przy nim czuła się tak, jakby wszystko było w porządku.
– Una rozmawiała z Bradną i prosiła, aby poczekać na nią przy spichlerzu.
– Przy czym? – Tym razem dla niej coś było niezrozumiałe, choć miała wrażenie, że gdzieś już to słyszała.
– Przy pomieszczeniu z ziarnem – powiedział chłopak, a ona przypomniała sobie, że na rancho ojca było coś takiego.
Jak mogła o tym zapomnieć? W tym momencie poczuła, że w jakimś stopniu tęskni za ojcem. Szkoda, że nie poczułam tego, gdy dzieliły mnie od niego kilometry, a nie lata – pomyślała rozżalona.
– To tu? – zapytała, wskazując niewielkich rozmiarów budynek, który stał w połowie drogi między zamkiem, a Calda house. Chłopak przytaknął z uśmiechem.
– Czy długo u nas zostaniesz? – zapytał, a ona spojrzała na niego zdziwiona.
Co miał na myśli? Czyżby się domyślił, że nie pochodzi z tych czasów i że chce wrócić do dwudziestego pierwszego wieku?
– U nas? – zapytała ostrożnie.
– Na zamku u naczelnika – usłyszała i pytanie wydało jej się w jakiś sposób dziwne. Widząc jej zagubienie, chłopak kontynuował. – Czy nie będziesz wracała do Francji? Do rodziny.
W tym momencie oblało ją gorąco. Jeżeli oni faktycznie myślą, że ona pochodzi z Francji, to mogą chcieć ją tam odesłać. Ta myśl sprawiła, że zamarła. Przecież zupełnie nie wiedziałaby wtedy co ma robić. Bez Blane’a była w tym świecie zupełnie bezradna.
– Nie mam rodziny – powiedziała. Nie chciała kontynuować tematu, przynajmniej dopóki tego sobie nie przemyśli. – Możemy wejść do środka? Jest trochę chłodno – powiedziała, gdy podeszli już do budynku. Tormod otworzył przed nią drzwi.
W środku nie było wiele miejsca. Po obu stronach pomieszczenia leżało kilka worków, a po przeciwnej stronie stało kilka niewielkich beczek. Nie było tego dużo i z tego, co powiedział Tormod, był to stary spichlerz, gdyż nowy, ten, którego używali na co dzień, stał za Calda house, więc nie mogła go nawet zobaczyć. W pomieszczeniu panował półmrok. Ujrzała na jakimś starym koszyku leżący jakiś dziwny przedmiot.
– To krzesiwo. Czy mam zapalić ogień? – zapytał Tormod, wskazując na leżąca obok świeczkę. No tak, o zapałkach raczej nie mogła marzyć.
– Nie – powiedziała. – Una nie powinna już przyjść? Może powinniśmy po nią wrócić? Jeżeli niesie coś ciężkiego, to może powinniśmy jej pomóc – zapytała.
– Masz rację – usłyszała i skierowała się w stronę wyjścia, lecz powstrzymał ją. – Pozostań tu, ja po nią pójdę – powiedział krótko i wyszedł zanim zdążyła zaprotestować.
Pozostawiona sama, poczuła się nagle bezradnie. W 1597 roku, sama, pośród dzikiej, szkockiej okolicy, w starym spichlerzu. Opanował ją strach. A jeżeli ktoś tu teraz przyjdzie? Robiło się coraz ciemniej. Jeżeli jakiś dzikus napadnie ją i będzie chciał zgwałcić? Poczuła wściekłość na myśl, że jeden już próbował, a ona w tym momencie jedyne, co czuła, to fakt, że właśnie jego jej brakuje i że tylko obecność Blane’a da jej całkowity spokój. Żałowała, że pozwoliła odejść Tormodowi. W tym momencie był już pewnie daleko, wolała go nie gonić.
Zerknęła na świece i krzesiwo i pomyślała, że czemu nie. Może przecież spróbować. Nie było tu żadnego siana, lecz ziarno, w dodatku tylko kilka worków w głębi pomieszczenia. Usiadła na jednej z beczułek, a na drugiej postawiła świecę i zaczęła uderzać jednym kamieniem o drugi. Nie miała pojęcia co to za kamienie, lecz iskry aż się sypały, dzięki czemu już po chwili pomieszczenie rozświetlało słabe światło świecy. Siedziała i gapiła się na płomień, a duma aż ją rozpierała. Po chwili usłyszała jakiś hałas i za moment ujrzała w drzwiach Blane’a, którego mina najpierw pobladła, później nabrała purpury, a ona stwierdziła, że jeszcze tak gwałtownych zmian nie widziała. Zerknęła na stojąca świeczkę, na którą gapił sie z przerażeniem. Co się cholera jasna działo? Odbiło mu?
– No co? Przecież nie ma tu siana – powiedziała, widząc jak podbiega do niej, a później szarpnięciem ciągnie za sobą w stronę wyjścia.
Tego było za wiele, cholerny, pieprzony brutal. Jeżeli myślał, że tak po prostu mógł sobie pozwolić na to, aby nią tak bez powodu pomiatać, to się grubo mylił. Zaczęła się szarpać i wyrywać.
– Uciekaj – wrzasnął.
– Przecież tu nie ma siana, a worki są daleko pod ścianą – warknęła.
– W beczkach jest proch – wrzasnął, a ona zdrętwiała.
Tego nie założyła. No, ale kto do diabła trzyma w spichlerzu proch. Poczuła jak bierze ją na ręce i wybiega z budynku. Przytuliła go, a serce biło jej coraz mocniej. Jeżeli on mówił prawdę, a pewnie mówił, to pewnie zaraz…
Jej myśli przerwał głośny wybuch, którego podmuch sprawił, że Blane rzucił ją na ziemię przykrywając sobą. W zasadzie wybuch nie był duży. Lecz gdy uniosła się, to jej oczom ukazał się szalejący, wysoki na kilka metrów ogień. Cały budynek, a raczej jego pozostałości płonęły. Widziała wściekłą minę Blane’a, który coś do niej mówił, ale ona niczego nie słyszała, jednie ciszę spowodowaną prawdopodobnie ogromnym hałasem. Czy ogłuchłam? Jeszcze tego brakowało. Patrzyła na niego i wszystko wokoło wirowało. Coś zaczęło dzwonić jej w uszach, a ona zaczęła bezmyślnie rozglądać się wokół siebie. Widziała biegnących w ich stronę Unę i Tormoda z kilkoma innymi mężczyznami, lecz niczego nie słyszała. Po chwili zaczynał do niej docierać niewyraźnie głos Blane’a.
– Dobrze się czujesz? – usłyszała i przytaknęła odruchowo, chociaż wcale nie czuła się dobrze i sama nawet dokładnie nie wiedziała jak się czuła.
Wtedy na jego twarzy pojawiła się wściekłość. No w zasadzie w tym momencie miał nawet chyba trochę racji. Ale przecież nie wiedziała, co jest w beczkach. Co za debil trzyma proch w spichlerzu? Przecież niechcący można to wszystko wysadzić w powietrze.
– Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że tego nie planowałam – oświadczyła i ujrzała w jego oczach ten niesamowity grymas, który zawsze sprawiał, że czuła dreszcze. – Czy żałujesz? – zapytała nie za bardzo wiedząc, o co jej samej chodzi.
– Będę – wyszeptał.
W tym momencie ujrzała jak Blane podnosi się i jednym szarpnięciem podrywa ją z ziemi, a później przerzucił ją przez ramię i ruszył w stronę zamku. Krzyknął coś do biegnących za nimi ludzi i zupełnie zignorował jej protesty. Nie miała już nawet na nie siły. Obolała, głucha i z poczuciem winy, zwisała mu z ramienia, marząc, aby jak najszybciej znaleźć się na zamku.
Na całe szczęście dotarli tam dość szybko. Wniósł ją po schodach i gdy tylko znaleźli się w sypialni, postawił ze złością na podłodze. Gwałtowny ruch sprawił, że prawie upadła, lecz podtrzymał ją, a teraz patrzył na nią pociemniały wzrokiem. Zabije mnie? Czy tylko uderzy?
– Tak jak już wcześniej wspomniałam, niczego nie planowałam i wcale nie miałam pojęcia, że tam jest jakiś proch, mogła być sobie nawet marchewka, bo beczki były niepodpisane, a ja…
– Ja też tego nie planowałem – usłyszała jego głęboki głos i zamarła. W jednej chwili wszystko gdzieś odpłynęło.
– A o czym dokładnie mówimy? – zapytała głupio, przełykając głośno ślinę.
– Ty mi powiedz, Brice – wyszeptał ochryple i położył swe dłonie na jej ramionach, a później powolnym ruchem przesunął je na plecy.
Prowokował ją. Tak to widziała. Właśnie to w tym momencie robił. Ale dlaczego był teraz taki inny? Dlaczego czekał na każdy jej ruch? Przecież wtedy, po raz pierwszy, był taki gwałtowny, taki nieokiełznany i brutalny.
– Co teraz? – wyszeptała bezradnie.
Pragnęła go, tym razem jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej się tak nie czuła. Czy to jakaś zmiana podczas przeskoku? A może to jedynie sen? Nie! Nie chciała, aby to był jedynie sen. Nawet za cenę tego, że była w tym okropnym miejscu, daleko od domu i cywilizacji, bez pozytywnych rokowań na powrót. Patrzyła na niego i nie wiedziała, co robić. Dlaczego on tak się w nią wpatrywał? Dlaczego czekał? Tak, jakby to ona miała podjąć tę strategiczną decyzję. Czy to przez to, że wtedy tak zareagowała? Że nazwała go tchórzem?
– A czego teraz pragniesz? – usłyszała i wiedziała, że sobie nie poradzi z tym, co czuła.
– Ciebie – wyszeptała bezwiednie i ujrzała na jego twarzy napięcie. Tak, jakby tylko na to czekał. Jakby te słowa były komendą, której potrzebował.
Zbliżył swe usta i delikatnie ją pocałował. Cholera, jednak potrafił. Jednak to, co się wtedy stało nie było każdorazowe. Miał do zaoferowania coś więcej. Poczuła jak bierze ją na ręce i niesie do łóżka. Położył ją na nim delikatnie i pochylił się nad nią. Widziała na jego twarzy, że z trudem się powstrzymuje, aby nie zrobić czegoś więcej.
– Co teraz? – powtarzała się jak zdarta płyta, ale w tym momencie nie wiedziała, co robić. Czekała na jakikolwiek jego ruch, ale on się jedynie na nią gapił.
– Teraz, pójdę posprzątać bałagan, jakiego narobiłaś – wyszeptał, a ona poczuła wyrzuty sumienia. Może faktycznie nieco przesadziła.
– A później? – To pytanie nie dawało jej spokoju, szczególnie teraz, w chwili, gdy patrzył na nią takim wzrokiem.
Wyglądało na to, że jednak nie chciał jej ani zabić, ani nawet uderzyć. Ale czego tak naprawdę od niej chciał?
– Później wrócę i będę cię kochał w moim łożu – powiedział, a ona wstrzymała oddech. Tego oczekiwała, tego pragnęła, ale słysząc to, poczuła jeszcze większe podniecenie. – I tym razem będę patrzył ci w oczy, Brice.
To powiedziawszy wyszedł, zostawiając ją zadziwioną, wstrzymującą oddech, którego jej nagle zabrakło. Znał już teraz sposób jak skutecznie ją uciszyć.




(Do wykonania grafiki użyto zdjęć bez praw autorskich.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...