Spis

Blog autorski grupy Ailes

19 grudnia 2014

Iluzjon (Noemi Vain)




Rozdział 7. Dzwoneczek



– Cassidy, zabieraj to ode mnie, bo nie ręczę za siebie! – Wyrwałam z ręki przyjaciółki niewielką, liściopodobną szmatkę i jednym zamaszystym ruchem posłałam ją na łóżko.

– Ev, czy ty nie potrafisz się totalnie wyluzować i choć raz docenić moich wielogodzinnych starań? - Podniosła ubranie z materaca, po czym rozprostowała je w dłoniach. – Spójrz, jakie to piękne.

– Może i tak, ale sukienki raczej nie przypomina, ewentualnie zielony pasek – zaoponowałam. – Zresztą, dlaczego sama przebierasz się za Królową Śniegu, a mnie chcesz wcisnąć w strój jakiegoś skrzata?

– Zaraz zwariuję - blondynka wymamrotała do siebie. – Nie mam zamiaru robić z ciebie żadnego skrzata. W ogóle nie znasz się na baśniach, przecież to ubranie Dzwoneczka z Piotrusia Pana, matołku. - Wywróciła oczyma i przekrzywiła głowę na bok, jakby rozmyślnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili wlepiła we mnie smutne spojrzenie. – Musisz to założyć, naprawdę się starałam. Wymyślenie i znalezienie tego przebrania zajęło mi ostatnie dwa tygodnie. – Zmarszczyła swój drobny nos. - Będziesz idealnym Dzwoneczkiem. Proszę cię, zrób to dla mnie. – Celowo przeciągnęła ostatnią sylabę, tym samym wzbudzając w mojej osobie wyrzuty sumienia. Przeklęłam w myślach swoją słabą wolę.
– Ale Dzwoneczek była blondynką! – Sięgnęłam po ostatnią, wątłą deskę ratunku.

– Jak chcesz mogę cię przefarbować albo zdobyć perukę, to nie jest dla mnie problem.

– Jesteś potworem, Cass. Piekielnym orkiem o wyglądzie aniołka.

– Wszyscy to wiedzą – zaświergotała.

– Jasne, ale tylko ja odczuwam to tak boleśnie – jęknęłam, po czym przycupnęłam na skraju łóżka, opierając głowę na dłoniach. – Dobrze, założę to coś – mruknęłam.

– Wiedziałam, że się zgodzisz. – Dziewczyna rozciągnęła usta w uśmiechu. – Jared ma przerąbane – dodała jakby do siebie.

– Nie bądź taka zadowolona. Ostatni raz pozwoliłam wmanewrować się w podobny kanał – powiedziałam dobitnie.

– Bla, bla, bla, a tu mi jedzie pociąg. – Blondynka palcem wskazującym pociągnęła za swoją dolną powiekę i z głośnym śmiechem wybiegła z pokoju.

– Potwór! – krzyknęłam za nią, by następnie rzucić się na materac. Wzięłam do ręki leżącą obok zieloną sukienkę, po czym wstałam i podeszłam do stojącego w rogu pomieszczenia lustra. Przyłożyłam materiał do ciała, z niezadowoleniem stwierdzając, że strój nie sięgnie nawet połowy moich ud. – Założysz na głowę papierową torbę i nikt cię nie pozna – przemówiłam do swojego odbicia.

– Dzwoneczek... najgłupsze przebranie ze wszystkich. Nikt oprócz Cassidy nie wpadłby na taki pomysł. Powinna założyć z Deveraux fanklub tej małej, zielonej wróżki. – Chodząc po pokoju prowadziłam swój monolog, przez co ktoś mógłby uznać mnie za nienormalną. Nagle raptownie się zatrzymałam. – Christian Deveraux – szepnęłam, przypominając sobie naszą dzisiejszą rozmowę, podczas której dwukrotnie nazwał mnie Dzwoneczkiem. To zdecydowanie przekraczało ramy zbiegu okoliczności, chłopak musiał w jakiś sposób poznać plany Cass, przecież nie wykazywałam podobieństwa do tej poplecznicy Piotrusia Pana, więc jego słowa nie były przypadkowe.

– Czemu wyglądasz jakbyś przed chwilą zobaczyła ducha? – Głos blondynki przywrócił mnie do rzeczywistości.

– Nie, nic się nie stało - odpowiedziałam wręcz machinalnie. Obróciłam się, dostrzegając w rękach przyjaciółki całkiem spore, muślinowe skrzydła. Miałam ochotę jęknąć, jednak powstrzymałam się w ostatniej chwili, a zamiast tego zadałam pytanie, które od kilku chwil okupowało mój umysł. – Komu mówiłaś o swoim pomyśle na moje przebranie?

– Tak właściwie to nikomu, chyba że Jareda zaliczymy do kategorii ludzi. – Zamyśliła się na moment. – No, zakładaj to, babo, za dwie godziny jest impreza, a żadna z nas nawet nie zaczęła się szykować! – wrzasnęła na mnie głosem, który sięgał wysokich rejestrów, a po chwili złapała szczotkę do włosów, jakiś żel do ich stylizacji i inne akcesoria. Zanim się zorientowałam, byłyśmy gotowe do wyjścia, niestety nie zdążyłyśmy niepostrzeżenie opuścić domu.

Gdy tylko wyszłyśmy na korytarz, naszą drogę zastąpił nikt inny jak tylko Oliver West, trzymający w dłoniach kubek z parującą kawą i gazetę. Miałam jeszcze cichą nadzieję, że facet da nam spokój, ale jak wiadomo nie od dziś ten ochroniarz lubił robić mi na złość.

– A wy dokąd się wybieracie? – zapytał, sącząc aromatyczny napój.

– Do biblioteki! – odpowiedziałam, ale w tym samym czasie to samo zrobiła panna Mitchel. – Do teatru!

– Tak, najpierw do biblioteki, a później do teatru – poprawiłam.

– W tych strojach? – Blondyn bez trudu podważył nasze wymówki. – Cassidy, powiedz mi prawdę, bo od kuzynki nigdy się tego nie dowiem. – Posłał mojej przyjaciółce jeden ze swoich uśmiechów, które mogły zwalić z nóg i bezwstydnie do niej mrugnął.

Podły manipulator, pomyślałam. Nie daj mu się omotać, Cass! - Próbowałam telepatycznie przekazać jej moje wsparcie, jednocześnie błagalnie wlepiając w nią spojrzenie szaroniebieskich tęczówek.

– Jedziemy na imprezę do Michaela Denberga. – Dziewczyna złamała się pod naporem Westa, byłyśmy stracone. Oliver nie odpuściłby sobie idealnej wprost okazji do dręczenia mnie. Nie musiałam posiadać daru jasnowidzenia, żeby wiedzieć, iż moja zabawa Halloweenowa zaczęła się i skończyła w tym właśnie momencie.

– Evangeline nie wspomniała o tym nawet słowem, ale nie ma sprawy, nie mam żadnych planów, więc mogę się z wami wybrać.

– Ja się jak najbardziej zgadzam. – Cassie uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Ja za to nie! – zaoponowałam, ale nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Mogłam popełnić harakiri na ich oczach, a i tak by mnie nie dostrzegli.

Oliver pobiegł do swojego pokoju, by wrócić po niespełna dziesięciu minutach. Narzucił na siebie ciemne dżinsy, rozpiętą pod szyją koszulę tego samego koloru i czarną, skórzaną kurtkę.

– Nie masz przebrania, drogi kuzynie – zauważyłam przytomnie, układając usta w kpiącą podkówkę.

Wyciągnął z kieszeni duże okulary przeciwsłoneczne i założył je na nos. – Już mam – odpowiedział, posyłając mi sztuczny uśmiech.

– Właśnie widzę. Kim jesteś? Grabarzem? – zapytałam, wywołując tym samym jego wściekłe spojrzenie. – Nie, facetem w czerni – zripostował. – A teraz, drogie panie, zbierajcie się, bo w życiu nie dojedziemy na miejsce – ponaglił nas.

Do znajdującego się po drugiej stronie Appleton domu Michaela jechaliśmy czarnym range roverem mojego ochroniarza. Już dawno nie odczuwałam tak silnego stresu. Czy to za sprawą niebotycznie wysokich szpilek oraz nieprzyzwoicie krótkiej sukienki, a może przez świadomość, że na przyjęciu będzie również Deveraux, nie odezwałam się ani słowem do Cass i Olivera. Jednak im najwyraźniej nie było potrzebne moje towarzystwo, świetnie dogadywali się we dwójkę. Obserwowanie ich z tylnego siedzenia należało do doświadczeń z rodzaju tych dziwnych, które nie zdarzają się często.

Oboje w swojej obecności zachowywali się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Zwykle roześmiana blondynka, mająca milion zwariowanych pomysłów na sekundę przy tym facecie nabierała powagi i stawała się nieco nieśmiała. On natomiast zamieniał się z gbura w bardziej przystępnego człowieka. Musiałabym chyba oślepnąć i ogłuchnąć, aby nie poczuć tej chemii, która wisiała w powietrzu. Gdyby West miał na karku o jakieś pięć lat mniej i nie był moim ochroniarzem, ucieszyłabym się, ale w obecnych okolicznościach jedynym, co mnie ogarniało był niepokój. Moja przyjaciółka nie miała prawa zwrócić na niego uwagi.

W końcu dotarliśmy na miejsce, a Oliver zaparkował dość zgrabnie pomiędzy dwoma czerwonymi kabrioletami. Wszyscy wysiedliśmy z auta i podążyliśmy w kierunku domu Mike'a oświetloną lampami ścieżką.

Dźwięki sączące się z budynku, elektryzowały powietrze, które pod ich naporem stało się aż ciężkie.

– Denbergowi trzeba przyznać jedno, – zagadnęła Cass – w kwestii doboru muzyki ma świetny gust, ale jeśli chodzi o przerażające dekoracje to powinien chyba dać sobie z tym spokój.

Podążyłam za jej wzrokiem, dostrzegając karykaturalnie powyginane we wszystkie strony figury goblinów, pośród których rozstawiono szyderczo szczerzące się dynie. Michael oszpecił nie tylko ogród. Z zazwyczaj schludnej werandy jego domu zwisały sztuczne pajęczyny, a obok wycieraczki leżało kilka zakrwawionych plastikowych rąk. Na drzwiach widniał krwistoczerwony napis: Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie.

– Chyba przesadził z tym nawiązaniem do 'Boskiej komedii'. To miał być normalny bal przebierańców, a nie jakaś parodia w stylu 'zrobię z domu piekło i was wszystkich przerażę' – skomentowała błękitnooka. – Brakuje jeszcze tylko złowieszczego śmiechu.

W momencie, w którym wymówiła te słowa, drzwi rozwarły się z hukiem, a ze środka wypadło dwóch osobników w strojach goryli. Krzyczeli niemiłosiernie i łatwo można było stwierdzić, iż już zaczęli swoją zabawę z alkoholem. Minęli nas, po czym wydając małpie odgłosy, zniknęli gdzieś w mroku nocy.

Gdy szok wywołany niecodziennym widokiem ustąpił, postanowiliśmy wejść do środka, gdzie zostaliśmy zaskoczeni tym, co zastaliśmy. W całym budynku panował półmrok nieco rozjaśniony blaskiem poustawianych wokół świec, a w powietrzu unosił się wyraźnie wyczuwalny aromat alkoholu.

Powiodłam wzrokiem po sali, niektórzy ludzie tańczyli lub po prostu kiwali się w takt muzyki, inni wyglądali na odłączonych od reszty świata, a pozostali grali w bilard, popijając piwo. W tej ostatniej grupie dostrzegłam Jareda. Rozglądając się dokładniej po zadymionym pomieszczeniu nigdzie nie zauważyłam irytującego blondyna.

W momencie, kiedy Cass zaczęła nękać Olivera, aby z nią zatańczył, podszedł do mnie niezbyt trzeźwy Picoult. Objął mnie ramieniem i pocałował moje usta.

– To może zatańczymy, jak zostałaś w końcu sama? – Posłał mi krzywy uśmiech, przybliżając się. Owionął mnie zapach alkoholu, jednak ujęłam ramię chłopaka i ruszyłam z nim na parkiet, witając po drodze znajomych.

– Tańczyliśmy przez jakiś czas i ze zdziwieniem zauważyłam, że brunet był w tym całkiem dobry. Co chwilę szeptał mi do ucha komplementy i mówił, że chciałby zrobić ze mną tak wiele rzeczy. Jego słowa bawiły mnie do czasu, gdy napotkałam błękitne tęczówki Christiana. Natychmiast odwróciłam wzrok i zaczęłam wpatrywać się w koszulkę towarzysza. Przez najbliższe dziesięć, może piętnaście minut czułam, jakby w moich plecach wypalano dziurę przy pomocy lasera. Z upływem czasu wrażenie nie mijało, a ochota ucieczki narastała.

– Mam dla ciebie prezent. – Na szyji poczułam ciepły oddech Jareda.

– Jaki? – Nie przypominałam sobie żadnej zbliżającej się okazji, więc byłam kompletnie zaskoczona. Jednak bardziej niż niespodzianka Picoulta interesowało mnie zniknięcie z oczu Nowego.

– Ale jesteś niecierpliwa. – Brunet uśmiechnął się szeroko. – Chodź na górę, to ci pokażę. – Splótł ze sobą nasze dłonie, po czym podnosząc je do góry złożył na mojej lekki niczym muśnięcie skrzydeł motyla pocałunek. Spojrzałam w jego oczy i lekko skinęłam głową.

Po chwili wchodziliśmy już po schodach na piętro, kierując się do jednego z gościnnych pokoi. – Dlaczego przyszliśmy akurat tutaj? – zapytałam, próbując przekrzyczeć dudniącą muzykę. Jared przez chwilę po prostu stał, patrząc na mnie z uśmiechem, jednak w końcu odpowiedział.

– Bo prezent jest w środku, głuptasie – rzucił lekko rozbawionym tonem. Po czym podszedł bliżej, objął mnie w talii i pocałował najpierw w policzek, a następnie w usta. Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę, a nasze pocałunki nabierały coraz większej pasji. Coś w środku podpowiadało mi, że ktoś na nas patrzy, więc oderwałam się od chłopaka i powiodłam dokoła wzrokiem, nie dostrzegając nikogo.

– Co się dzieje, Evangeline? – zapytał, odgarniając na bok kosmyki moich włosów.

– Nic, po prostu miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje – szepnęłam, patrząc mu w oczy. Zupełnie bez powodu moje wyznanie mnie zawstydziło, a na policzkach pojawiły się lekkie rumieńce.

– Nikogo nie widzę – zaprzeczył. – Jednak nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś podglądał. – Posłał mi szelmowski uśmiech. – Wyglądasz bardzo, bardzo seksownie w tym zielonym czymś – szepnął do mojego ucha.

– Dzięki, ale to wszystko wina Cass – odparłam, próbując niepostrzeżenie pociągnąć sukienkę w dół, jednak Jared złapał mnie za ręce, przerywając moje starania i otworzył drzwi do pokoju, gdzie panowała kompletnie inna atmosfera niż w reszcie budynku. Na podłodze i łóżku leżały porozrzucane płatki róż, a gdzieniegdzie paliły się świece.

– To jest ta niespodzianka? – zapytałam. – Próbujesz mnie uwieść?

Chłopak wzruszył ramionami, podrapał się po bujnej czuprynie i wyznał z rozbrajającą szczerością. – Chyba tak.

Uśmiechnęłam się do niego, a on objął mnie ramionami i oparł policzek na mojej głowie. Po kilkunastu sekundach jedna z jego rąk powędrowała na moje udo, podczas gdy druga pozostała na talii. Ja zaś ułożyłam dłonie na jego szyji i wplotłam palce w kosmyki brązowych włosów. Zaczęliśmy tańczyć, nieznacznie przesuwając się, by w końcu wylądować na łóżku. Zaśmiałam się w głos, czując na sobie ciężar mojego chłopaka. – Przepraszam – wyjąkałam, próbując pohamować niekontrolowany chichot.

– Nie musisz. – Jared szepnął, patrząc na moje usta, po czym bez ostrzeżenia przywarł do nich swoimi wargami. Pocałunek smakował alkoholem, ale w tamtym momencie nie zwracałam na to najmniejszej uwagi, liczył się szaleńczy galop mojego serca i przyjemne ciepło bijące od ciała Jareda.

Na kilka minut odpłynęłam do swoich myśli, było naprawdę przyjemnie i po raz pierwszy od dłuższego czasu mojej głowy nie zaprzątały żadne problemy. Jednak nie dane było mi nacieszyć się trwającą chwilą, gdyż otrzeźwił mnie dźwięk rozsuwanego zamka. Otworzyłam oczy i przerwałam pocałunek. Odsunęłam Jareda na wyciągnięcie ręki, a następnie z powrotem zapięłam sukienkę. Dotknęłam opuszkami palców nabrzmiałych ust, lekko opuszczając głowę. – Przepraszam, nie chcę tego robić na imprezie w domu Michaela.

– Mogłaś powiedzieć wcześniej, nie robiłbym z siebie idioty. – Brunet spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Po prostu nie jestem na to jeszcze gotowa – wyznałam, czując się lekko winna, jednak nie zamierzałam czynić niczego wbrew sobie.

- Powiedz lepiej, że mnie nie kochasz. Gdybyś mnie kochała to nie stanowiłoby dla ciebie żadnego problemu.

– Nie będę z tobą teraz dyskutować. Jesteś pijany i wygadujesz głupoty – powiedziałam spokojnie, choć byłam mocno zdenerwowana. Argument Jareda był ciosem poniżej pasa. Przesunęłam się na łóżku, po czym podniosłam z zamiarem opuszczenia pokoju, jednak chłopak unieruchomił mój nadgarstek w silnym uścisku, przywracając mnie do pozycji siedzącej.

– Puść, to boli! – zażądałam.

– A wiesz jak boli ciągłe odrzucanie?! Po co bez przerwy dajesz mi złudne nadzieje, skoro i tak nie zamierzasz uprawiać ze mną seksu? Po cholerę to wszystko?! Po co wysyłałaś mi te pieprzone liściki? – Podniósł ton głosu, coraz mocniej zaciskając palce na mojej ręce.

– Jakie liściki? – zapytałam, całkowicie zaskoczona.

– Te, w których pisałaś jak bardzo jesteś na mnie napalona. Nie udawaj, że nie pamiętasz – wrzasnął.

– Ale nie wysyłałam ci niczego takiego.

– Jasne, teraz zgrywasz cnotkę. Co jeszcze wymyślisz, może ktoś wysyłał to za ciebie? – brunet zakpił, patrząc ze złością w moje oczy.

– Jared, uspokój się – powtórzyłam powoli.

– Nie uspokoję się! Mam już dosyć! – krzyknął, a ja zaczęłam się naprawdę bać. Brunet obok nie zachowywał się jak mój chłopak, ale nieobliczalny psychol.

Po raz kolejny spróbowałam podnieść się z łóżka, jednak i tym razem zostałam powstrzymana. Picoult, nie zwracając uwagi na moje protesty, przygwoździł mnie swoim ciałem do materaca i próbował ściągnąć ze mnie ubranie.

Ze wszystkich sił starałam się odepchnąć go, jednak byłam zbyt słaba. Mój oddech najpierw płytki, stawał się coraz cięższy, by w końcu przerodzić się w szloch. Podrapałam bruneta po twarzy, jednak on natychmiast unieruchomił moje ręce w jednej swojej i próbował rozsunąć zieloną sukienkę, ale zamek zaciął się, przez co chłopak rozdarł materiał.

Zaczęłam krzyczeć. – Jared! Przestań! Powiedziałam nie! – Powtarzałam to wciąż od nowa, tyle że chłopak pozostawał obojętny na moje błagania. Szarpałam się, próbując zrzucić go z siebie. – Nie wierć się! Już wystarczająco długo czekałem, żaden inny nie byłby na tyle łaskawy! Jeszcze będziesz mi wdzięczna za spełnienie swoich fantazji z listów – wysapał, zsuwając ubranie z moich ramion.

Kiedy kompletnie straciłam nadzieję, drzwi otwarły się z hukiem, a silne ręce zrzuciły ze mnie bruneta. Odzyskując wolność, zwinęłam się w kłębek na brzegu łóżka, gdyż nie miałam siły, by się poruszyć. Gdy wreszcie uniosłam głowę, dostrzegłam, że moim wybawcą po raz kolejny okazał się Christian, który w tym momencie potrząsał Jaredem. Deveraux uderzył Picoulta, a ten zachwiał się, po czym upadł.

Blondyn spojrzał na mnie, a w jego źrenicach pojawił się dziwny przebłysk, który natychmiast zniknął. Odwróciłam od niego wzrok i poderwałam się na nogi, poprawiając ramiączka sukienki. Bez słowa ruszyłam ku drzwiom, ale On zastąpił mi drogę.

– Wszystko w porządku? – zapytał spokojnie jak nigdy.

– Nic nie jest w porządku – wydukałam przez łzy. – A ty pojawiasz się jak jakiś duch albo jasnowidz! Śledzisz mnie?

– Skąd ci to przyszło do głowy? – odrzekł jak gdyby nigdy nic.

Zmierzyłam go uważnym spojrzeniem i rozkładając ręce, krzyknęłam. – Więc dlaczego pojawiasz się zawsze kiedy mam kłopoty? – Nie odpowiedział, a ja nie zamierzałam spędzić z nim ani minuty więcej, toteż odwróciłam się i z całej siły nacisnęłam na klamkę.

– Dokąd idziesz? – zawołał za mną.

– Nie mam pojęcia! Odczepcie się ode mnie wszyscy, a ty przestań za mną łazić! – Podniosłam głos, po czym otarłam wierzchem dłoni resztki łez i trzasnęłam drzwiami.


***

Kilkadziesiąt minut później stałam w kuchni, opierając się o parapet i wyglądałam przez okno. Zdążyłam już trochę ochłonąć po wcześniejszym incydencie, jednak nigdzie nie odnalazłam Cassidy ani Olivera. Był tylko jeden pozytyw tej sytuacji, Jared najwidoczniej postanowił mnie unikać.

– Powinnaś skończyć z tym piciem, marnie wyglądasz. – Deveraux był jak wrzód, pojawiał się z zaskoczenia w najmniej odpowiednim momencie.

– No co ty nie powiesz – odburknęłam, upijając kolejny łyk piwa, które przyjemnie schłodziło moje gardło. W tym momencie nie potrafiłam sobie przypomnieć dlaczego wcześniej tak nie znosiłam tego złocistego napoju. Alkohol był cudownym remedium na rany duszy, więc już dawno powinnam po niego sięgnąć. Zaśmiałam się z własnej głupoty. Jak mogłam być taką masochistką.

– Jesteś pijana. – Natrętny głos przerwał moje rozważania.

– Ugh! Odczep się, jestem na ciebie obrażona – fuknęłam, a w tym samym momencie poczułam jak świat zaczyna niebezpiecznie wirować. W ostatniej chwili zdążyłam ochronić się przed upadkiem, łapiąc za coś twardego.

– Jakoś nie wyglądasz na szczególnie obrażoną, Dzwoneczku. – Dostrzegłam cień rozbawienia w jego głosie, ale nadal nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero kiedy uniosłam głowę, zorientowałam się, że moją podporą były ramiona tego kretyna.

– Ale jestem, trzeźwa też jestem i nie nazywaj mnie Dzwoneczkiem! – Odsunęłam się od niego z zamiarem zniknięcia w tłumie, jednak szedł za mną. Postanowiłam go zignorować, mając nadzieję, że zostawi mnie w spokoju, ale kiedy uniosłam do ust butelkę, bestialsko wyrwał ją z moich rąk.

– Dziś już więcej nie wypijesz, wystarczy – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu, na co tylko prychnęłam. – Trzeba było od razu powiedzieć, że chciałeś napić się ze mną.

– Dzisiaj nie piję.

– Uważaj, bo uwierzę. Może do tego trwasz w celibacie? – odpowiedziałam, śmiejąc się z własnego żartu.

– Jesteś najbardziej irytującą osobą pod słońcem – wymamrotał tak cicho, że z trudem dosłyszałam. To samo mogłabym powiedzieć o nim i tej jego wszechobecności. Pojawiał się w chwilach moich największych upokorzeń. – Zalanie się w trupa nie rozwiąże twoich problemów.

– Od kiedy bawisz się w jakiegoś kaznodzieję? W życiu nie pomyślałabym, że sam Christian Deveraux, największy bufon w promieniu dwustu mil będzie prawił mi morały.

– Ty naprawdę jesteś pijana, już nawet mówisz to, co myślisz. – Zdecydowanym ruchem złapał mój nadgarstek i zaczął prowadzić mnie w kierunku salonu. Nadążenie za jego szybkimi krokami było nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę wysokość obcasów, które miałam na stopach i lekkie problemy z koordynacją.

– I tak w ogóle skąd wiedziałeś, że przebiorę się za Dzwoneczka, nawet ja o tym nie wiedziałam – wybełkotałam, po czym ziewnęłam.

– Nie miałem pojęcia – odpowiedział po zbyt długiej chwili namysłu.

– Kłamiesz. Nazwałeś mnie Dzwoneczkiem kilka razy i to na pewno nie był przypadek. – Wycelowałam w niego palcem wskazującym wolnej ręki. – Skąd to wiedziałeś?

– Może się po prostu tobą przejmuję? – Odwdzięczył się pytaniem.

– Uważaj, bo uwierzę. Zresztą, mną nie trzeba się przejmować. Sama sobie świetnie radzę. - Zatrzymałam się i wyrwałam rękę z jego uchwytu. – Zaraz zwymiotuję. – Zakryłam dłonią usta i pochyliłam się do przodu, próbując pohamować ten odruch.

– Właśnie widzę. Przynieść ci papierową torbę?

Pokręciłam przecząco głową, co nie należało do zbyt mądrych posunięć. Poczułam silną wewnętrzną potrzebę położenia się na zimnej, gładkiej podłodze. Nie przeszkadzało mi nawet, że pewnie w ten sposób zniszczyłabym kostium. Osunęłam się na kolana, zamierzając ziścić ten diaboliczny pomysł, gdy poczułam czyjeś silne ręce podnoszące mnie do góry.

– Co ty robisz? – Irytacja w głosie blondyna spowodowała, iż z moich ust wyrwał się chichot, który został zagłuszony muzyką, dobiegającą z głośników.

– Po co w ogóle marnujesz ze mną swój czas? – zapytałam, czując jak pod powiekami formują się słone krople. Nie miałam najmniejszego powodu, by płakać, jednak moje ciało było najwidoczniej innego zdania. – Wracaj do tej swojej Megan! Ja cię nie potrzebuję! – Podniosłam dość znacznie głos, jednocześnie próbując odepchnąć blondyna jak najdalej od siebie.

Dostrzegłam, jak westchnął, a po chwili unieruchomił moje wątłe nadgarstki w swoich silnych dłoniach. – Dobrze zostawię cię, ale znajdę Cassidy, żeby się tobą zajęła.

– Nie jestem dzieckiem! – wykłócałam się.

– Dziwne, bo zachowujesz się jak rozpieszczony bachor – powiedział z rozdrażnieniem, by po chwili wziąć mnie na ręce oraz zanieść na najbliżej położoną kanapę.

– Poczekaj tutaj, zaraz wrócę – mówił powoli i głośno, jakby rozmawiał z osobą niedorozwiniętą umysłowo. Chciałam odmówić, ale zamiast tego pokiwałam głową, po czym położyłam się na jednej z poduszek leżących obok. Niczego nieświadomy Christian zostawił mnie samą i poszedł szukać mojej przyjaciółki.

W pewnej chwili poczułam, że muszę wstać. Pod wpływem alkoholu doszłam do wniosku, iż jestem w stanie samodzielnie trafić do domu, nie potrzebowałam niańki. Powoli, uważając aby nie stracić równowagi, podniosłam się do pozycji pionowej i chwiejnym krokiem ruszyłam ku wyjściu.

Na zewnątrz wiał lekki wiatr, a przez skąpy strój moim ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze, które próbowałam ignorować. Szłam niezwykle wolno, coraz poważniej odczuwając skutki nadmiaru etanolu. Co kilka chwil zupełnie bez powodu z moich ust wyrywał się chichot. Jednak wkrótce wcale nie było mi do śmiechu, z każdą upływającą sekundą nabierałam wrażenia, iż wokół jest coraz ciszej i ciemniej. Na ramiona wystąpiła gęsia skórka, gdy usłyszałam dobiegający gdzieś z tyłu odgłos pospiesznie stawianych kroków.

Natychmiast spanikowałam, lecz pierwszą myślą, jaka do mnie dotarła było to, że blondyn zorientował się w mojej ucieczce i ruszył za mną.

– Mówiłam, że nie jestem dzieckiem! – powiedziałam dobitnie, a gdy miałam się odwrócić, poczułam ostry ból w tyle głowy i ogarnęła mnie ciemność.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...