Spis

Blog autorski grupy Ailes

5 grudnia 2014

Iluzjon (Noemi Vain)



6. Niecodzienne zadanie


Mijały kolejne dni, a Deveraux wyraźnie mnie unikał. Ja też nie zbliżałam się do niego, nie mając pojęcia, co mu powiedzieć. Innym powodem było to, że za każdym razem, gdy myślałam o Christianie, odczuwałam silne wyrzuty sumienia. Moim chłopakiem był Jared, a coraz częściej tego żałowałam. Czułam się jakby do nogi przyczepiono mi ołowianą kulę. Nawet pocałunki Picoulta nie smakowały już tak samo.

Wiedziałam, że on niczym nie zawinił. Cóż, nie była to niczyja wina. Właściwie każda dziewczyna zauroczyła się nowym uczniem, ja nie byłam wyjątkiem. Łatwo było ulec. Blondyn wyglądał jak modele Calvina Kleina, a może nawet lepiej. W końcu nie widziałam go bez ubrań, więc nie mnie było oceniać.
Niestety, wychodziło na to, że poza świetnym ciałem posiadał też cięty język i wypaczony charakter. Był zdecydowanie zbyt pewny siebie, dziwny, dobijający, przystojny, dumny, intrygujący. Doskonale wiedział jak działa na płeć przeciwną i celowo to wykorzystywał, przez co poza fascynacją jego osobą, odczuwałam złość. Jednak nadal przeważało to pierwsze.
Oprócz tego był typem aroganckiego dupka. Wielu ludzi poznało smak jego ciętej riposty, a nie należało to do najprzyjemniejszych doznań. Macy Bitterman na przykład uciekła z kilku lekcji po tym jak nazwał ją 'małą lafiryndą', kiedy chciała pożyczyć od niego ołówek. Jak ktoś tak krnąbrny mógł mi się podobać?

Żeby przyspieszyć proces zapomnienia o Deveraux, postanowiłam się do niego nie zbliżać, czyli po prostu nie zmieniać niczego. Niestety nie przewidziałam jednego, co wcale nie zależało ode mnie.

- Cześć, Evangeline! - Dotarł do mnie wesoły głos Kevina, fotografa w gazetce szkolnej. Był mojego wzrostu, miał krótkie, rude włosy i zielone oczy. Ubierał się w jaskrawe kolory przez co przyciągał uwagę wszystkich wokół.

- Hej. - Odłożyłam na bok trzymaną w dłoniach książkę od historii. - Co cię tu sprowadza? - Spencer był młodszy ode mnie o dwa lata, więc niecodziennie zdarzało się, by przebywał w tej samej klasie, co ja.

- Pan Cavanaugh chce żebyś przyszła do niego po zajęciach. - Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając się czego mógł chcieć ode mnie opiekun koła dziennikarskiego. - A o co chodzi? - zapytałam.

Chłopak wzruszył ramionami. - Nic więcej nie mówił. Ja robię tylko za prostego kuriera. - Posłał mi krzywy uśmiech. Widziałam, że nad czymś się zastanawia.

- Chcesz powiedzieć mi coś jeszcze?

- Właściwie to... - Zerknął na mnie nieśmiało. Skinęłam głową, by kontynuował. - Wybierasz się na domówkę do Michaela? - Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale mnie ubiegł. - Bo ja będę robił zdjęcia, - machnął mi przed nosem swoim aparatem - a ty mogłabyś napisać o tym jakąś wzmiankę do gazetki.

- Aha, dobrze. - Ulżyło mi, że chodziło jedynie o to. W końcu Kevin był tylko dzieciakiem. No może nie do końca, ale ja traktowałam go raczej jak młodszego brata i myśl, że mógłby darzyć mnie czymś więcej niż przyjaźnią, przesłała ciarki po moich plecach. Ale właściwie kto normalny robi zdjęcia do szkolnej gazetki na imprezie?

Dokładnie w tym momencie rozbrzmiał dzwonek oznajmiający początek lekcji. Miałam rację, twierdząc, że profesor Morwinger nie lubi improwizacji. Za moje wymysły na teście dostałam marne D, a tak się starałam żeby pisać mądre rzeczy i w pewnym momencie nawet zaczęłam wierzyć, że poszło mi całkiem nieźle.

Uniosłam głowę do góry, zauważając, że nauczycielka patrzy na mnie z politowaniem i cieniem mściwej satysfakcji. Chyba słusznie darzyłam ją antypatią. Już sam jej wygląd wysyłał sygnały ostrzegawcze. Grube okulary, rude włosy zawsze upięte w wysoki kok, staroświecki ubiór i nieodłączne zaciśnięcie warg w wąską kreskę - znak rozpoznawczy historyczki sadystki.

Morwinger była najważniejszym powodem, dla którego cieszyłam się z tego, że wkrótce skończę swoją edukację w liceum w Appleton. Cassidy nadała nawet tej kobiecie jakże rozkoszne miano: zło wcielone. O ile mi wiadomo pseudonim rozprzestrzenił się w zawrotnym tempie i cała szkoła wiedziała, o kogo chodzi.

Przez całą lekcję siedziałam jak na szpilkach, mając nadzieję, że historyczka nie upoluje mnie do odpowiedzi. Jakoś nie znalazłam czasu, by pouczyć się w domu. Taksowanie wzrokiem sufitu było ciekawsze niż zapoznawanie się ze szczegółami prezydentury Roosevelta. Tak, zdawałam sobie sprawę, że z takim podejściem daleko nie zajdę, a już na pewno nie trafię do porządnego college'u, ale po prostu nie potrafiłam się zmobilizować, wiedząc, że gdzieś tam czyha na mnie psychopata. Co prawda od soboty nie dał znaku życia, ale to pewnie stanowiło tylko element jego chorej gry. Chciał zaskoczyć mnie swoim kolejnym ruchem, więc wolałam być na to przygotowana.

Nagle poczułam lekkie kopnięcie w kostkę. Zwalczyłam odruch jęknięcia i zerknęłam na Cass, sugestywnie wyginając brew. Dziewczyna wyrwała kartkę z zeszytu, po czym szybko coś na niej nabazgrała.

Mogę nocować u Ciebie w weekend? Moi rodzice wyjeżdżają i nie chcę być sama.

Przecież wyjeżdżają co tydzień... Wcześniej nie miałaś z tym problemu - odpisałam.

Już mnie nie lubisz? Dlaczego nie chcesz ze mną spać?

Prawie parsknęłam śmiechem. W ostatniej chwili zakryłam usta ręką. - Wariatka! Możesz u mnie nocować, ale dostaniesz własne łóżko.

Oddałam jej skrawek papieru i zaczęłam się zastanawiać, co spowodowało jej prośbę. Blondynka nie należała do osób strachliwych, krótkie chwile samotności też jej zazwyczaj nie przeszkadzały. - Chyba że... Nie, to niemożliwe. - Zwalczyłam dziwną myśl, która zaczęła formować się w mojej głowie.

- Cass... - zaczęłam przeciągle, przyciągając jej uwagę. - Co sądzisz o Olivierze, moim kuzynie?

Dziewczyna spojrzała na mnie, odłożywszy długopis na stół. - A co mam niby o nim sądzić? Nie znam go nawet, ale wydaje się całkiem, całkiem. - Uniosła ku górze jeden kącik ust. - Gdyby był o kilka lat młodszy to może...

- A co z Michaelem?

- Nic. Co ma być? Obserwuję jak powoli stacza się w dół. Myślę, że dna sięgnie w piątek, kiedy upije się razem z resztą tej swojej koszykarskiej bandy - stwierdziła gorzko.

Nie odpowiedziałam, bo po prostu nie wiedziałam, co powiedzieć. Zdawałam sobie sprawę, że Jared będzie robił to samo. Raczej nie wyłamywał się z działań swojej paczki, choć ostatnio obiecał, że w piątek zajmie się wyłącznie mną. Niestety jego plany nie miały prawa się spełnić, nie byłam jeszcze gotowa na kolejny krok w naszym związku... więc chyba najlepiej będzie jeśli Picoult upije się do nieprzytomności, a ja się potajemnie ulotnię.

***
Energicznie zapukałam w mahoniowe drzwi gabinetu profesora Cavanaugh. Przez ostatnie dwa lata stałam się tu częstym gościem, poznałam więc dość dokładnie każdy zakamarek tego pomieszczenia i już nic nie było w stanie mnie zadziwić. Dlatego też nie czekałam aż profesor zaprosi mnie do środka, ale weszłam sama.

W momencie, w którym uchyliłam drzwi, do moich nozdrzy doleciał zapach starych gazet i duszących kadzidełek. Pomieszczenie było niewielkie, wręcz zagracone tekturowymi pudłami, przeróżnymi księgami i leciwymi bordowymi fotelami. Na stolikach zajmujących miejsce przy ścianach stały terraria, w których gnieździły się tarantule.

Weszłam w głąb gabinetu, dostrzegając wąskie przejście zakryte fioletową kotarą. Pamiętałam, że skrywała ona zakątek profesora, w którym wywoływał zdjęcia.

- Dzień dobry - odezwałam się wreszcie po kilkudziesięciu sekundach.

- Moment! - Dobiegł mnie stłumiony męski głos.

Chwilę później ze swojej ciemni wyszedł profesor we własnej osobie, a z nim młodszy, wysoki mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Na twarzy pana Cavanaugh dostrzegłam ledwie widoczny cień zakłopotania, kiedy spojrzał na towarzyszącego mu bruneta.

- No, tak. Dziękuję za wizytę.

Uścisnął dłoń mężczyzny, zachęcając go do wyjścia.

- Przyjdę jeszcze jutro - odpowiedział brunet, a po chwili spojrzał na mnie. Był całkiem przystojny i na pierwszy rzut oka wydawał się miły, jednak jego ciemne, prawie granatowe oczy nie wyrażały żadnych emocji.

- Jestem Jason. Przez jakiś czas będę asystował szkolnej pedagog, więc gdybyś miała jakieś problemy, chętnie służę pomocą. - Przedstawił się, intensywnie patrząc na moją twarz.

- Evangeline. Miło poznać, ale raczej nie skorzystam z propozycji.

- Gdybyś jednak kiedyś czegoś potrzebowała, wiesz gdzie mnie znaleźć. - Uśmiechnął się serdecznie i na pożegnanie skinął głową. Kiedy opuścił pomieszczenie, zwróciłam się do nauczyciela.

- Kevin mówił, że chciał pan mnie widzieć.

- No i miał rację. - Odłożył biała kopertę na stół, po czym napełnił stojącą obok szklaneczkę nalewką pigwową. Tajemnicą poliszynela był pociąg pięćdziesięciolatka do alkoholu.

Na jego pooranej zmarszczkami twarzy dostrzegłam ślady czarnego tuszu. Niegdyś kasztanowe, teraz siwiejące, przydługie włosy oklapły na czubku sporej głowy. Jedynie bystre, brązowe oczy nie straciły przez upływające lata nic ze swej przenikliwości. Mężczyzna miał na sobie rozciągnięty szary sweter, który sięgał mu prawie do kolan. Cavanaugh nie dbał o wygląd, gdyż nie przywiązywał wagi do spraw tak błahych. Wolał oddać się całkowicie swym licznym pasjom.

Zniecierpliwiona opieszałością Cavanaugh postanowiłam skłonić go do głębszych wynurzeń. - Ale o co chodzi, panie profesorze?

Mężczyzna zerknął na mnie tajemniczo, a w jego oczach pojawiły się drobne iskierki podekscytowania. - Nie chcę cię martwić, Evangeline, lecz ostatnio dzieje się z tobą coś złego. Opuszczasz zajęcia koła dziennikarskiego, nie wykazujesz inicjatywy, unikasz pisania artykułów do gazety szkolnej. Tak nie zachowuje się osoba, która powinna nadzorować pracę innych. I co ja mam z tobą teraz zrobić, dziecko? - Pociągnął ze szklanki spory łyk alkoholu, po czym skinął głową, jakby zachęcając mnie do odpowiedzenia na zadane właśnie pytanie.

Wzruszyłam ramionami i czując zalewającą mnie falę wstydu, wlepiłam wzrok w podłogę. - To tylko chwilowe, naprawdę. Wkrótce wszystko wróci do normy. Obiecuję - wykrztusiłam przytłumionym głosem.

- Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałem, jednak mimo wszystko postanowiłem ci pomóc.

Posłałam nauczycielowi zdziwione spojrzenie. - Pomóc?

- Jednym z najtrudniejszych zadań jest wybranie odpowiedniego tematu. Takiego, który zainteresuje czytelnika, jednocześnie pozostawiając autorowi nutę satysfakcji. - Uśmiechnął się do swoich myśli, by po chwili kontynuować. - Sam byłem kiedyś młody i wiem jak nastolatki podchodzą do niektórych spraw. Wszystko wydaje wam się błahe, szukacie wiatru w polu, zagłębiacie się w świat iluzji, nie dostrzegając perspektyw, jakie stawia przed wami rzeczywistość.

Starałam się dokładnie wysłuchać wszystkiego, co Cavanaugh miał do powiedzenia, niestety podobne rzeczy powtarzał tak często, że mimowolnie odpłynęłam. Dopiero słowa: "I w ten sposób wybrałem temat za ciebie" ściągnęły mnie na ziemię.

- Ale jaki? - zapytałam z niemałym podekscytowaniem.

- Czy słyszałaś to, co przed chwilą powiedziałem? Chyba pora skończyć z tymi bezsensownymi monologami. Wybacz staremu człowiekowi jego drobne dziwactwa - odpowiedział z ledwie wyczuwalną nutą ironii. - A wracając do tematu, powiedziałem, że nieczęsto w naszej szkole pojawia się nowy uczeń. Mogłabyś napisać krótką notkę o panu Deveraux, żeby oswoić z nim ludzi. Jestem pewien, że chłopak czuje się tu dziwnie, a my powinniśmy okazać mu wiele gościny. Poza tym dowiedziałem się o nim kilku ciekawych rzeczy, więc ta praca ci się nie znudzi.

Gdybym nie była w tak wielkim szoku, pewnie zaczęłabym krzyczeć, płakać i błagać żeby ktoś mnie uszczypnął, wyrywając z omamów sennych. To było lekką przesadą. O ile potrafiłam zrozumieć zafascynowanie dziewczyn przystojnym nowym uczniem, o tyle chęć profesora Cavanaugh do stawiania Christiana na piedestale wydała mi się co najmniej absurdalna.

- Chyba nie mogę się na to zgodzić - wybąkałam, czując pieczenie na policzkach. - Przecież Deveraux jest zwykłym człowiekiem. To normalne, że w szkole pojawia się ktoś nowy. Nie trzeba pisać o nim od razu artykułu. - Zamilkłam na chwilę, szukając jakiegoś argumentu na poparcie swojego sprzeciwu. - Zresztą, chyba mam o wiele lepszy pomysł.

Mężczyzna ze zdumienia rozwarł szerzej oczy. - A jaki? - I tu mnie miał. Nie wymyśliłam niczego mądrego, więc wyrzuciłam na wydechu pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
- Coroczna zbiórka żywności dla bezdomnych kotów.

Profesor omal nie parsknął śmiechem. - Głodne koty to naprawdę poważny problem naszej społeczności, choć osobiście śmiem wątpić w to, że uczniowie liceum zechcą kupić gazetę, w której najciekawsza będzie wzmianka o tym, że Mruczek wysiorbał spodek mleka. - Podszedł do biurka i wyciągnął z szuflady egzemplarz Daily Star. - Jeśli chcesz dołączyć kiedyś do grona najlepszych musisz szukać sensacji, i uwierz mi, ten nowy uczeń ma fascynującą przeszłość, a żeby ją odkryć wystarczy się jedynie trochę wysilić.

Zmrużyłam powieki, próbując zdusić chęć wyrażenia uszczypliwej opinii. Nie podejrzewałam Deveraux o ciekawą przeszłość. Wiedziałam o nim tylko tyle, że jego rodzice umarli, a on po ich śmierci zamieszkał u ciotki i odziedziczył całkiem pokaźną sumkę. Ilekroć zastanawiałam się nad tym, co mogło spowodować, że stał się takim dupkiem, dochodziłam tylko do jednego rozwiązania: on po prostu urodził się jako snobistyczny, zapatrzony w siebie bufon. Oprócz tego byłam pewna, że gdy mieszkał w Nowym Jorku jego życie toczyło się wokół alkoholu, imprez i zaliczania panienek.

Pomimo mojego nastawienia, jednemu nie mogłam zaprzeczyć, perspektywa przekonania się jaka była prawda, którą właśnie ofiarował mi nauczyciel, stanowiła nie lada pokusę. Tyle że chyba nawet to nie było warte konieczności obcowania z blondynem, który bardzo dziwnie na mnie wpływał.

- Przepraszam, ale myślę, że nie dam rady. On nie będzie chciał ze mną rozmawiać i z pewnością nie zgodzi się na to, by opisywać jego życie w naszej gazetce.

Profesor poklepał mnie po ramieniu. - Widzę, że się go boisz, ale każdy człowiek ma w sobie coś ludzkiego. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka Deveraux jest zimny i ostry, wystarczy dobrze go podejść, a zgodzi się na wszystko - pięćdziesięciolatek rzucił lekkim tonem. - Zresztą, jeśli sobie nie poradzisz, wyślę kogoś innego.

Po jego słowach postanowiłam spróbować, w końcu błękitnooki nie pożerał ludzi, więc raczej nie miałam powodów, by się aż tak bardzo obawiać.

***
Środa i czwartek minęły w zastraszającym tempie, a ja nadal nie wiedziałam od czego zacząć zbieranie materiałów o Deveraux. W piątek rano postanowiłam więc poprosić Cassidy o pomoc. Przez dłuższy czas zastanawiałam się jak ukryć przed nią prawdziwy powód moich obaw, ale kiedy weszłam do szkoły problem rozwiązał się sam.

Oto przy mojej szafce stał pewien ubrany na granatowo blondyn. Trzymał ręce w kieszeniach swoich dżinsów i nonszalancko opierał się o ścianę. Wyglądało to tak jakby czekał na moje przybycie, ale kiedy do niego podeszłam nie zaszczycił mnie nawet krótkim spojrzeniem. Lekko urażona odwróciłam wzrok i zajęłam się wyjmowaniem książek, ale moje zdradzieckie oczy mimowolnie wędrowały w kierunku Christiana, który wciąż stał w tej samej pozycji i ukradkowo na mnie spoglądał. To było... dziwne. Nie mogłam już znieść tej sytuacji, więc trzasnęłam drzwiczkami szafki mocniej niż było to konieczne i obróciłam się, by stanąć twarzą w twarz z najbardziej irytującym, a zarazem magnetycznym osobnikiem, jakiego znałam.

- Cześć! - Moje zachowanie najwyraźniej go zaskoczyło, bo jego twarz przeszył ledwie dostrzegalny grymas.

- Cześć - odpowiedział zwyczajnym tonem, czym zachwiał moją nowo nabytą stanowczością. Przez moment staliśmy i zwyczajnie na siebie patrzyliśmy, a ja nie wyczuwając niekorzystnej aury, która zwykle otaczała tego chłopaka postanowiłam spróbować wykonać moje zadanie.

- Czekasz na kogoś? - zapytałam podejrzliwie.

- Nie. Podziwiam okoliczne widoki. - Posłał mi niewymuszony uśmiech, tym samym wywołując podobny efekt na mojej twarzy. - Masz rzęsę na policzku. - Bez ostrzeżenia dotknął dłonią mojej skóry, przez co zapłonęła żywym ogniem. Szybko zamrugałam powiekami i lekko odsunęłam się od niego, przerywając ten kontakt. Ten gest był tak niepodobny do Deveraux, którego znałam, że zaczęłam zastanawiać się, czy to wszystko dzieje się naprawdę.

- Mogę zadać ci jedno pytanie?

Blondyn przekrzywił lekko głowę i kiedy myślałam, że nic z tego nie wyjdzie, przemówił.
- Zapytać możesz o wszystko, ale nie gwarantuję, że udzielę odpowiedzi.

Zachęcona jego życzliwym zachowaniem, postanowiłam zapytać o jedną z najbardziej oczywistych rzeczy, jednak jeszcze nie chciałam zdradzić mu powodu mojego zainteresowania. Nie byłam naiwna, gdyby tylko dowiedział się, że chodzi o artykuł od szkolnej gazetki, marny byłby mój los.

- Dlaczego tak właściwie przyjechałeś do Appleton? Miałeś do wyboru tyle innych miejsc.

Chłopak zmrużył oczy i wzruszył ramionami.

- Ale przecież musiał być jakiś powód - naciskałam dalej.

- Właściwie był... jeden - zaczął konspiracyjnym szeptem, po czym nachylił się nade mną, a jego usta znalazły się przy moim uchu. Znów poczułam charakterystyczny zapach piżma, skóry i cytrusów. - Szukam żony z małego miasteczka, takie są podobno najbardziej posłuszne mężowi i najlepsze w łóżku. Takie naiwne, że aż się proszą, żeby je wykorzystać.

Cały czar prysł. Ze zdumienia otworzyłam szeroko oczy i uderzyłam chłopaka w ramię. Odsunęłam się od Christiana, dostrzegając kpiarski uśmieszek, który igrał na jego pełnych wargach. - Myślałam, że jesteś poważny, ale zachowujesz się jak rozkapryszony dzieciak - wyrzuciłam na jednym wydechu.

- Przykro mi, nie chciałem cię urazić. - Z pewnością naigrywanie się ze mnie dostarczało mu jakiegoś pokręconego rodzaju satysfakcji.

- Wcale nie wyglądasz jakby było ci przykro - wytknęłam.

Deveraux nadął policzki i teatralnie westchnął, a jego błękitne oczy zalśniły łzami. - Płaczę wewnętrznie - stwierdził, przykładając otwartą dłoń do swojej klatki piersiowej na wysokości serca. - Odpowiedź była równie irytująca, co pytanie, Dzwoneczku.

- Nie mów tak do mnie.

- Postaram się. Nie szalej zbytnio na dzisiejszej imprezie, nigdy nie wiadomo, co w Halloween czai się w ciemnościach, Dzwoneczku. - Jak gdyby nigdy nic odwrócił się i zniknął w tłumie, a ja stałam niczym słup soli na środku korytarza. Do rzeczywistości przywrócił mnie dopiero czyjś piskliwy głos.

- Lepiej pilnuj swojego Jareda, Ev. Chris nie jest dla ciebie.

Spojrzałam z politowaniem na wyższą ode mnie brunetkę, która chyba właśnie przeżyła bliskie spotkanie trzeciego stopnia z solarium. - Nie martw się, Meg. Zostawiam go tobie, ale lepiej spiesz się, zanim jakaś inna sprzątnie ci go sprzed nosa. Tak często zmieniasz facetów, że Deveraux może uważać cię za zajętą - odpowiedziałam jej z wymuszonym uśmiechem.

- Niech cię o to głowa nie boli, już dzisiaj się nim odpowiednio zajmę. - Błysnęła swoimi wybielonymi do granic możliwości zębami. - Ty też powinnaś poświęcić więcej uwagi Picoultowi. Wyposzczony chłopak, to zły chłopak, a niejedna chętnie cię zastąpi. - Uśmiechnęła się z wyższością i odeszła, zarzucając swoimi prostymi włosami.

Ten piątek już okazał się okropny, a nie wybiła nawet ósma rano. Wolałam nie myśleć o tym, co zdarzy się potem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...