Spis

Blog autorski grupy Ailes

21 listopada 2014

Iluzjon (Noemi Vain)



Rozdział 5. Nie zadzieraj z ochroniarzem



Przyznaję, czarna lilia zaniepokoiła mnie do tego stopnia, że postanowiłam rozgryźć jej znaczenie. Może osoba, która ją zostawiła, chciała coś przekazać poprzez wybór tego właśnie kwiatu? Niestety, jak to w życiu bywa, każde źródło podawało nieco odmienne informacje. Tak więc lilia symbolizowała niewinność, szczere intencje, dobre zamiary, ale również kłamstwo. Trudno było wybrać jedną opcję, choć osobiście skłaniałam się ku ostatniej.

Jednak mimo wszystko to nie ten kwiat zaprzątał moje myśli przez większość czasu. Rozgościł się w nich bowiem pewien blondyn o przenikliwym, chłodnym spojrzeniu, które mogłoby skruszyć nie jedno serce. Chociaż wciąż próbowałam wyrzucić go z umysłu, za każdym razem osiągałam podobnie mierny efekt. Christian stanowił modelowy przykład niebezpiecznie intrygującego osobnika. Należał do tego typu ludzi, którzy raz przekroczywszy czyjąś ścieżkę, kroczą nią dalej, już niezależnie od woli samych zainteresowanych. Niestety trafiło właśnie na mnie.
Miałam dziewięćdziesięcioprocentową pewność, iż jego nazwisko - Deveraux - nie było mi obce, ale nie mogłam skojarzyć go z niczym konkretnym. Jasne, sprawdzenie tego w internecie nie stanowiło problemu, jednak wahałam się, czy mogę naruszać w ten sposób sferę jego prywatności. Nie byłam jakimś przeklętym detektywem, a zagłębianie się w czyjąś przeszłość mogło nieść ze sobą poważne konsekwencje, jak na przykład pogłębienie obsesji - chyba mogłam tak nazwać moje zafascynowanie tym nieznajomym chłopakiem. Cóż, sen o pocałunku zupełnie obcej osoby i ciągłe myślenie o niej raczej nie zaliczało się do normalnych zachowań.

Wszelkimi dostępnymi środkami próbowałam przywołać mój mózg do porządku, jednak to nic nie dawało. Nadal miałam przed oczami tę niesforną blond czuprynę.

- Dobra, dość myślenia o Christianie! - rozkazałam sobie i przekierowałam umysł na zastanowienie się nad kwestią ostatniej wiadomości. 'Przeszłość dogania teraźniejszość' - co to miało niby znaczyć? Może moja pamięć była upośledzona? W każdym bądź razie nie przypominałam sobie żadnego zamaskowanego osobnika, którego miałabym spotkać wcześniej. A może nikogo takiego nie było? Może ten mężczyzna pomylił mnie z kimś innym? Tryby w moim mózgu obracały się w szaleńczym wręcz tempie, ale to nadal było zbyt wolno. Przydałby się ktoś do pomocy. Jednak policja nie zamierzała kiwnąć palcem, rodzice nie mieli pojęcia, o co chodzi, a przyjaciół dla ich własnego bezpieczeństwa wolałam w to wszystko nie mieszać.

Nie byłam głupia, poważnie traktowałam groźbę skierowaną pod moim adresem, choć w głębi mego znerwicowanego serca tliła się jeszcze iskierka nadziei na bezbolesne rozwiązanie tej sprawy. Do głowy przychodziły mi różne pomysły. Może miałam sobowtóra, który zadarł z niewłaściwym facetem albo to wszystko było tylko kiepskim żartem? Każda teza wydawała się jednak błędna i mocno naciągana.

Jakkolwiek melodramatycznie może to zabrzmieć, ostatnią deską ratunku, ku mojemu niezadowoleniu, pozostawał prywatny ochroniarz. W końcu tacy napakowani faceci mają doświadczenie w podobnych sprawach. A nawet jeśli nie, to przynajmniej wzbudzają respekt i strach. Sama, widząc do przesady umięśnionego, wytatuowanego, ogolonego na łyso mężczyznę nabierałam dziwnej ochoty na natychmiastową ucieczkę do Tadżykistanu. Nagły dzwonek do drzwi sprawił, że podskoczyłam w miejscu.

- To pewnie ten ochroniarz - pomyślałam i skrzywiłam się, wychodząc z pokoju. Jakoś nie potrafiłam zdobyć się w tym momencie na optymizm. Wolno zeszłam po schodach, przygotowując się na spotkanie z grubym pakerem. Oparłam się o ścianę, patrząc jak Meredith otwiera drzwi przed naszym gościem.

Kiedy zobaczyłam tego, kto przyszedł, przeżyłam mały, prywatny szok. To na pewno nie był żaden osiłkowaty gbur, a przynajmniej na takiego nie wyglądał. Jak dotąd nie wątpiłam w decyzje ojca, ale ten facet nie przerażał nawet mnie, więc czy na pewno nadawał się na to stanowisko?

- Dzień dobry - powiedział uprzejmie do Meredith, po czym skłonił się w moją stronę. - Oliver West, od dzisiaj mam być tu ochroniarzem. Ty pewnie jesteś Evangeline? - zagadnął, unosząc brew. Był dość wysokim blondynem o brązowych oczach, wyglądającym na jakieś dwadzieścia osiem lat. Ubrany na czarno wydawał się dość mizerny, choć pod koszulką rysowały się mięśnie całkiem imponujących rozmiarów.

- Tak - odburknęłam, nawet nie siląc się, by zabrzmiało to uprzejmie.

- Mam tu mieszkać dopóki twoi rodzice nie wrócą, więc gdzie jest mój pokój? - Naprawdę szybko przechodził do konkretów. Dopiero teraz zauważyłam, że trzymał w ręce czarną torbę.

- Evangeline pana zaprowadzi, prawda? - Meredith spojrzała na mnie wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu.

W rezygnacji kiwnęłam głową. - Dobrze. Proszę za mną - mruknęłam w stronę Olivera, po czym poprowadziłam go na pierwsze piętro do pokoju znajdującego się obok mojej sypialni. Ojciec uparł się, że tak będzie najbezpieczniej. - Ciekawe dla kogo? - pomyślałam.

- Zawsze jesteś taka markotna? - Baryton mężczyzny przerwał ciszę, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Różnie z tym bywa, ale chyba nie oczekujesz, że zacznę skakać z radości? To jest naruszenie mojej prywatności! - odpowiedziałam na pytanie, podnosząc przy tym głos.

Nacisnęłam klamkę do jego nowego azylu, po czym zapaliłam światło. Beżowe ściany pomieszczenia kontrastowały z burgundową pościelą i niewielkim, granatowym dywanem. Z okna znajdującego się naprzeciw drzwi rozciągał się widok na skąpaną w wieczornym mroku ulicę i ścieżkę prowadzącą do domu.

- To tu - poinformowałam, a blondyn rozejrzał się dokoła, rzucając torbę obok łóżka.

- A gdzie jest twój pokój? - zapytał, podchodząc do okna i odchylając na bok ciemne zasłony.

- Obok twojego, ale nie wchodź tam, chyba że będę wrzeszczeć i naprawdę głośno wzywać pomocy, choć to się raczej nie wydarzy. - Zaplotłam ręce na piersi i już miałam wyjść, jednak zatrzymał mnie jego głos.

- Cóż, niestety muszę cię rozczarować. - Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek i machnęłam ręką, by kontynuował. Uśmiechnął się ironicznie i wymamrotał coś, co brzmiało jak: 'Typowa, rozpieszczona nastolatka'. Już miałam się odgryźć, ale uzmysłowiłam sobie, że miał trochę racji, zachowywałam się dziwacznie, zupełnie jak nie ja.

- Powinienem przeszukać twoją sypialnię. - Prychnęłam, nie zamierzałam pozwolić żeby obcy facet przeglądał moje prywatne rzeczy. - Nie ma mowy - zaoponowałam.

- Nie proszę o pozwolenie, tylko oznajmiam. I tak to zrobię, więc lepiej współpracuj - powiedział twardo, a ja zastanawiałam się, po co ma grzebać w moich szafach. Chyba zauważył moją niepewność, bo dodał, wywracając oczyma. - Muszę sprawdzić czy ktoś nie zamontował podsłuchu albo kamery. - Otworzył drzwi prowadzące do łazienki, zajrzał do środka, po czym podszedł do mnie.

Głośno przełknęłam ślinę, jeśli ktoś zainstalował w moim pokoju kamerę, to równie dobrze filmiki ze mną w roli głównej mogły krążyć już na you tube. Jednak to nadal nie zmieniało postaci rzeczy. - Sama przeszukam pokój, więc nie musisz zaprzątać sobie tym głowy.

West zlustrował mnie spojrzeniem, a z wyrazu jego twarzy wyczytałam, że rozbawiła go moja odpowiedź. - Nie wyglądasz na spostrzegawczą, więc raczej będę musiał zrobić to osobiście.

- A ty nie wyglądasz na ochroniarza, ale jakoś ci tego nie wypominam. - Wyrzuciłam z siebie to, co przyszło mi na myśl od razu, gdy go zauważyłam. Jakim prawem twierdził, że nie jestem spostrzegawcza? Nawet mnie nie znał.

Zanim się zorientowałam, leżałam na ziemi z wykręconymi do tyłu rękoma. Warknęłam, ale dźwięk jaki uzyskałam przypominał raczej krztuszenie się astmatyka. - Złaź ze mnie! - krzyknęłam.

- Jak widzisz, pozory mylą. Jestem żołnierzem zawodowym, więc lepiej ze mną nie zadzieraj. - Jego słowa zabrzmiały jak groźba. Chyba faktycznie przesadziłam, nie doceniając go. - I skończ z tą pozą skrzywdzonej przez cały świat księżniczki. Tobie najbardziej powinno zależeć na własnym bezpieczeństwie, ale jeśli jest inaczej, to chyba nie mam tu czego szukać. - Każde słowo docierało do mojego umysłu, uzmysławiając mi jak się zachowywałam. On miał mi pomóc, a traktowałam go jakby było wprost przeciwnie.

- Przepraszam - szepnęłam twarzą do podłogi. Mężczyzna pomógł mi wstać po czym ruszył do mojej sypialni. Nie poszłam za nim, nie chcąc być świadkiem tego, jak przegrzebuje moje rzeczy. Usiadłam na dywanie w korytarzu i po prostu czekałam.

Po piętnastu minutach opuścił mój pokój i minął mnie bez słowa. Dopiero gdy otwierał drzwi do siebie, przemówił. - Nic tam nie było, a teraz idź spać. Dobranoc. - Zniknął w swojej sypialni. Jego głos był stanowczy i nieugięty.

- Jeszcze tego brakuje, żeby mówił mi, kiedy mam spać. Chyba zwariuję - wymruczałam pod nosem, wstając z podłogi. Jeśli wcześniej za najgorszych miałam gburowatych ochroniarzy, to grubo się myliłam. Oliver West bił wszystkich na głowę.

***

Od zawsze uważałam poniedziałek za najgorszy dzień tygodnia i nie zamierzałam zmieniać zdania. Oznaczał powrót do obowiązków, koniec weekendowego odpoczynku i starcie ze światem zewnętrznym. Szkoda, że nie można było wykreślić go z kalendarza.

Z ociąganiem założyłam na siebie sukienkę w czerwono - granatową kratkę, sięgającą do kolan, a na wierzch szary, zapinany sweter. Przeczesałam włosy i zeszłam do kuchni. Po wypiciu szklanki soku pomarańczowego rozejrzałam się wokół. Nigdzie nie dostrzegłam Meredith ani Olivera, a było już dosyć późno, więc nie za bardzo wiedziałam, co zrobić. Niby West miał zawieźć mnie do szkoły, ale skoro go nie było, postanowiłam wybrać się tam na piechotę.

Wyjrzałam przez okno, na niebie gromadziły się ciemne chmury, więc przeczuwając nadchodzące opady założyłam na stopy kalosze. Wrzuciłam parasol do torby i wyszłam na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.

Z kieszeni wyjęłam ipoda i włożyłam do uszu słuchawki, z których natychmiast popłynęły dźwięki muzyki, zagłuszając odgłosy rzeczywistości.

Nagle czyjeś dłonie zasłoniły mi widok. Sparaliżował mnie strach, uniemożliwiając wykonanie nawet najmniejszego ruchu. - Najgłupsza możliwa reakcja na zagrożenie - pomyślałam, wściekając się na własne ciało. Wykorzystując całą siłę umysłu, pochyliłam się do przodu, próbując się wyrwać, ale jedynym efektem, jaki uzyskałam było spadnięcie słuchawek na ziemię. Krzyknęłam w panice i zaczęłam miotać się bezskutecznie na boki. Po chwili doszedł mnie szept. - Zgadnij kto.

Rozwiązanie od razu znalazło się w mojej głowie, a wraz z nim obudziły się mordercze instynkty. - Jared - syknęłam.

- Aha - chłopak odpowiedział z radością, nie wyczuwając w moim głosie irytacji. Gdy tylko odsunął się ode mnie, odwróciłam się i wściekle dysząc, warknęłam. - Nie rób tego nigdy więcej, bo dostanę zawału. - Każde słowo akcentowałam uderzeniem palca w jego klatkę piersiową.

Spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły, ale nie zdążył nawet otworzyć ust, bo znalazł się na ziemi, powalony przez mojego ochroniarza. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Picoult został przygnieciony ciałem Westa, ten drugi docisnął twarz mojego chłopaka do trawy, wykręcił mu ramiona na plecach, po czym jedną ręką uniósł jego głowę do góry. - I co powiesz teraz, gnojku?

Nie miałam pojęcia, co zrobić, po prostu patrzyłam na zaistniałą sytuację szeroko otwartymi oczami. - Ev, zrób coś do cholery! - dotarło do mnie rzężenie Jareda. Zerknęłam na niego z przerażeniem, próbując mentalnie przekazać mu jak przykro mi było.

- Znasz go? - zapytał Oliver, podciągając bruneta do pionu. Kiwnęłam głową. - Tak, to mój chłopak. Proszę, puść go. - Blondyn zrobił to, o co prosiłam, a Picoult zachwiał się na nogach. Podbiegłam do niego, by nie upadł.

- Koleś, kim ty, do jasnej cholery jesteś, że tak napadasz na niewinnych ludzi?! - Jared pomimo swojej słabej kondycji fizycznej, nabrał ochoty na kłótnię. Ochroniarz zlustrował go wzrokiem, najwyraźniej sprawdzając, czy należy się go obawiać, ale chyba doszedł do wniosku, że nie.

- To mój nadopiekuńczy kuzyn, Oliver. - Weszłam Westowi w słowo, wymyślając na poczekaniu kłamstwo. Blondyn posłał mi pytające spojrzenie, ale nie wydał mnie.

- To zajebistą masz rodzinkę - zauważył brunet, a w jego głosie można było wyczuć sarkazm. Starszy mężczyzna zerknął na niego gniewnie, przez co Jared zaczął się niezręcznie tłumaczyć. - Nie żebym cię nie lubił, czy coś. Bardzo sympatycznie wyglądasz, ale podarłeś mi ulubioną koszulę. - Rozłożył ręce w wyrazie kapitulacji i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.

- No to my już jedziemy. - Uratowałam resztki godności mojego chłopaka. Naprawdę nie miałam pojęcia, co w Oliverze tak go przeraziło. Był co prawda całkiem przystojny, dobrze zbudowany i miał ten charakterystyczny błysk w oku, ale nawet ja się nie bałam. Gdyby go lepiej poznać, mógł okazać się całkiem sympatycznym facetem.

West poprawił swoją czarną marynarkę, po czym z jej kieszeni wyjął kluczyki. - Masz rację. Inaczej spóźnisz się do szkoły. Pożegnaj się z przyjacielem i jedziemy. - Obrócił się, nie dając mi szansy na wykłócenie się i ruszył w stronę swojego czarnego, błyszczącego range rovera.

- Dziwny ten twój kuzyn. Ma naprawdę mocny chwyt, więc wolę z nim nie zadzierać. - Jared mówił, idąc obok mnie. Położył rękę na moim ramieniu i złożył lekki pocałunek na moim policzku.

Zaśmiałam się, obracając głowę w jego stronę i przykładając usta do jego warg. Wplotłam palce jednej ręki w jego włosy i równie szybko jak zaczęłam, oderwałam się od niego. Zerknął na mnie, nie rozumiejąc o co chodzi.

- Nie musisz bać się Olivera. Dopóki jesteś ze mną, nic ci nie grozi.

Jared mrugnął do mnie, szeroko się uśmiechając. - Wcale się go nie boję. Spójrz na te mięśnie. - Napiął ramię, demonstrując całkiem spory biceps. Dotknęłam go dłonią. Faktycznie był dosyć twardy, jednak lubiłam się z nim droczyć.

- Cóż, widziałam większe. - Zaśmiałam się dźwięcznie, zostawiając chłopaka i biegnąc w stronę auta.

- Chciałabyś, mała.

Wsiadłam do samochodu i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zerknęłam na Olivera, który był wyraźnie rozbawiony. - Następnym razem nie bij moich przyjaciół. Nie uczyli was, że najpierw trzeba pytać, a później atakować?

Odpalił silnik. - Tak właściwie to kazali nam robić na odwrót. Zresztą, skąd miałem wiedzieć, że jest twoim chłopakiem? - Zerknął w moją stronę. - Wyglądało to tak jakbyś chciała wydłubać mu oczy.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, West leżałby już sześć stóp pod ziemią. Nie odpowiedziałam na jego zaczepkę, nie musiał wiedzieć jak bardzo denerwujący czasem potrafił być Jared. Przyłożyłam czoło do szyby i obserwowałam zmieniający się krajobraz. Liście na drzewach przybrały jesienne odcienie, a część z nich opadła już na ziemię, tworząc barwne dywany.

Obróciłam się do Olivera, i wykorzystując jego zapatrzenie w drogę, zlustrowałam go wzrokiem. Był ubrany całkiem normalnie, miał na sobie czarną marynarkę, oraz spodnie i koszulę w tym samym kolorze. Zastanowiłam się dlaczego nie zakłada jaśniejszych ubrań.

Mężczyzna prawą dłoń trzymał na drążku zmiany biegów, a lewą zaciskał kurczowo na skórzanej kierownicy. Na jednym z jego palców dostrzegłam połyskującą złotą obrączkę. Nikt nie wspominał o tym, że blondyn był związany z kimś węzłem małżeńskim. To wszystko wydawało mi się trochę dziwne.

- Gdzie jest twoja żona? - zapytałam.

- Daleko stąd - odpowiedział, nie odrywając wzroku od jezdni.

- Dlaczego zgodziłeś się zamieszkać u nas i dobrowolnie zostawić ją samą?

- Czy to jakieś przesłuchanie?! Moje obowiązki nie obejmują chyba zdradzania szczegółów życia prywatnego, więc się w to nie mieszaj - prawie warknął w moim kierunku. Nie miałam pojęcia dlaczego ten temat był dla niego tak drażliwy. Przecież normalni ludzie chętnie opowiadają o swoich ukochanych.

Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę, jednak zdałam sobie sprawę z bezcelowości tego wszystkiego.- Jak chcesz. Nie wnikam.

Akurat w tym momencie znaleźliśmy się przed szkołą. Rozejrzałam się, zauważając stojącą obok swojego samochodu Cassidy. - Podjedź tam. - Wskazałam palcem miejsce, w którym znajdowała się przyjaciółka. West zrobił, o co prosiłam nawet tego nie komentując.

Wysiadłam z auta, a on podążył za mną. - Już mnie przywiozłeś, więc daj mi spokój - fuknęłam, maszerując w kierunku panny Mitchel.

- Mam cię odstawić pod same drzwi - powiedział z samozadowoleniem, a ja uderzyłam się otwartą dłonią w czoło.

- Wiesz, że jesteś wkurzający? - zadałam pytanie retoryczne. West podrzucił kluczyki do góry i złapał je w locie. - To moje drugie imię. Może przedstawisz mnie swojej koleżance? - Spojrzałam na niego jakby właśnie powiedział największą na świecie głupotę.

- A po co? - Uniosłam w zdziwieniu brew.

- Ktoś musi mieć na ciebie oko w szkole - odpowiedział jakby było to co najmniej oczywiste. W tym czasie znaleźliśmy się obok Cassidy. - Cześć! - Uśmiechnęła się szeroko, obejmując mnie. Po chwili odsunęła się, a jej wzrok spoczął na ochroniarzu.

- To Oliver, mój kuzyn, a to Cassidy - przedstawiłam ich sobie, po czym West ujął dłoń dziewczyny i potrząsnął nią delikatnie. - Miło mi - przemówił.

- Mi też - nieśmiało odpowiedziała Cass. Ona i nieśmiałość? Coś nie grało. Ostatnią cechą, jaką można było przypisać blondynce był brak pewności siebie.

Pokonaliśmy w milczeniu ostatnie kilka metrów parkingu, aż w końcu dotarliśmy do drzwi budynku. - Miej oko na Evangeline - poinstruował pannę Mitchel, a ta kiwnęła głową.

Kiedy zniknął, zerknęłam na przyjaciółkę i zapytałam. - Co to było?

- Nic. Chodźmy na francuski, bo się spóźnimy. - Pociągnęła mnie za rękaw do klasy pana Bouviera. Zaraz po wejściu dostrzegłam siedzącego z tyłu pomieszczenia Christiana, który patrzył na mnie. Taksował mnie wzrokiem tak jak robi się to z osobami, które się co najmniej kojarzy, więc pewnie pamiętał środową akcję. Zwalczyłam ochotę, by do niego podejść i zajęłam swoje miejsce.

Przez obecność chłopaka zupełnie nie mogłam skupić się na lekcji. Automatycznie zapisywałam w zeszycie notatki, nie zwracając uwagi na ich treść. Gdy zadzwonił dzwonek, szybko wstałam z miejsca, zdecydowana by podejść do blondyna, jednak on znikał już na korytarzu.

- Cholera - zaklęłam pod nosem, ze złością wrzucając do torby zeszyty. Ruszyłam na kolejne zajęcia, mając nadzieję, że na którychś spotkam Deveraux, jednak nigdzie go nie widziałam. Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu.

Przechodząc z klasy do klasy, uważnie rozglądałam się po korytarzu, zaglądałam do otwartych pomieszczeń, nie ominęłam nawet schowka woźnego, ale chłopaka nie było. W całkowitej rezygnacji dotarłam na lunch. Stanęłam z tacką w kolejce po jedzenie. Wzięłam hamburgera i kartonik soku jabłkowego, choć i tak nie byłam głodna, po czym zajęłam miejsce przy naszym stoliku. Wszyscy pogrążeni byli w rozmowie, więc nawet nie zauważyli, kiedy się do nich dosiadłam.

- No, zamieszkał ze swoją ciotką Elizabeth Montgomery w jej domu na wzgórzu - stwierdziła Beth. Nie musiałam zbyt długo się zastanawiać, by odkryć, kogo obgadywali.

- Nie kojarzę jej - wtrąciłam.

- To ona jest właścicielką jedynego w Appleton sklepu jubilerskiego - objaśnił Michael. - Typowa laska z ciebie, wiesz? Nawet nie masz pojęcia u kogo kupujesz błyskotki.

- Przeraża mnie, że jako facet wiesz tyle na temat biżuterii. - Cass rozwarła szeroko oczy i zmarszczyła nos, by po chwili powieść rozmarzonym wzrokiem po sali. - Ale musicie przyznać, jest przystojny.

Zerknęłam na Beth i Lily, które wzdychały, wcale nie krępując się obecnością Mike'a i Jareda. - Czy ja też tak głupio wyglądam? - przyszło mi na myśl.

- Tak, Legolas zstąpił dla was na ziemię. Wycałujcie grunt pod jego stopami - rzucił Picoult. Chyba nie pałał sympatią do Nowego. Ech, ta dziwna męska rywalizacja. - Macie tu takich facetów, - wskazał na siebie i Denberga - a podniecacie się zwykłym blondasem.

- Dobrze gadasz, stary - poparł go Michael, klepiąc Jareda po ramieniu. - Tylko Ev zachowuje się normalnie, a wam to zaraz majtki pospadają - dodał. Nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać. Zachowywali się jak dzieci.

Spojrzałam na trzy pozostałe dziewczyny. Lily była purpurowa ze wstydu, siedziała w milczeniu z opuszczoną głową. Jej siostra mrużyła oczy, pewnie wymyślając, w jaki sposób zemścić się na chłopakach. Natomiast Cassidy sztyletowała Mike'a wzrokiem i uśmiechała się szyderczo.

- No widzisz. Dla ciebie nikt nawet kurtki nie zgubi. Jesteś takim dzieciakiem, że szkoda słów - wytknęła Denbergowi. - Deveraux jest przystojny, męski, bogaty, tajemniczy... - wyliczała cechy Christiana, a ja czułam wykwitający na moich ustach uśmiech. Zwalczyłam go w ostatniej chwili.

- Dokładnie. Jego rodzice nie żyją, więc jest jedynym dziedzicem Devcorp - zauważyła Beth. Chłopcy spojrzeli na nią jak na kosmitkę, a mi coś zaczęło świtać w głowie. - To taka ogromna korporacja zajmująca się finansami i paroma innymi dziedzinami, ale i tak nie zakapujecie - wyjaśniła.

- Więc już wiem skąd kojarzyłam to nazwisko - pomyślałam.

- Was to interesują tylko kasa i seks - wytknął Michael. - Jak facet jest biedny to od razu go skreślacie.

- Romantyk się znalazł - prychnęła Cassidy. - Ciekawe czy umówiłbyś się z Angelą Spencer, skoro jesteś tak wspaniałomyślny. - Wspomniana dziewczyna nie należała do najpiękniejszych, poza tym była straszliwą świętoszką. Mi to nie przeszkadzało, ale Mike'a wręcz odpychało.

- Gdybym wypił pół litra to czemu nie, nie widziałbym różnicy. - Wyszczerzył się chłopak. Szczerze mówiąc, znudziła mnie już ta dyskusja, więc zaczęłam rozglądać się po kafeterii. Właściwie od razu dostrzegłam opuszczającego pomieszczenie Christiana. Tknięta impulsem, wstałam gwałtownie z krzesła. - Zapomniałam o czymś, muszę się zbierać. Pa! - szybko pożegnałam się z przyjaciółmi i praktycznie wybiegłam ze stołówki.

Gdy tylko znalazłam się na korytarzu, rozejrzałam się na boki, ale nie dostrzegłam go, przynajmniej nie od razu. Już miałam zawrócić, ale usłyszałam trzask. Zerknęłam w kierunku, z którego dobiegał i odtańczyłam mentalny taniec zwycięstwa. Deveraux stał przy rzędzie szafek i wkładał coś do jednej z nich.

Podeszłam do niego, zastanawiając się po drodze, co powiedzieć. - Cześć.

Zerknął na mnie, a po chwili wrócił do swojego zajęcia. Nie odpowiedział. - Chciałam ci podziękować.

Obrócił się twarzą do mnie, zamykając drzwiczki szafki. - Za co, Eveline?

- Jestem Evangeline - poprawiłam.

- Wszystko jedno. - Robił to celowo, czy nieświadomie? Przyjrzałam mu się dokładniej. Miał na sobie rozpiętą, czarną koszulę, pod nią biały podkoszulek. Do tego zwyczajne dżinsy, wiszące na jego kościach biodrowych, na szyję założył srebrny nieśmiertelnik. Dwudniowy zarost dodawał mu łobuzerskiego wyglądu, który tak świetnie działał na kobiety.

- Dziękuję za to, że uratowałeś mi życie.

- Nie przesadzałbym. Po prostu ochroniłem cię przed wizytą w szpitalu - sprostował obojętnym tonem. - To wszystko, bo się spieszę?

- Nie. - Zatrzymałam go, widząc, że zamierza odejść. Posłał mi pytające spojrzenie.

- Dlaczego wtedy nawet się nie pożegnałeś?

Zaśmiał się gorzko. - Bo miałem taki kaprys - stwierdził, patrząc na mnie zimnymi oczyma. Miałam zamiar coś odpowiedzieć, ale zrobił krok w moją stronę i pochylił się nade mną. - Nie zrozumiesz - szepnął.

Przeciągnął chłodnym opuszkiem palca po moim rozgrzanym policzku, wzbudzając falę impulsów, która przetoczyła się po całym organizmie, wymywając z niego resztki opanowania. Krew w moich żyłach zawrzała, a skóra, w miejscu, które weszło z nim w kontakt, zapłonęła szkarłatnym rumieńcem.

- Uwierz mi, najlepszym dla ciebie rozwiązaniem będzie unikanie mnie - wymruczał przy moim uchu, a ja zmarszczyłam czoło, nie rozumiejąc jego słów. Przecież nic się nie wydarzyło, chciałam tylko podziękować mu za uratowanie życia. Poza tym takie zdania przeważnie odnosiły efekt przeciwny do zamierzonego. Nie zdawał sobie z tego sprawy?

- Czyżby? - Nie wiem, jakim cudem zdołałam wydusić z siebie to jedno słowo, będące ucieleśnieniem kłębiących się we mnie sprzecznych emocji. Christian spojrzał na mnie, unosząc do góry jeden kącik ust i brew.

- Przekonaj się, jeśli masz na tyle odwagi - dodał zagadkowym tonem, odsuwając się ode mnie i zakładając czarny plecak. Zerknęłam przelotnie na szyję chłopaka, gdzie dostrzegłam kilkucentymetrową, podłużną bliznę, która swą bladością wyróżniała się na tle lekko opalonej skóry. Blondyn zauważył moje baczne spojrzenie i machinalnie przyłożył dłoń do miejsca, w które się wpatrywałam.

- Co się stało? - zapytałam, marszcząc brwi. Speszony Deveraux odwrócił głowę, by uciec od mojego wzroku, jednak ja nadal spoglądałam na jego obsypaną lekkim zarostem twarz.

- Nieważne - mruknął, a z tonu jego głosu wyczytałam, że miał dość tej konwersacji. Po chwili minął mnie bez słowa. Wraz ze wzburzonym przez ten nagły ruch powietrzem, do moich nozdrzy dotarł jego cudowny zapach, pachniał piżmem, jabłkiem i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam zidentyfikować.

- Dlaczego zawsze uciekasz? - krzyknęłam za jego oddalającą się w tłumie innych uczniów sylwetką, lecz skutecznie zignorował moje pytanie. Westchnęłam we frustracji. Przecież nie powiedziałam niczego, co mogłoby urazić jego ego. - Skąd ten nagły przeskok z pewnego siebie twardziela w speszonego nastolatka? - myślałam gorączkowo, próbując zrozumieć jego dziwne zachowanie. - Czyżby rozdwojenie jaźni? - To była jedyna hipoteza, jaka przyszła mi do głowy.

- Ten chłopak doprowadzi mnie do obłędu - pomyślałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...