Spis

Blog autorski grupy Ailes

31 października 2014

Iluzjon (Noemi Vain)

Rozdział 3. Koszmar prawdę ci powie?

- Proszę się uspokoić, na razie nie mamy żadnych dowodów oprócz słów nastolatki. Do wszczęcia śledztwa potrzebne są konkrety. Nikt nie zacznie szukać jakiegoś psychopaty, nie mając pewności, że on w ogóle istnieje. – Stojąc w korytarzu, podsłuchiwałam odbywającą się w kuchni rozmowę Meredith z policjantem. Kobieta zadzwoniła na policję, chociaż prosiłam, żeby tego nie robiła, a przed chwilą funkcjonariusz zjawił się u naszych drzwi. Niestety, moje obawy się potwierdziły, nie wierzył w me słowa.

- Twierdzi pan, że Evangeline kłamie? Przecież to takie dobre dziecko, po co miałaby to robić? – stwierdziła Meredith, wyraźnie podnosząc przy tym głos.

- Wiem, że jej rodzice wyjechali za granicę. Podejrzewam, że to próba zwrócenia na siebie ich uwagi. Nastolatki w tym wieku tak mają. Zbyt bujna wyobraźnia nie jest dobrą cechą – sierżant powiedział z przekonaniem.
- Gorsze jest arogancja i bezpodstawne uprzedzenia. Na co komu policja, skoro i tak nigdy nie pomaga? – pomyślałam. Podsłuchiwanie tej rozmowy doprowadzało mnie do stanu irytacji.

- Więc mamy po prostu czekać z założonymi rękoma, aż tamten mężczyzna zrobi jej krzywdę? Chyba sam pan nie wierzy w to, co pan mówi. Przecież ja osobiście odbierałam te głuche telefony. – Usłyszałam jak Meredith wstaje od stołu, odsuwając z impetem krzesło.

- To naturalne, że broni pani swojej podopiecznej, jednak mam doświadczenie w takich sprawach. Możliwe, że sama dziewczyna wykonywała te telefony. Oczywiście nie zignorujemy pani doniesienia, kilka razy dziennie będziemy wysyłać tu patrol, ale jak na razie nie możemy nic więcej zrobić. Sama pani rozumie. A teraz pora już na mnie, dziękuję za kawę. – Funkcjonariusz wstał z miejsca, przez chwilę panowała cisza. – Nie musi mnie pani odprowadzać, sam trafię do wyjścia. Do widzenia. I niech panna Bell nie chodzi sama po ulicach, szczególnie wieczorem, to bardzo nierozważne – rzucił oschle mężczyzna i wyszedł na zewnątrz. Doszedł mnie jedynie dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.

- Co za buc. – Usłyszałam ciche stwierdzenie Meredith. – W ogóle nie jest podobny do swojego ojca. - Talerze wylądowały z brzękiem w zlewie.

Zeszłam ze schodów, udając, że nic nie słyszałam, po czym wstąpiłam do kuchni. Starsza pani nawet na mnie nie spojrzała. Uparcie odwracała wzrok w przeciwną stronę, bezskutecznie starając się ukryć przede mną słone krople formujące się pod jej powiekami.

- Nie uwierzył? - zapytałam wypranym z emocji głosem.

Meredith tylko pokręciła przecząco głową.

- Pójdę już spać, jestem zmęczona - wymruczałam i ciężkim krokiem ruszyłam do sypialni. Każdy szmer na korytarzu przysparzał mnie o szybsze bicie serca, najcichszy dźwięk z zewnątrz odbijał się echem w mojej głowie. Zszargane nerwy dawały o sobie znać, jednak próbowałam zepchnąć strach na kraniec świadomości.

- Spokojnie, nic się nie stanie. Meredith jest obok, wszystkie okna zamknięte. Jestem bezpieczna - powtarzałam, ale i tak nie mogłam się przekonać.

Gdy znalazłam się w moim pokoju, omiotłam wzrokiem błękitne ściany. Wszystko było na swoim miejscu, nic nie wskazywało na to, że dzisiejszego dnia nastąpiła poważna zmiana. Zerknęłam na pościelone łóżko. Kwiecista kołdra zachęcała, aby się pod nią skryć.

Ziewnęłam niekontrolowanie. Podeszłam do szafy, z której wyjęłam piżamę, a później skierowałam się do łazienki. Po szybkim, gorącym prysznicu zdecydowałam, że pora spać. Zgasiłam światło i ułożyłam się na łóżku, ale sen nie nadchodził.

Przez dłuższy czas leżałam, po prostu wpatrując się w sufit i ściskając powieki w nadziei, że trafię w objęcia Morfeusza. On jednak okazał się niewrażliwy na moje prośby.

W pewnym momencie plama na suficie zaczęła się rozmazywać, przybierając dziwny kształt. Wydawało mi się, że zmienia się w wir, który wciągał mnie do wnętrza. Powieki stały się ociężałe, zaczęły się zamykać, a ja traciłam powoli świadomość, odpływając do krainy marzeń sennych.

Do moich uszu docierały złowrogie szepty, spośród których nie mogłam wyłowić żadnego wyraźnego słowa. Miałam na sobie białą, lnianą suknię na ramiączkach, sięgającą do ziemi. Nie założyłam żadnych butów, a rozpuszczone włosy spływały na odkryte ramiona.

Moją twarz muskał zimny, nieprzyjemny wiatr, wokół panowała ciemność. Nie wyłaniał się z niej żaden kształt, jakbym znalazła się w samym centrum bezkresnej nicości. Rozglądając się na boki, dostrzegłam w oddali nikłe światełko, będące jedynym punktem odniesienia.

Nie mając innej opcji, powolnym krokiem ruszyłam ku niemu. Pod stopami nie czułam podłoża, zupełnie jakbym płynęła w powietrzu. Kiedy byłam wystarczająco blisko, zauważyłam, że źródłem światła był dziwny pokój bez ścian. W jego centrum znajdowało się wyglądające jak z innej epoki, ogromne, czerwone łoże z baldachimem wspartym na czterech drewnianych kolumnach.

Gdy znalazłam się wewnątrz pomieszczenia, poczułam grunt pod stopami. Zerknęłam w dół, na orzechową podłogę, którą pokrywały rozsypane płatki czerwonych róż. Podeszłam do stojącego z boku ciemnobrązowego stołu z drewna, na którym piętrzyła się góra różnych potraw. Zauważyłam dwa krzesła ustawione po przeciwnych stronach mebla, a przed każdym z nich srebrne nakrycie i kieliszek winem.

Drogę od stołu do łóżka wyznaczały palące się na podłodze świeczki. Niepewnie poszłam ich szlakiem. Czułam się tu niczym w zamku, wystrój przypominał romantyczne historie o kochankach. Nie pasowałam tutaj, moja biała zwiewna sukienka była zbyt skromna.

Dotknęłam ostrożnie palcami burgundowego, prześwitującego materiału tworzącego wokół łoża kurtynę. Niezwykle przyjemny w dotyku materiał pieścił moją skórę, powodując, że na moich ustach pojawił się lekki uśmiech.

Nagle poczułam się nieswojo, a moją szyję owionął ciepły powiew wiatru. Próbowałam odwrócić głowę, ale zatrzymała mnie czyjaś ręka. - Wiedziałem, że się pojawisz. - Dotarł do mnie ochrypły głos mężczyzny. - Będziesz moja - dodał.

Kiedy poczułam jak musnął wargami skórę mojego karku, całkowicie odrętwiałam. Wydawało mi się, że w brzuchu miałam wielki kamienny ciężar. Moje nogi stały się jak z waty - zupełnie niewrażliwe na rozkazy umysłu. Jęknęłam z rozpaczy, gdy jedna z jego dłoni zawędrowała na moją pierś, ściskając ją boleśnie.

Popchnął mnie na miękką, atłasową pościel, na której wylądowałam brzuchem. Z trudem obróciłam się na plecy i dostrzegłam, że nade mną górował mężczyzna z popołudnia - nadal odziany na czarno, z zakrytą przez kominiarkę twarzą. Gdy usiadł, przykuwając mnie do materaca poczułam jak po moich policzkach spływają łzy. Desperacko chciałam krzyczeć, ale gula w gardle uniemożliwiała wydanie najmniejszego dźwięku. Mój oddech stał się płytki i urywany, a w uszach czułam dudnienie galopującego serca.

Nieznajomy złapał moje nadgarstki w jedną ze swoich dłoni, unieruchamiając je nad głową. - Chcę się obudzić! - wrzeszczałam w myślach. Wtedy szok minął. Odzyskałam władzę w ciele, więc zaczęłam się wiercić, próbując zrzucić z siebie napastnika. Był jednak zbyt silny.

- Zostaw mnie! - krzyknęłam.

- Zostawię, kiedy tylko wezmę to, co do mnie należy. - Zaśmiał się ochryple, liżąc odsłoniętą skórę mojej szyi. W tym momencie oprócz strachu czułam coś jeszcze, coś, czego nie powinno być. Pożądanie. Na moje ciało wystąpiła gęsia skórka.

Napastnik jednym sprawnym ruchem zdarł ze mnie białą sukienkę. Z trudem zerknęłam w dół zauważając, że nie miałam na sobie nic poza nią. Zachłanne spojrzenie oprawcy spoczęło na moim ciele. Czułam jak na policzkach wykwitają palące rumieńce wstydu i wściekłości. Nie dość, że nękał mnie w rzeczywistości, dostał się również do moich snów.

- Niech ktoś mnie obudzi! - krzyczałam przez łzy, rzucając się na boki. - Proszę! Chcę się obudzić!

- Nikt ci nie pomoże. To mój świat, a ty jesteś moją własnością - wymruczał z zadowoleniem, pomiędzy kolejnymi muśnięciami mojej odsłoniętej skóry. - Taka apetyczna - rzucił, liżąc mój obojczyk.

Myślałam, że zaraz zwymiotuję z obrzydzenia. Kiedy gładził jedną ręką mój obnażony brzuch, zniżając się coraz bardziej, moja determinacja zwyciężyła. Zdołałam wyrwać dłonie z jego uścisku, a po chwili zerwałam z jego twarzy kominiarkę. Z zaskoczenia zabrakło mi słów.

Błękitne oczy sztyletowały mnie spojrzeniem. Czoło przecinała głęboka zmarszczka wściekłości. Wargi drżały od gniewu, pragnącego znaleźć swoje ujście. Potargane blond włosy sterczały we wszystkich kierunkach. Umięśniona klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm kolejnych oddechów. Niejedna dziewczyna mogłaby marzyć o takim prześladowcy.

Moje rozmyślania przerwał siarczysty policzek wymierzony mi przez mężczyznę, jak się okazało Christiana, tego przystojnego chłopaka, który uratował mnie przed śmiercią pod kołami ciężarówki.

Patrzyłam oniemiała jak jego wargi zbliżają się do moich ust. Przez chwilę zapomniałam o tym, że właśnie znajdowałam się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Całą moją uwagę zaprzątnęła twarz chłopaka. Choć szpecił ją gniew, nadal była doskonała.

- Co ja plotę - skarciłam się w duchu. - To psychopata! - krzyczał mój mózg. Jednak to był tylko sen, a sny z reguły są pogmatwane.

Gdy miękkie wargi blondyna natarczywie dotknęły moich własnych, poczułam dziwne ciepło. Kiedy chciałam oddać pocałunek, wszystko zniknęło. Znów panowała nieprzenikniona ciemność, a ja spadałam, nie mogąc niczego chwycić. Zachłysnęłam się mroźnym powietrzem, które napierało na mnie z każdej strony. Leciałam przez długą chwilę, zupełnie tracąc poczucie czasu. Może trwało to sekundy, a może wieki? Niemy pisk uciekł z mojego ściśniętego gardła.

W końcu uderzyłam plecami o twarde podłoże. Natychmiast otworzyłam oczy i odruchowo usiadłam, łapczywie pochłaniając powietrze. Po moim ciele spływał zimny pot, znów znajdowałam się w swoim własnym łóżku, w swojej własnej piżamie. Objęłam dłońmi głowę, próbując uspokoić rozszalały oddech.

Na ustach, po których przejechałam opuszkami palców, nadal czułam wargi Christiana. Nie, to niemożliwe żeby on był tym świrem. Przecież nawet mnie nie znał, zresztą już pewnie nigdy go nie zobaczę. Mój niepełnosprawny mózg przez nawał wydarzeń połączył odmienne fakty w jedną, niespójną całość. Z wybawcy uczynił oprawcę.

Teraz wiedziałam, że ten psychopata osiągnął swój cel, nie dość, że miałam przez niego problemy na jawie, zawładnął jeszcze mymi snami.

Wstałam z łóżka i na chwiejnych nogach przeszłam do szafki, z której wyjęłam tabletki uspokajające. Nie zważając na późną porę, wzięłam do ręki komórkę i wysłałam Jaredowi wiadomość, by po mnie rano nie przyjeżdżał. Chyba nie byłam gotowa na pójście do szkoły. I tak nie zdołałabym skupić się na lekcjach, więc nie miało to najmniejszego sensu.Połknęłam pigułki i weszłam pod kołdrę, naciągając ją szczelnie na głowę. Spokojny sen nadszedł niepostrzeżenie.
***
Obudziłam się późnym popołudniem. Na biurku stała tacka z jedzeniem. Kiedy przecierałam zaspane oczy, uderzyły we mnie wydarzenia wczorajszego dnia. Więc to wszystko nie było tylko szalonym koszmarem.

Usłyszałam ciche brzęczenie komórki, więc wyszłam z łóżka i zabrałam ją ze stolika. Na wyświetlaczu pojawił się sms od Cas.

Szkoda, że nie było Cię w szkole. Myślałam, że zanudzę się na śmierć. Mike od rana wymiotował ;P Żałuj, że nie widziałaś, jaki był zielony, ale zrobiłam kilka zdjęć na pamiątkę. Nowy jest C.I.A.C.H.E.M, mój ideał :) Tylko strasznie zarozumiały i małomówny, więc muszę go skreślić albo wychować ;P Zresztą, sama go jutro ocenisz. Mam nadzieję, że szybko do nas wrócisz, a wtedy opowiesz mi, co się stało. Buziaki ;*

Na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. Cassidy była pokręcona, zawsze potrafiła poprawić mój humor. Tylko jak miałam jej o tym wszystkim powiedzieć?

Poczułam powiew chłodnej bryzy. Zerknęłam w kierunku, z którego dochodził i zmrużyłam oczy. Okno było otwarte, a przecież dokładnie je zamknęłam. Moje dłonie zaczęły się trząść, ale wtedy znów zerknęłam na tacę z jedzeniem. Połączyłam fakty i wydedukowałam, że zostało otwarte przez Meredith.

- Ale z ciebie cykor, Evangeline - zgromiłam się, idąc w kierunku łazienki. Przed oczami stanęła mi twarz Christiana. Jeśli tak dalej pójdzie, ta cała wdzięczność za uratowanie życia, przerodzi się w jakąś chorą obsesję.

Kiedy ochlapałam twarz zimną wodą z kranu, coś do mnie dotarło. - Już nigdy go nie spotkasz, kretynko. Poza tym masz Jareda - wyszeptałam, czując jak zalewa mnie fala wyrzutów sumienia. Nie powinnam myśleć o nim tyle, mając już chłopaka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...