Spis

Blog autorski grupy Ailes

24 października 2014

Iluzjon (Noemi Vain)

Rozdział 2. Rycerz bez zbroi

Na lunchu zajęłyśmy nasze zwyczajowe miejsca przy stoliku w rogu stołówki, z którego miałyśmy doskonały widok na wszystko wokół. Towarzyszyli nam najbliżsi znajomi: Jared, Michael, Lily i Beth. Michael był ciemnowłosym kapitanem szkolnej drużyny koszykówki, niezwykle popularnym i pewnym siebie chłopakiem. Jared również uprawiał tę dyscyplinę, też odnosił sukcesy i wzdychała do niego niejedna dziewczyna, ale on - ku zazdrości wielu - wybrał mnie.

Beth miała rude włosy i zielone oczy, była zgrabną, pełną życia szefową samorządu szkolnego. Dzień, w którym niczego nie organizowała był dla niej dniem straconym. Towarzyszyła nam też Lily, siostra bliźniaczka Beth. Logika podpowiada, że powinny być do siebie podobne. Rzeczywiście, fizycznie były prawie identyczne, lecz Lily nie posiadała przebojowości Beth, była raczej cicha, skromna i uwielbiała się uczyć.

My z Cass już dawno dołączyłyśmy do ich paczki, nie dlatego, że byłyśmy wtedy jakoś szczególnie popularne, po prostu nasi rodzice bardzo dobrze się znali, więc przeniesienie takiej zażyłości na dzieci przyszło w sposób niemal naturalny.

Hej wszystkim! – przywitałam się z przyjaciółmi. Zajęłam miejsce obok Jareda, naprzeciwko Beth, a Cassidy siadła obok mnie. Brunet objął ramieniem moją talię i przytulił się do mnie, powodując, że na mych ustach pojawił się uśmiech.
 
O, przyszły redaktorki szkolnej gazetki – rzuciła Beth. – Mam nadzieję, że piszecie już jakiś ciekawy artykuł o mnie – zażartowała, upijając łyka coli.

Właśnie, kiedy napiszecie coś o naszej drużynie? Po raz pierwszy od wielu lat przeszliśmy do półfinału rozgrywek krajowych – stwierdził Mike, szczerząc się od ucha do ucha. – Cholera, to takie ekscytujące!

Czekamy aż zdobędziecie mistrzostwo – z ironią odpowiedziała Cass. – Jeszcze wpadniecie w samo zachwyt i z tytułu nici.

- Aha, a już myślałem, że nie chcecie przysparzać nam jeszcze większej liczby napalonych fanek. Przecież wiem, że jesteś o mnie zazdrosna, Cass. Widzę w twoich oczach, jak pragniesz moich rąk, języka i paru innych rzeczy na swoim ciele – droczył się z moją przyjaciółką, nieskutecznie próbując dotknąć dłonią jej twarzy.

- To masz chyba problemy ze wzrokiem. Wyobraź sobie, że nie wszystkie dziewczyny w tej szkole lubią tępych mięśniaków – odpowiedziała Cass, jednocześnie strasznie się czerwieniąc. Czasem myślałam, że faktycznie czuła coś do Michaela, ale ona szybko odganiała ode mnie te przypuszczenia.

- Dobra, dobra, wystarczy. Nie zatruwajcie atmosfery – zarządziłam. – Mike, jeśli chcesz czegoś od Cassidy, zaproś ją po prostu na randkę do kawiarni albo lodziarni...

- Ev jak zawsze ma rację, więc jej lepiej posłuchajcie – wtrącił się Jared, jednocześnie przeżuwając swojego hamburgera.

- Przecież ja nic złego nie robię – bronił się Michael. – Nie moja wina, że Cass na mnie leci, ale boi się do tego przyznać. – Teatralnym gestem rozłożył ręce i puścił oczko do mojej przyjaciółki, na co tamta tylko z rezygnacją pokręciła głową, po czym zaczęła jeść swoją sałatkę. 
 
Reszta lunchu minęła w ciszy, nikt nie miał zbytniej ochoty na rozmowy. Siedziałam wtulona w Jareda i kilka razy przyłapałam Lily na rzucaniu mi ukradkowych spojrzeń znad książki. Zastanawiałam się, o co może jej chodzić, ale przyzwyczaiłam się już do jej dziwnych akcji. Pewnie chciała mi coś powiedzieć, ale głupio było jej tak przy wszystkich.

Po półgodzinnej przerwie rozeszliśmy się do sal. Cały czas mimowolnie rozmyślałam o rodzicach. Chyba pierwszy raz nie chcieli ze mną rozmawiać przez telefon. Wcześniej zawsze, gdy dzwonili mogłam zamienić z nimi choć kilka słów.

Na matmie szczęśliwie obeszło się bez testu, minęła wręcz bezboleśnie. Gdy zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec zajęć, zebrałam wszystkie swoje rzeczy i postanowiłam, że mogę na chwilę wstąpić do biblioteki. Po drodze spotkałam Jareda.

- Wracasz ze mną? – zapytał.

- Nie, dzięki. Muszę jeszcze iść do biblioteki – odpowiedziałam, jednocześnie składając całusa na jego policzku. Jemu to jednak nie wystarczyło. Przyciągnął mnie bliżej siebie i wpił się w moje wargi. Jego język prosił o wstęp, którego z chęcią mu udzieliłam. Przez kilka minut walczyliśmy ze sobą o dominację. Jared popchnął mnie na ścianę i położył dłonie po obu stronach mojej głowy, po chwili jedną z rąk przeniósł na moje biodro i zaczął je masować. Wplotłam palce w jego ciemne włosy, przyciągając go jeszcze bliżej.

- Hm, hm. – Ktoś nam przeszkodził. – Szkoła to nie miejsce na takie zachowania, panno Bell – odezwała się nauczycielka historii.

Szybko się od siebie oderwaliśmy, a ja spłonęłam rumieńcem. – Przepraszamy, to już się nie powtórzy – bąknęłam i odeszłam szybkim krokiem, poprawiając co jakiś czas swoje zmierzwione włosy i nie oglądając się za siebie.

Po paru minutach stałam już przed wejściem do pokaźnych rozmiarów biblioteki. Ceglany budynek mógł zaprzeć dech w piersiach. Jednak okazała fasada to nic w porównaniu z bogatym wnętrzem. W środku znajdowały się tysiące woluminów. Gdy byłam młodsza, chciałam je wszystkie przeczytać, ale później doszłam do wniosku, ze nie starczyłoby mi na to życia.

W kilku susach pokonałam wysokie schody i znalazłam się w przestronnym holu przy biurku bibliotekarki. Wpisałam się na listę osób korzystających z czytelni, a następnie poszłam do działu poświęconego historii naszego miasta. Od dłuższego czasu próbowałam znaleźć jakieś interesujące epizody z dziejów Appleton, ale jakoś mi to nie wychodziło. Miałam wrażenie, że nasze miasto jest najnudniejszym miejscem na świecie, przecież to niemożliwe żeby wśród czterech tysięcy mieszkańców przez tyle lat nie wydarzyło się nic ciekawszego niż kradzież w sklepie monopolowym.

Stosy starych kronik i książek tak mnie pochłonęły, że zupełnie straciłam poczucie upływającego czasu. Gdy spojrzałam na zegarek, było już po siódmej wieczorem, a zaraz po zajęciach miałam wrócić do domu. Szybko zebrałam wszystkie rzeczy i wybiegłam na zewnątrz, wprost na deszcz.

- Cholera – przeklęłam pod nosem. Byłam kompletnie nieprzygotowana na ulewę. Nie pozostawało mi nic innego jak przez prawie pół godziny moknąć, gdyż nie zanosiło się na poprawę pogody i coraz bardziej się ściemniało.

Wybiegłam przed siebie, zakrywając rękami głowę. Nie zwracałam uwagi na to dokąd zmierzam, chciałam tylko jak najszybciej znaleźć się w domu i w ciepłym, suchym otoczeniu czekać na telefon. Opady stawały się coraz intensywniejsze, wszystko wokół niknęło za lodowatą zasłoną wody. Na drodze tworzyły się już kałuże, większość sklepów została zamknięta, a ulice opustoszały. Nagle usłyszałam swoje imię. Zatrzymałam się i rozejrzałam dokoła. Nawoływanie rozbrzmiało powtórnie. Teraz miałam już pewność, że ktoś wyraźnie krzyczał ‘Evangeline’. Nie był to przyjazny krzyk, wcale nie zachęcał by się zatrzymać. Coś podpowiadało mi żeby biec dalej, ale moja ciekawska natura jak zwykle zwyciężyła nad rozsądkiem.

- Kto tu jest? – odkrzyknęłam w ciemność. Odpowiedziała mi tylko cisza i syk powietrza. Kruk siedzący na gałęzi pobliskiego drzewa wzbił się z łoskotem w przestworza, tym samym prawie przyprawiając mnie o zawał serca. Mimowolnie cofnęłam się kilka kroków do tyłu i wpadłam na coś. Kiedy odwróciłam się, zauważyłam, że za mną stał ubrany od stóp do głów na czarno mężczyzna. Jego twarz skutecznie zakrywała kominiarka, pozostawiając widocznymi tylko ciemne, wręcz czarne oczy. 
 
- Wreszcie się spotykamy, Evangeline – oznajmił ochrypłym głosem, wyciągając jednocześnie w moim kierunku rękę. Po moich plecach przeszły ciarki. Automatycznie odskoczyłam do tyłu, prawie potykając się o własne nogi. 
 
Facet złapał mnie za nadgarstek, wykręcając moją rękę pod nienaturalnym kątem. Próbowałam się wyrwać, ale jego żelazny uścisk był zbyt mocny.

- Kim jesteś? – zapytałam, z trudem wymawiając poszczególne słowa. Łzy cisnęły się do moich oczu, ale nie chciałam płakać, przynajmniej nie przy nim.

- Czy to ważne? Liczy się tylko to, że ja wiem o tobie wszystko – rzekł, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Rozejrzałam się dokoła, w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ruszyć mi na ratunek. Poczułam się jak złapany przez okrutne dziecko motyl, który zaraz straci swe skrzydła.

- A teraz cicho i grzecznie pójdziesz ze mną, zrozumiano? Nie chciałbym uszkodzić tak niewinnej buzi – powiedział przesłodzonym głosem, łapiąc mnie chwilowo za policzki i zaraz zaczął ciągnąć moje ciało w stronę stojącego nieopodal czarnego suva. Ze wszystkich sił starałam się wyrwać, ale napastnik był zbyt silny. Krzyczałam tak głośno jak tylko mogłam, ale i tak nikt mnie nie usłyszał.

- Zamknij się, bo inaczej porozmawiamy! – nawrzeszczał na mnie i ciągnął dalej. Wykorzystując chwilę jego nieuwagi, kopnęłam go mocno w krocze. Gdy zaczął skręcać się z bólu, puściłam się biegiem w przeciwną stronę. Łzy strumieniem spływały po mojej twarzy, mieszając się z kroplami deszczu.

- Pożałujesz tego, dziwko! – Doszedł mnie krzyk tamtego faceta. Byłam pewna, że już się pozbierał i mnie gonił, ale zbytnio się bałam, by to sprawdzać. Przyspieszyłam swój bieg, tak bardzo jak było to tylko możliwe.

- Wracaj! I tak cię dorwę! Jeśli nie tutaj to gdzie indziej! – wrzeszczał. Zastanawiałam się kim był i czego chciał. Mieliśmy pieniądze, ale nie byliśmy bardzo bogaci, więc nie chciało mi się wierzyć, by ktoś chciał porwać mnie dla okupu. Teoria o psychopatycznym seryjnym mordercy też raczej odpadała. W Appleton i okolicach nic takiego się nie zdarzało. Ale to nie znaczy, że nie miałabym zostać pierwszą ofiarą w dziejach.
Byłam tak przerażona i roztrzęsiona, że kompletnie nic nie widziałam. Wbiegłam na ulicę i w ostatniej chwili usłyszałam klakson samochodu. Jak sparaliżowana patrzyłam na zbliżające się w zastraszającym tempie dwa światła, zlewające się w końcu w jedną plamę. Wewnętrzny głos krzyczał żebym się ruszyła, ale ciało było obojętne na jego nawoływania. Wszystko wokół przestało istnieć, byłam tylko ja i oślepiające reflektory.

Nagle poczułam ostre szarpnięcie i już w kolejnej sekundzie leżałam na ziemi, pod ubraną na ciemno postacią. Odruchowo zaczęłam piszczeć i ze wszystkich sił okładać napastnika pięściami. Użył rąk jak tarczy, próbując odchylić się na bezpieczną odległość.

- Ej, ej, ej! – Do moich uszu dotarł obcy głos. – Uspokój się, dziewczyno! Połamiesz mi wszystkie kości! – Przestałam wierzgać i dokładniej przyjrzałam się nieznajomemu osobnikowi. Przy mnie leżał chłopak, wyglądający mniej więcej na mojego rówieśnika lub kogoś o kilka lat starszego. Miał na sobie granatową bluzę z naciągniętym na głowę kapturem i ciemne spodnie do biegania. Wpatrywał się we mnie nienaturalnie wręcz błękitnymi oczyma.

- Czyś ty oszalała, dziewczyno? Chciałaś rzucić się pod ciężarówkę? – krzyknął na mnie, wstając z ziemi. Był sporo wyższy ode mnie i mogłam stwierdzić, że miał wysportowane ciało. Widziałam go pierwszy raz, ale nie wydawał się zagrożeniem.

- Nie! – odpowiedziałam, nadal będąc jeszcze w szoku.

- No to co robiłaś na środku jezdni przed pędzącą ciężarówką? Zasnęłaś na stojąco? Gdybym cię nie odepchnął to… - urwał. – Na przyszłość bądź ostrożniejsza, nie zawsze znajdzie się ktoś gotów by cię uratować – ostrzegł poważnym tonem, przeczesując ręką włosy.

- Gonił mnie ten facet i… i… nie miałam dokąd uciec, nie zauważyłam tego samochodu, a później nie byłam w stanie się ruszyć – wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu. – Przepraszam. – Rozpłakałam się na nowo.

- Jaki facet? Nikogo tam nie widziałem – zaprzeczył moim słowom. – Mnie nie musisz przepraszać, ja dzięki tobie tylko wytarzałem się w błocie. – Wyciągnął w moim kierunku rękę, którą bez namysłu chwyciłam. Tylko dzięki pomocy chłopaka wstałam i zdołałam utrzymać równowagę.

- Dziękuję – mruknęłam, próbując się otrząsnąć.

- Nie ma za co. Odprowadzę cię do domu, na wypadek gdyby tamten facet przyczaił się gdzieś w krzakach – zażartował, ale mi wcale nie było do śmiechu.

- Hej, ja go nie wymyśliłam, on naprawdę mnie gonił! – zapewniłam.

- Czy ja mówię, że było inaczej? – zaśmiał się cicho. – Mieszkasz daleko stąd? Bo deszcz wcale nie przestaje padać, a moknięcie nie jest moją ulubioną rozrywką.

- Więc jeśli tak ci to przeszkadza, możesz mnie zostawić samą - burknęłam, zaplatając ręce na piersiach.
-Widzę, że masz charakterek. No to jak, idziesz? – zapytał. Krople wody spływały po jego ciele, do którego przylepiła się mokra bluza od dresu, przez co można było pod nią dostrzec zarys mięśni.

- Już niedaleko stąd. Wcale nie musisz mnie odprowadzać – stwierdziłam, idąc już w kierunku domu. Po chwili chłopak mnie dogonił i kroczył przy mnie, zachowując moje tempo.

- Nie muszę, ale wolę się upewnić, że przeżyjesz dzisiejszą noc. Skoro już cię ratuję, to powinienem to chociaż robić skutecznie. – Uśmiechnął się, pokazując rząd białych zębów.

Przez kilka minut przemieszczaliśmy się w ciszy, ale nie mogłam już tego znieść.

- Jak się nazywasz? – zapytałam, mrużąc oczy, do których wpadały krople deszczu.

- Christian – chłopak odpowiedział krótko, bez zbytniego zagłębiania się w szczegóły. – A ty?

- Evangeline. Co w taką pogodę robiłeś na zewnątrz? – dopytywałam.

- Zapragnąłem uratować komuś życie. A ty postanowiłaś może napisać o mnie książkę? Wiem, że jestem czarujący, ale naprawdę nie musisz. – Spojrzałam na niego z wyrzutem, więc dopowiedział. – Jak widać po stroju, wyszedłem pobiegać. – Zauważyłam, że nie chciał mówić więcej, więc nie drążyłam tematu. – Aha – odpowiedziałam tylko.

Po kilku minutach znaleźliśmy się pod moim domem. – Dziękuję – powiedziałam do towarzysza, ale jego już przy mnie nie było - biegł w kierunku, z którego przyszliśmy.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową, wchodząc po schodach na ganek, jednym naciśnięciem klamki otworzyłam drzwi i znalazłam się w ciepłym holu. Od razu po wejściu poczułam zapach pieczonego ciasta.

- Meredith, wróciłam. Dzwonili rodzice? – krzyknęłam, starając się brzmieć naturalnie. Nie chciałam martwić Mer swoimi problemami, nie mogła doświadczać zbyt wielkich stresów. Zdjęłam z siebie przemoczoną koszulę i buty, po czym rzuciłam je na podłogę.

- Jeszcze nie. – Moja opiekunka wyszła z kuchni. – Dziecko, ależ ty zmokłaś. Zdejmij z siebie te mokre ubrania, bo się przeziębisz, a później zejdź na kolację. Zrobiłam twoją ulubioną pieczeń.

- Dobrze. Zaraz przyjdę. – Ruszyłam do swojego pokoju, sprawdzając po drodze, czy wszystkie okna były zamknięte. Obawiałam się, że tamten psychol w każdej chwili mógł wrócić, a skoro obserwował mnie niezauważenie przez tak długi okres czasu, znaczyło to, że był dobry w tym, co robił.

Po przekroczeniu progu mojej sypialni, podbiegłam do biurka, na którym leżała biała karteczka z wykaligrafowanymi napisami.

Głupiutka dziewczyno, mówiłem, że wiem o tobie więcej niż myślisz. Teraz wszystko jest tylko kwestią czasu. Jednak nie bój się, nie będzie bolało za mocno.

Gdy czytałam wiadomość, nogi się pode mną uginały. Świat zaczął wirować, czułam wykwitające na policzkach rumieńce bezsilności. Jak on się dostał do mojego pokoju? Przecież wszystkie okna były zamknięte, Meredith musiałaby coś zauważyć, na pewno. Przecież nie był niewidzialny. Czego on chciał akurat ode mnie? I dlaczego odstraszyła go wtedy obecność Christiana? Mógł go zabić lub unieszkodliwić w inny sposób i dokończyć to, co już zaczął. Po co bawić się w tę głupią gierkę?

Osunęłam się na podłogę, schowałam głowę w dłonie i zaczęłam cicho płakać. Byłam zła na siebie za to, że nie wiedziałam, co robić, za moją okropną bezsilność. Co ja takiego zrobiłam? Przecież nikogo nie skrzywdziłam, nikomu się nie naraziłam, nic nie ukradłam. Musiało chodzić o rodziców, tak, pewnie znaleźli coś niewygodnego dla jakichś osób, które teraz chciały ich nastraszyć poprzez mnie. Byłam ich najsłabszym punktem, jedynym, ukochanym dzieckiem.

Pomyślałam, że warto byłoby zadzwonić na policję, ale z drugiej strony, moje doniesienia mogłyby zostać potraktowane jako próba zwrócenia na siebie uwagi nastoletniej desperatki. Jeszcze wczoraj sama bym w coś takiego nie uwierzyła. Appleton – ostoja spokoju, najbezpieczniejsze na naszej planecie miejsce i porywacz, tudzież morderca? Nie, to przerastało możliwości nawet mojej wyobraźni, która swoją drogą wcale nie była ograniczona.

W naszym mieście życie niezmiennie od ponad stu lat toczyło się swoim własnym rytmem, narzucanym przez pory roku i kilka corocznie obchodzonych uroczystości. Tutaj nic nie działo się bez przyczyny. Ba, tu się kompletnie nic nie działo. Każdy znał swoje miejsce. Jeśli ktoś był sprytniejszy od innych uciekał stąd, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Jak moi rodzice i wielu im podobnych. 
 
I oto nagle w spokojnym, zapomnianym przez zło miasteczku ktoś zaczyna prześladować niewinną dziewczynę… nikt w to nie uwierzy. Może najlepszym rozwiązaniem byłaby ucieczka? Wyjazd do rodziców, schronienie się pod ich skrzydłami, tam gdzie nikt by mnie nie znalazł. Ale najpierw musiałam porozmawiać z Meredith.

Podniosłam się z podłogi, wytarłam z twarzy ślady łez i przeszłam do kuchni, gdzie starsza pani nakładała właśnie na talerze kolację.

- O, już jesteś. Usiądź, zaraz zjemy – powiedziała opiekunka.

- Meredith, musimy porozmawiać – zaczęłam poważnym tonem. Kobieta spojrzała na mnie z przestrachem wymalowanym w oczach. – Czy ktoś tutaj był dzisiaj i mnie szukał? – zapytałam.

- Nie, chyba nie. Chociaż ta twoja koleżanka, Lily Bennet, chciała z tobą rozmawiać, ale kiedy powiedziałam, że cię nie ma, szybko wyszła – Meredith stwierdziła po chwili zastanowienia.

- I tylko ona?

- Tak. Coś się stało? – dopytywała kobieta, jej głos przesiąknięty był zmartwieniem i trwogą.

- Nie. Tak. Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć. – Wahałam się.

- Przecież wiesz, że możesz mi wyznać wszystko. Co cię trapi? – Meredith przysiadła na krześle obok mnie i ujęła moją dłoń.

- Ktoś podrzucił dzisiaj do mojej szkolnej szafki zdjęcie przedstawiające mnie po wstaniu z łóżka, a później jakiś mężczyzna mnie napadł. – Spojrzałam jej w oczy. – Naprawdę się bałam, myślałam, że to już koniec, że już nigdy nie zobaczę rodziców, ani ciebie, ani przyjaciół, ale jakoś dałam radę uciec. – Pod koniec mojej wypowiedzi emocje wzięły górę i ostatnie słowa wypowiedziałam z niemałym trudem.

- O Boże! Dlaczego nic od razu nie powiedziałaś? Trzeba zadzwonić na policję, powiadomić o wszystkim rodziców. – Meredith zerwała się na równe nogi, złapała do ręki telefon i zaczęła wystukiwać numer na policję.

- Ale to jeszcze nie wszystko. On tu był. – Podałam jej kartkę znalezioną w pokoju. Wzięła ją do ręki i zaczęła czytać. Z każdą kolejną sekundą jej oczy coraz bardziej się rozszerzały, odłożyła słuchawkę na miejsce i przez kilkanaście sekund stała w bezruchu. W końcu przemówiła.

- Nie mówiłam ci, żeby cię nie martwić, ale już od jakiegoś czasu dostajemy głuche telefony. To może mieć związek z tą sprawą. Musimy coś zrobić, ale nie wiem jeszcze co – Meredith westchnęła, opadając bezradnie na krzesło. 
 
- Ja też nie mam pojęcia – powiedziałam ze zrezygnowaniem. Miałam kompletną pustkę w głowie, chyba po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, co robić dalej. Czułam się jak błądzący w labiryncie ślepiec, któremu odebrano resztki nadziei na odzyskanie wzroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane...